Zastanawiam się od jakiegoś czasu nad czymś, o czym chyba za mało się mówi w kontekście afirmacji. Mianowicie — czy faza cyklu ma wpływ na to, jak afirmacje 'wchodzą'? Nie mówię tu o jakimś mistycznym połączeniu z księżycem, ale o czysto hormonalnym aspekcie. Zauważyłam u siebie, że w okolicach owulacji afirmacje naprawdę mi pomagają, czuję je, są żywe. Natomiast w fazie lutealnej, szczególnie pod koniec, te same słowa brzmią jak kłamstwo. Mówię sobie 'jestem spokojna i pewna siebie', a głowa odpowiada 'nie, nie jesteś'. Czy ktoś jeszcze to obserwuje? Czy to ma sens z jakiegoś punktu widzenia, czy tylko moje odczucie?
To co opisujesz ma bardzo konkretne podłoże. W fazie lutealnej spada progesteron i estrogen, a układ nerwowy jest dosłownie inaczej nastrojony — większa reaktywność na bodźce negatywne, silniejszy wewnętrzny krytyk. To nie jest kwestia słabości ani tego, że afirmacje 'nie działają'. To biologiczny kontekst, w którym pracujesz. Pytanie, które mnie interesuje: czy próbowałaś zmieniać treść afirmacji pod fazę, zamiast używać tych samych przez cały miesiąc?
Nigdy wcześniej nie myślałam o afirmacjach w ten sposób. Zawsze miałam jedno zdanie, które powtarzałam codziennie przez tygodnie. Teraz zastanawiam się, czy to dlatego w pewnym momencie przestawały na mnie działać — nie zmieniałam ich w ogóle, a moje ciało przechodziło przez różne stany. Mam pytanie do Was — skąd wiadomo, kiedy dokładnie zaczyna się która faza? Nie zawsze mam regularny cykl.
Chcę dorzucić inny kąt. Mnie interesuje nie tylko to, że afirmacje 'wchodzą' inaczej w różnych fazach, ale czy efekt utrzymuje się inaczej. Bo jeśli powtarzam coś intensywnie przez tydzień około owulacji, a potem przez tydzień fazy lutealnej to się sypie — to jaki jest tego sens długofalowy? Czy ktoś śledził to przez dłuższy czas, nie tydzień, ale kilka cykli?
Słucham tej rozmowy i mam pytanie, które mnie gryzie. Pracuję z afirmacjami od jakiegoś czasu, ale jestem facetem — nie mam cyklu menstruacyjnego. Czy to znaczy, że ta zmienna po prostu u mnie nie istnieje? Albo inaczej — czy jest jakiś odpowiednik cykliczności dla mężczyzn, który mógłby wpływać na recepcję afirmacji?
Wracając do tematu cyklu — czy ktoś próbował w ogóle nie robić afirmacji w fazie menstruacyjnej? Czytałam gdzieś, że to czas wyciszenia i że wychodzenie z jakimikolwiek intensywnymi praktykami w tym czasie może być kontrproduktywne. Nie wiem, jak to ocenić.
Przepraszam że pytam coś pewnie oczywistego, ale co się dzieje jak ktoś ma nieregularny cykl albo jest po operacji i już nie miesiączkuje? Jak wtedy w ogóle podejść do tego tematu z afirmacjami? Czy ta cała praca z cyklem po prostu odpada?
Mam pytanie do Gebd i Oleandry — czy przy tej pracy z fazami stosujecie też jakieś wspomaganie, wizualizacje, oddech, cokolwiek poza samą afirmacją? Zastanawiam się czy sama zmiana treści wystarczy, czy ta zmiana musi iść z jakąś głębszą zmianą metody.
