Temat, który od dawna chciałem poruszyć. Skrying, czyli wpatrywanie się w powierzchnię odbijającą — lustro, kulę kryształową, miskę z wodą — w celu uzyskania wizji. Praktyka stara jak świat, stosowana przez Azteków, Celtów, kapłanów egipskich. Nostradamus podobno wpatrywał się w miskę z ciemną wodą. John Dee, doradca królowej Elżbiety I, używał obsydianowego lustra — oryginał do dziś leży w British Museum.
Chciałbym się dowiedzieć, czy ktoś z Was ma realne doświadczenia ze skryingiem. Nie teoria, nie „gdzieś czytałam" — konkretne sesje, wrażenia, efekty. Co widzieliście? Jakie medium stosujecie?
Praktykuję od kilku lat, głównie czarne lustro. Zrobiłam sobie sama z ramki na zdjęcia i czarnej farby — malujesz szkło od jednej strony, wkładasz malowaną stroną do środka, i masz gładką, czarną, odbijającą powierzchnię. Kosztowało mnie to może 20 złotych. Działa równie dobrze jak obsydianowe lustro za kilkaset.
Moje doświadczenia — na początku długo nic nie widziałam. Przez dobre dwa miesiące ćwiczeń. Potem zaczęły się mgiełki, takie jakby dym przesuwający się po powierzchni. Z czasem pojawiły się kształty, twarze, symbole. Nigdy nie mam „filmu” jak w kinie — raczej krótkie, statyczne obrazy, coś jak fotografie. Czasem są bardzo wyraźne, czasem ledwo je chwytam.
Próbowałam ze zwykłym lustrem w łazience. Wiem, że to nie jest optymalne, ale chciałam sprawdzić, jak reaguję na długie wpatrywanie się w odbicie. Po jakichś 10 minutach moja twarz zaczęła się „topić” — deformować, zmieniać rysy. Przeraziłam się strasznie i przerwałam.
Później przeczytałam, że to efekt Troxlera — złudzenie optyczne. Mózg przy nieruchomym wzroku zaczyna modyfikować obraz peryferyjny. Pytanie — czy to, co ludzie widzą przy skryingu, to nie jest po prostu ten efekt?
Ja mam obsydianowe lustro — okrągłe, jakieś 15 cm średnicy. Używam je od trzech lat. I powiem tak: nie każda sesja przynosi wyniki. Mam takie tygodnie, kiedy widzę bardzo wyraźne obrazy, i są miesiące, kiedy nic. Nie wiem, od czego to zależy — pewnie od mojego stanu wewnętrznego.
Ale kilka razy miałam doświadczenia, które mną wstrząsnęły. Raz zobaczyłam wyraźnie twarz kobiety, której nie znałam. Po dwóch tygodniach spotkałam tę osobę w realu. Przypadek? Może. Ale zbyt dokładne dopasowanie jak na zbieg okoliczności.
Skrying to jedna z tych praktyk, które łatwo zbagatelizować, a trudno opanować. Pracuję z nim od ponad dekady, głównie czarne lustro i woda z atramentem. Kluczem jest stan umysłu, nie medium. Możesz mieć obsydianowe lustro z Meksyku za tysiąc dolarów i nic nie zobaczyć, jeśli nie potrafisz wejść w odpowiedni trans.
Technicznie chodzi o miękki focus — nie wpatrujesz się intensywnie, tylko patrzysz „przez” powierzchnię, jakbyś chciał zobaczyć coś kilka centymetrów za szkłem. Oczy lekko rozmyte. Oddech spokojny. Myśli odpuszczone. Kiedy powierzchnia zaczyna „szarzeć” lub robi się mleczna — to moment, w którym zaczyna się właściwa praca. Nie wolno się ekscytować, bo wypadniesz z transu.
A ile trwa u Was typowa sesja? Bo ja próbuję od kilku miesięcy i po 15 minutach mam wrażenie, że oczy mi łzawią, bolą, i nic poza tym.
Ciekawy wątek. Ja do skryingu podchodzę trochę inaczej niż większość — nie traktuję wizji jako przepowiedni czy kontaktu z duchami. Dla mnie to forma aktywnej medytacji, w której podświadomość projektuje na ciemną powierzchnię to, czego świadomy umysł nie chce lub nie potrafi przetworzyć. Taki ekran projekcyjny dla nieświadomości. Jungowskie podejście, jeśli ktoś lubi etykietki.
