Mam pytanie do całej dyskusji, bo nie jestem pewna, czy dobrze rozumiem. Mówicie, że problem Gruszanki to emocje przed kartami. Ale czy emocje w pracy z kartami to nie jest właśnie coś, co ma być? Rozumiem, że chodzi o to, żeby emocje nie sterowały interpretacją, ale nie wiem, gdzie jest ta granica między zaangażowaniem emocjonalnym a tym złym zalewem.
Właśnie to. Kiedy siedzę z pytaniem o kogoś bliskiego, to nie widzę kart. Widzę tę osobę. I interpretuję przez to, jak się wobec niej czuję, a nie przez to, co jest na karcie. To jest chyba najuczciwsze, co mogę powiedzieć o tym, co się ze mną dzieje.
Czytam tę wymianę i chyba obie macie rację, tylko o różnych momentach. Przed kartami to jest projekcja, jestem w stanie to przyjąć. Ale czasem w trakcie patrzenia na konkretną kartę dzieje się coś innego, jakiś nagły obraz albo wrażenie, które nie pasuje do tego, czego się spodziewałam. Czy to jest intuicja? Nie wiem, jak to rozpoznać.
hmm, To, co opisuje Gruszanka w tym ostatnim poście, czyli niespodziewane wrażenie, które nie pasuje do oczekiwań, to jest bardzo konkretna wskazówka. Właśnie dlatego, że nie pasuje. Projekcja zazwyczaj potwierdza to, co już masz. Jeśli karta cię zaskoczyła, to jest znacznie rzadziej projekcja. Tylko że to wymaga dużej uczciwości, żeby nie zacząć potem racjonalizować tego zaskoczenia.
Czytam to wszystkiego i mam takie wrażenie, że mówicie o czymś, co nie jest w ogóle specyficzne dla tarota ani dla egipskich czy kabbalistycznych kart. To chyba działa tak samo w każdym systemie? Czy jest coś w samej strukturze tych tradycji, o których mówi tytuł wątku, co sprawia, że ten problem projekcji jest tam mniejszy albo większy?