Tu bym dorzuciła jedną rzecz do tej rozmowy o formie afirmacji. Pisanie ma jeszcze jeden wymiar, który często się pomija — angażuje inaczej propriocepcję. Ręka, nacisk, tempo. Dlatego pisanie odręczne i pisanie na klawiaturze to jednak dwa różne procesy, nawet jeśli treść identyczna. W fazie lutealnej, kiedy ciało jest bardziej somatycznie wyczulone, afirmacja pisana ręcznie może trafiać głębiej. Ktoś to testował?
A co z rytmem powtórzeń w ciągu dnia? Mnie zastanawia, czy w fazie folikularnej ma sens powtarzać to samo kilka razy dziennie, a w lutealnej raz, dłużej, wieczorem — tak jak Gebda robi. Czy ktoś coś o tym powiedział wcześniej? Bo czytam tę rozmowę i trochę gubiłam różne wątki.
Mam pytanie może trochę z boku, ale: czy te fazy cyklu to da się jakoś połączyć z fazami księżyca? Zawsze myślałam że praca z afirmacjami na nów księżyca to dobry czas na nowe intencje, a pełnia to wzmocnienie. Czy jak ktoś ma cykl zsynchronizowany z księżycem, to to się pokrywa i jest mocniejsze? Czy to dwie osobne sprawy?
Wracając do czegoś, o czym pisała Glifia parę postów wyżej — o zmianie metody, nie tylko treści. Mnie to uderzyło, bo przez długi czas zmieniałam tylko słowa afirmacji, a robiłam je zawsze tak samo: rano, stojąc przed lustrem, na głos. I to nie działało w fazie lutealnej, ale myślałam, że to problem z treścią. Dopiero jak zaczęłam eksperymentować z formą — leżąc, cicho, przed snem — coś się zmieniło. Więc pytanie do innych: od czego zaczynacie zmianę, od treści czy od formy?
Ja zaczęłam od treści, bo to było dla mnie bardziej oczywiste. Forma wydawała mi się technicznym detalem. Ale teraz myślę, że to był błąd kolejności — nie dlatego że forma jest ważniejsza, tylko że kiedy forma jest zła, to nawet dobra treść gdzieś ucieka. Jakbyś miała świetne nasiona, ale siała je w złej porze albo za głęboko.
Czytam całą tę rozmowę i mam jedno pytanie. Ile czasu mniej więcej trwa, zanim te zmiany — dostosowywanie afirmacji do faz — zaczynają dawać jakieś widoczne efekty? Czy to kwestia jednego cyklu, trzech, pół roku? Bo rozumiem teorię, ale zastanawiam się, czy to nie jest tak, że efekty zawsze można wytłumaczyć 'jeszcze trochę cierpliwości'.
To o czym pisze Pelagiusza_J z tymi schodkowymi sformułowaniami — to ma sens też od strony tego, jak działa RAS. Filtr nie przepuści czegoś, co umysł natychmiast klasyfikuje jako fałsz. Im większy dysonans między afirmacją a aktualnym stanem, tym silniejsza reakcja obronna. W fazie lutealnej ten mechanizm obronny jest prawdopodobnie bardziej czuły, bo kortyzol i zmiany progesteronu wpływają na reaktywność amygdali. Czyli biologicznie jesteś wtedy bardziej skłonna wyłapywać niespójności.
Zastanawiam się, czy to, o czym mówi Hilek79, tłumaczy też, dlaczego u mnie afirmacje w fazie lutealnej działają lepiej wieczorem niż rano. Rano jestem bardziej w głowie, szybciej wyłapuję że 'to nieprawda'. Wieczorem jestem zmęczona, opór jest mniejszy, i paradoksalnie afirmacja wchodzi głębiej. Czy ktoś jeszcze tak ma?
Tak, dokładnie tak samo. Rano w fazie lutealnej to dla mnie najgorszy czas na jakąkolwiek pracę z przekonaniami. Ale zastanawiam się, czy 'wchodzi głębiej' wieczorem dlatego, że opór jest mniejszy, czy dlatego, że jesteś bliżej stanu hipnagogicznego przed snem i umysł jest bardziej podatny w ogóle?
