Zaczał mnie ostatnio mocno zastanawiać jeden problem, z którym chyba każdy tarolog prędzej czy później się mierzy. Robię rozkład, wyciągam karty, zaczynam interpretować i w pewnym momencie mam wrażenie, ze cześć tego co 'widzę' to realna informacja z kart, a część to moje własne obawy albo nadzieje, które po prostu na te karty nakładam. I nie wiem jak to rozdzielić. Mam na przykład taki schemat: jesli wyciągnę Wieżę w pozycji przyszłości, to automatycznie czuje lęk, a ten lęk zaczyna budować całą narrację. Czy ta narracja pochodzi od kart czy od mojego strachu przed zmianą? Jak wy sobie z tym radzicie? Czy w ogóle uważacie że to rozróżnienie jest możliwe?
Wiesz, to jest jedno z tych pytań, które trzyma mnie w robocie od lat. Moja praktyczna odpowiedź jest taka: jeśli interpretacja przychodzi mi natychmiast, bez namysłu, prawie fizycznie - traktuję ją poważniej niż tę, którą muszę sobie jakos 'wywnioskować' z kontekstu. Ale przyznam szczerze, że to kryterium też bywa zawodne bo silne emocje też potrafia dawać bardzo natychmiastowe, błędne odczyty. Więc nie mam na to żadnego niezawodnego testu. A ty, Okultysta80, zauważasz jakąś regularność, kiedy interpretacja okazuje się potem trafna?
To jest dokładnie ten problem, który sprawia, że tarot bywa trudniejszy niż się wydaje osobom z zewnątrz. Ja bym tu rozróżnił dwie warstwy. Pierwsza to projekcja osobista - czyli to co Okultysta opisuje z Wieżą. Druga to szum kontekstowy - kiedy jesteśmy za bardzo zanurzeni w sytuację pytającego i zaczynamy interpretować pod tezę. Te dwa rodzaje szumu działają inaczej i warto je rozpoznawać oddzielnie. Ale mam pytanie do obojga: czy robicie rozkłady głównie dla siebie czy dla innych? Bo moim zdaniem to fundamentalnie zmienia skalę problemu.
Powiem wprost: większość ludzi, którzy pytają o szum interpretacyjny, tak na prawdę jeszcze nie wypracowała wystarczająco głębokiej znajomości symboliki kart i wtedy każda interpretacja jest w jakimś stopniu projekcją. To nie krytyka, to po prostu etap. Dopóki nie masz wbudowanego, trwałego słownika symbolicznego, twoje własne skojarzenia będą naturalnie wypełniać luki. Kwestia lat pracy. Ale interesuje mnie co innego: czy ktos z was stosuje jakiś rytuał przed rozkładem, który ma właśnie za zadanie wyciszyć ten szum?
Mnie się zdaże że najgorszy szum to nie ten z emocji, tylko ten z przeczytanych zbyt wielu ksiązkek. Masz w głowie dziesięć różnych interpretacji jednej karty i zaczynasz wybierać tą, która pasuje do tego co chcesz zobaczyc. I myślisz że jesteś merytoryczny, bo to przeciez 'z ksiązki', a tak naprawde filtrujesz pod teze. Mnie to długo zajęło zanim to zobaczyłam u siebie.
No, właśnie chciałem zapytać o to co Latawica poruszyła bo to mi się kręci po głowie od kiedy zaczałem się uczyć tarota. Czy nie jest tak że ta wieloznacznosć jest wbudowana w system celowo? Tzn. karty nie mają dawać jednej odpowiedzi, tylko otwierać przestrzeń do myślenia. A jeśli tak, to może 'szum' to jest właśnie ten mechanizm i nie ma czegoś takiego jak czysta informacja od kart?
Czytam tę rozmowę i mam jedno konkretne zastrzeżenie do tego, co napisał Damianek. Wieloznaczność systemu nie oznacza, że szum nie istnieje. Karty mogą być wieloznaczne i jednocześnie pewne interpretacje mogą być bardziej lub mniej trafne w danym kontekście. To nie jest sprzeczność. Szum to nie to samo co wieloznaczność - szum to coś, co do interpretacji dokładasz ty, a nie co jest w systemie. Różnica jest istotna.