I wiecie co? Przy takim podejściu skuteczność jest zaskakująco wysoka, bo zdejmujesz presję „muszę zobaczyć przyszłość” i pozwalasz umysłowi robić to, co robi najlepiej — kojarzyć, łączyć, syntetyzować.
Ja skrying łączę z tarotem. Najpierw robię rozkład, a potem siadam z czarnym lustrem i „wchodzę” w konkretną kartę — wizualizuję ją, potem przenoszę wzrok na lustro. Obrazy, które dostaję, często rozszerzają interpretację karty o szczegóły, których sam rozkład nie dał. Np. miałam kiedyś Wieżę w pozycji przyszłości, a lustro pokazało mi drzwi — otwarte drzwi, nie ruinę. Zinterpretowałam to jako nagłą zmianę, ale taką, która otwiera nowe możliwości.
Chciałbym dodać coś o historii, bo @Lurisk wspomniał Johna Dee, ale jest tam więcej warstw. Dee sam nie był skryerem — nie miał zdolności widzenia. Korzystał z medium, Edwarda Kelleya, który wchodził w trans i przekazywał wizje. Dee je zapisywał. Cały system enochiański powstał w ten sposób — Kelley patrzył w obsydianowe lustro i dyktował to, co widział, łącznie z alfabetem enochiańskim, który rzekomo aniołowie mu przekazywali. Ich współpraca trwała ok. 10 lat.
Co ciekawe, Kelley sam twierdził, że to co widzi to demony, nie aniołowie. Dee uważał odwrotnie. Ciągle się o to kłócili.
Ja mam doświadczenie z obsydianowym lustrem i z wodą, i szczerze? Woda mi działa lepiej. Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że lekkie zmarszczki na powierzchni dają dodatkową stymulację. Używam czarnej ceramicznej miski, trochę wody, świeca po mojej lewej stronie. Czasem wrzucam do wody łyżeczkę tuszu — robi się taka ciemna, głęboka tafla.
Przy lustrze mam wrażenie, że patrzę „na” powierzchnię, a przy wodzie — „w” głębię. To subtelna różnica, ale zmienia jakość wizji.
Czytam ten wątek i zastanawiam się — czy skrying można łączyć z rytuałami miłosnymi? Nie w sensie przepowiedni miłosnych, tylko jako wsparcie — np. wizualizacja w lustrze przed rytuałem, żeby lepiej „zobaczyć” intencję?
A co myślicie o kuli kryształowej? Bo cały czas mówicie o lustrach i wodzie, a kula to chyba najbardziej klasyczny obraz skryingu. Nie mam żadnej i zastanawiam się, czy warto inwestować.
Mnie w tym wątku brakuje jednego — ostrzeżeń. Skrying to nie jest zabawka. Znam osoby, które po intensywnych sesjach z lustrem miały stany lękowe, problemy ze snem, poczucie obcej obecności. To nie żart. Przy dłuższej praktyce naprawdę wchodzisz w zmieniony stan świadomości i nie każdy jest na to gotowy.
Ten wątek jest merytoryczny, cieszę się. Od siebie dodam — istnieje coś takiego jak skrying przez przymknięte powieki, tzw. „eyelid scrying”. Zamykasz oczy, lekko naciskasz gałki oczne (delikatnie!), i obserwujesz fosfeny — te kolorowe wzory, które widzisz pod powiekami. Z czasem, przy odpowiednim nastawieniu, fosfeny zaczynają się układać w rozpoznawalne kształty. Technika nie wymaga żadnych akcesoriów. Minusem jest to, że trudniej odróżnić wizję od zwykłej wyobraźni.
Pojawia się tu pytanie, które mnie gnębi od dawna: czy to co widzimy w skryingu to projekcja naszego umysłu na zewnętrzną powierzchnię, czy coś zewnętrznego, co dociera do nas przez tę powierzchnię? Bo z tych dwóch odpowiedzi wynikają kompletnie różne implikacje praktyczne.