Wracam do kwestii pory dnia, bo to mnie ciągnie. Julisia80 napisała o wieczorze w fazie lutealnej, ale u mnie w fazie folikularnej rano jest najlepiej — mam wtedy jakiś naturalny zapas energii i afirmacja nie brzmi jak pusty dźwięk. Zastanawiam się, czy te preferencje poranne albo wieczorne to jest coś stałego dla danej osoby, czy zmienia się właśnie z fazą?
Czytam ten wątek i mam pytanie może z innej perspektywy. Rozmawiamy tutaj głównie o tym, kiedy i jak afirmacje robić w kontekście cyklu. Ale czy ktoś zastanawiał się nad tym, jakie afirmacje — co do treści — mają sens w poszczególnych fazach? Mam na myśli nie sformułowanie, tylko temat. Czy w fazie folikularnej lepiej afirmować działanie i sprawczość, a w lutealnej odpuszczenie i akceptację?
Przepraszam, że wrócę do wcześniejszego wątku, ale to co pisze Klimcia i Gebda zaczyna mi wyglądać na niekończącą się pracę przygotowawczą przed pracą właściwą. Najpierw journaling, potem sprawdzanie przekonań, potem dobieranie formy afirmacji do fazy cyklu... Czy ktoś tu w ogóle po prostu wziął jakieś afirmacje, powtarzał je przez miesiąc i coś z tego wyszło bez tej całej analizy?
U mnie wyszło, ale żebym była szczera — zaczęłam od prostego powtarzania i dopiero po czasie, jak się zatrzymałam i zaczęłam obserwować cykl, zobaczyłam, że coś, co działało w jednej fazie, w innej kompletnie nie docierało. Więc ta analiza przyszła po fakcie, nie przed. Może to jest lepsza kolejność dla niektórych — najpierw próbować, potem rozumieć.
To brzmi bardziej realistycznie. Czyli nie trzeba najpierw czytać czterech teorii, żeby zacząć?
Mam pytanie, bo czytam od początku i nie jestem pewien — czy to wszystko, o czym rozmawiacie, dotyczy tylko osób, które menstruują? Czy mechanizm z oporem umysłu, amygdalą i tymi schodkowymi afirmacjami działa inaczej u osób, u których nie ma cyklu hormonalnego?
Wracając do pory dnia, bo Julisia80 pisała o wieczorze i stanie hipnagogicznym — czy można świadomie wywołać coś takiego, nie czekając az się uśniesz? Rozumiem ze to przejście miedzy czuwaniem a snem, ale czy jest jakiś sposób żeby tam 'wejść' celowo?
Słucham tej rozmowy o jodze nidra i stanach granicznych, i zastanawiam się, czy ktoś próbował w tym kontekście pracy z mantrami zamiast klasycznych afirmacji. Mantra jest krótka, rytmiczna, łatwiej ją powtarzać przy wyciszonym umyśle bez poczucia, że 'mówię coś, w co nie wierzę'. Pytam, bo to może być ciekawe wyjście dla tych, u których długie zdania afirmacyjne wywołują od razu opór.
Mantra jako forma afirmacji to ciekawy kierunek, bo rzeczywiście omija ten problem z dysonansem — powtarzasz sylaby, które brzmią, a nie twierdzenia, które umysł może odrzucić jako fałszywe. Ale czy wtedy masz świadomość tego, co powtarzasz, czy to bardziej automatyczne, niemal mechaniczne?
Słucham tej rozmowy o mantrach i mam wrażenie, że trochę odchodzimy od pytania Julisii. Ona zapytała o cykl menstruacyjny i zmienność recepcji afirmacji przez miesiąc — a zeszliśmy na dość ogólną rozmowę o tym, co jest lepsze od afirmacji. Czy ktoś z was faktycznie obserwował, że mantry w konkretnej fazie cyklu działają inaczej niż klasyczna afirmacja? Mam tu konkretne pytanie, nie retoryczne.