Trochę się gubię w tej dyskusji, bo mam wrażenie że wszyscy zakładają, że wiedzą co to znaczy 'trafna interpretacja'. Ale skąd się to wie? Jeśli wyciągam kartę i interpretuję ją na swój sposób, a potem coś się dzieje w życiu, to skąd wiem, że to ta karta to 'zapowiedziała', a nie po prostu tak wyszło? To chyba jest podstawowe pytanie, prawda? 🙂
Notatki to dobra rzecz, ale mam pytanie do Chryzoprazki i w ogóle do osób, które to robią: czy zapisujecie też swój stan emocjonalny przed rozkładem? Bo mi się wydaje, że bez tego trudno potem ocenić czy dana interpretacja była szumem czy nie. Ja zaczęłam to robić i widzę wyraźne wzorce - kiedy byłam zestresowana przed rozkładem, moje interpretacje były wyraźnie bardziej pesymistyczne niż same karty sugerowały.
To ciekawe z tymi kartami-wyzwalaczami. U mnie jest troche inaczej bo mi się zdarza odwrotna sytuacja: kiedy wyciągnam kartę bardzo pozytywną w trudnej sytuacji, to zamiast sie z tego ucieszyć zacznam szukac drugiego dna albo odwracam cały kontekst żeby to nie bylo tak różowo. I zastanawialam sie czy to jest też szum czy moze jakis instynkt ostrzegawczy?
Czytam tę dyskusję i mam konkretne pytanie, bo jestem w trakcie nauki i mnie to wprost dotyczy. Powiedzcie mi: jak zaczynający tarolog w ogóle ma wiedzieć, czy to co widzi w kartach to symbolika karty, czy już jego własne myśli? Mam wrażenie, że to jest trochę błędne koło - żeby rozróżnić szum od sygnału, trzeba już mieć doświadczenie, ale doświadczenie zdobywa się właśnie przez interpretowanie, w tym też przez błędy.
To co Groszek opisuje, to klasyczny problem epistemiczny. W każdej tradycji interpretacyjnej - nie tylko w tarowie - jest ten moment, kiedy uczący się nie ma jeszcze narzędzi do oceny własnych interpretacji. Ale jest coś, co może pomóc: zewnętrzna korekta. Czyli weryfikacja swoich odczytań z kimś bardziej doświadczonym albo przez grupę. Nie dlatego, że ta osoba wie 'prawdę', ale dlatego, że inny punkt widzenia ujawnia miejsca, gdzie twoja interpretacja jest za bardzo zrośnięta z twoim aktualnym stanem. 😛
Wracając do wątku, bo trochę zeszliśmy na ogólniejsze tematy: mnie interesuje praktyczna metoda na etapie samego rozkładu, nie po fakcie. Czy ktoś z was ma coś konkretnego, co robi zanim zacznie interpretować, żeby oddzielić siebie od kart? Chryzoprazka wspomniała o rytuale, ale nie powiedziała co konkretnie. Bo notatki i weryfikacja po czasie to jedno, ale co z tym momentem, kiedy siedzisz przed rozłożonymi kartami i czujesz, że twoje emocje chcą podyktować znaczenie?
Powiem wam co mnie troche ratuje w tej chwili 'w środku'. Jak zaczynam tłumaczyć daną kartę i czuje że moja interpretacja jest bardzo płynna czyli przychodzi mi za łatwo i za szybko, to to jest dla mnie sygnał. Bo prawdziwa praca z kartą wymaga chwili zastanowienia. Jak coś przychodzi natychmiast i idealnie pasuje do sytuacji, to najcześciej to jestem ja, a nie karta.
To co Talizmanka opisuje, to jest jedna z tych rzeczy, które trudno sformalizować, ale praktycy wiedzą o czym mowa. Jest taki rodzaj 'wsuwania się' interpretacji, który jest zbyt wygodny. Problem w tym, że ktoś mniej doświadczony tego po prostu nie wyczuje - i tu wracamy do pytania Groszka o to, jak na początku wogóle budować ten rodzaj wrażliwości. Groszek, a powiedz mi - jak długo siedzisz z danym rozkładem zanim zaczynasz go opisywać?
Ja przez długi czas też działałem na pierwszym wrazeniu i myślałem, ze to jest intuicja. Potem zacząłem porównywać te pierwsze wrażenia z tym, co wychodziło po dłuższym siedzeniu z kartą, i okazało się że rózniły się dosyć często. Nie zawsze na moją niekorzyść ale różnily się. Teraz robię tak że zapisuję pierwsze wrażenie, odkładam na chwilę i wracam. Różnica między tymi dwoma zapisami czasem mówi mi więcej niż sama interpretacja.