Wracając do praktyki — czy pora dnia ma znaczenie? Bo czytałam, że lepiej ćwiczyć w nocy, ale ja w nocy jestem senna i nie utrzymuję uwagi.
A z samotarota — czy ktoś próbował „wchodzić” w kartę tarota jako formę skryingu? Nie w lustrze, tylko dosłownie — wpatrywać się w jedną kartę tak długo, aż postaci na niej zaczną „żyć”?
Ok, to teraz prowokacyjne pytanie — czy ktoś z obecnych NIE miał żadnych wizji mimo regularnego ćwiczenia? Bo czytam ten wątek i wszystko brzmi jak pasmo sukcesów, a ja ćwiczę od pół roku i nadal nic poza bólem oczu.
Dodam od siebie — ja skrying ćwiczę od kilkunastu lat i nadal miewam sesje, kiedy nie widzę nic. Zero. To normalne. Skrying nie działa na żądanie. To jak łowienie ryb — siedzisz, czekasz, a ryba albo bierze, albo nie. Nie ma gwarancji.
Mam pytanie do praktyków — czy prowadzicie dzienniki? I czy zauważyliście korelacje z fazami księżyca, porą roku, stanem emocjonalnym?
Zmienię temat lekko — co sądzicie o skryingu w dymu? Bo kadzidło i tak palę przy sesjach, i czasem mi się zdarza, że patrzę na dym zamiast na lustro. I wydaje mi się, że coś w tym dymie widzę — kształty, sylwetki.
Cześć. Przeczytałam cały wątek i chcę dodać perspektywę, której tu nie ma — skrying bez patrzenia. Znam praktyków, którzy pracują z zamkniętymi oczami, trzymając obsydian w dłoniach, i „widzą” w umyśle. Dla nich to nie jest wizja na powierzchni, tylko wewnętrzny ekran. Nazywają to „skrying dotykowy” albo psychometria połączona ze skryingiem. Trochę niszowe, ale warte uwagi.
Zaskakuje mnie różnorodność podejść w tym wątku. Sam stosuję dość klasyczną metodę — czarne lustro, świeca, cisza — ale widzę, że ludzie eksperymentują z wodą, dymem, dotykiem, powieki...
Pytanie — czy ktoś próbował obsydianowego lustra azteckiego typu? Takiego okrągłego, polerowanego z obu stron? Bo to, co miał Dee, to był właśnie aztecki artefakt, prawdopodobnie z Pachuca w Meksyku. Analiza geochemiczna to potwierdziła jakieś lata temu.
Ja nie oczyszczam w ogóle. Pracuję z tym samym lustrem od lat, nigdy go nie okadzałem, nie kładę w świetle księżyca. I działa. Uważam, że oczyszczanie to kwestia komfortu psychicznego praktykującego, nie obiektywnej konieczności. Ale jeśli ktoś czuje, że powinien — niech robi. Rytuał daje poczucie kontroli, a to pomaga wejść w trans.
Jestem tu głównie obserwatorką, ale chcę dodać jedną rzecz z własnego doświadczenia. Skrying z wodą, do której dodałam kilka kropel olejku z bylicy (artemisia), dał mi najintensywniejszą wizję, jaką miałam. Całą scenę, z dźwiękami i zapachem. Jednorazowe doświadczenie, bo następne sesje z tym samym olejkiem nic nie dały. Ale tamta jedna sesja... pamiętam każdy szczegół po latach.
Mogę powiedzieć jedną rzecz z pewności — im dłużej to praktykujesz, tym mniej obchodzi Cię, czy to neuronaukowcy potrafią wyjaśnić. Bo zaczynasz mieć doświadczenia, które dla CIEBIE są znaczące, niezależnie od mechanizmu. Czy wizja pochodzi z mózgu, z podświadomości, z astralnego planu, z kwantowej pianki — w momencie kiedy siedzisz przed lustrem i widzisz coś, co potem się sprawdza, akademicka debata traci znaczenie.
Chciałam zapytać o coś praktycznego — jak odróżniasz wizję skryingową od zwykłej wyobraźni? Bo kiedy próbuję, to mam wrażenie, że po prostu „wymyślam” obrazy, a nie że coś „przychodzi”.