To co Okultysta opisuje z porównaniem dwóch zapisów jest naprawdę ciekawe. sama tego nie robiłam, ale teraz myślę ze chciałabym spróbować. Mam tylko pytanie praktyczne - jak długa przerwa? Bo jeśli chodzi o godzinę, to może być problem ale jeśli o kilka minut, to czy to wystarczy żeby się od karty oderwać? 😉
Chcę tu wnieść trochę inną perspektywę, bo ta rozmowa zakłada, że 'ja' i 'karta' to dwa oddzielne źródła informacji, które należy rozdzielić. ale część tradycji tarota zakłada, że interpretacja jest właśnie procesem spotkania - że to co projektujesz to jest też część przekazu. Nie mówię żeby porzucić próby odróżnienia szumu od sygnału, ale zastanawiam się czy ta metafora - szum kontra informacja - nie jest już jakimś założeniem, które zamyka inne podejścia.
Słucham i coraz bardziej myślę że może cały problem z szumem to jest kwestia doświadczenia którego po prostu nie da się skrócić. Że trzeba zrobic sto błędnych interpretacji żeby zaczac rozpoznawać własne wzorce. Czy ktoś ma inne zdanie? Bo to brzmi trochę zniechęcająco dla tych, którzy zaczynają.
Czytam to z zewnatrz jako ktos, kto tarota traktuje dosc sceptycznie i mam pytanie może naiwne: czy ktos z was prowadzil takie systematyczne zestawienie - interpretacja kontra to co sie faktycznie wydarzylo - przez dluzszy czas? I co z tego wyszlo? Pytam serio nie zlosliwie.
Moim zdaniem kluczem jest praca z odwróconymi kartami, bo one z natury zmuszają do bardziej analitycznego myślenia i rzadziej uruchamiają projekcje. Jak masz Słońce proste, to łatwo ci wmówić sobie co chcesz. Jak masz Słońce odwrócone, to musisz się zatrzymać i to działa jak naturalny filtr szumu.
I właśnie to mnie zastanawia w tym co powiedziałaś, Oksanka - jakbyś powiedziała komuś który dopiero zaczyna, żeby koncentrował się na odwróconych kartach jako sposób na filtrowanie projekcji, to w praktyce może go po prostu bardziej pogubić. Bo skąd początkujący wie, czy to co czuje przy odwróconej karcie to jest 'analityczne myślenie' czy po prostu inny rodzaj projekcji z innym znakiem?
To co Walentynkaa napisała trafia w sedno mojego pytania sprzed kilku postów. bo skoro nawet odwrócone karty mogą być podatne na projekcję to mamy jakiś konkretny punkt zaczepienia od którego można zacząć odróżniać sygnał od szumu? Albo przynajmniej coś, co zmniejsza ryzyko?
To co Chryzoprazka napisała - to mi się przydarzyło dosłownie ostatnio. Siedziałam z rozkładem i jedna karta po prostu nie 'grała' z resztą i w notatce napisałam jedno zdanie, bo naprawdę nie wiedziałam co z nią zrobić. A potem, jak sytuacja się rozwinęła, to właśnie ta karta była najbliżej prawdy. Teraz nie wiem czy to przypadek, ale zapamiętam to.
No właśnie Wieża. Chyba żadna karta nie jest tak często 'reinterpretowana na miękko' jak ona. Zawsze można powiedzieć że to 'tylko zmiana perspektywy' albo 'burzenie starych schematów'. I to jest technicznie prawda ale sposób w jaki ta karta zazwyczaj dziala jest rzadko taki łagodny jak chcemy żeby był.
Słuchajcie, to co Groszek opisala jest ciekawe z zewnatrz, bo to brzmi jak klasyczny mechanizm obronny. Nie ezoteryczny, tylko zwykly psychologiczny. Czy ktos z was myslal o tym, ze moze czesc tego 'szumu' to po prostu to, co psychologowie nazywaja wishful thinking albo potwierdzaniem tego co juz wierzymy? I jak to sie ma do tarotowej intuicji?
Właśnie o to chodzi i cieszę się że Walentynkaa to powiedziała wprost. Mnie samego bardziej interesuje poziom praktyczny. Filozofia jest ważna jako tło, ale jeśli siedzę z rozkładem i chcę wiedziec co jest realną informacją a co moim strachem albo życzeniem - to potrzebuję jakichś sprawdzalnych wskazówek. Moje zapiski z dwóch sesji to jedno podejście. Jakie są inne?
