Chciałem poruszyć cos,o czym mało się mówi wprost, a co mnie samego dosłownie rozłożyło kilka miesięcy temu. Chodzi o ten stan, kiedy po intensywnym okresie praktyki - medytacje, rytuały, praca z snami, głębsze eksplorowanie - człowiek nagle czuje się kompletnie wypalony. Nie zmęczony w seensie że chce się spać, tylko coś głębszego. Jakby cos w środku poprostu odmówiło współpracy. Siedziałem przy ołtarzu i nie czułem nic. Jakby ktoś wyłączył kontakt. Zacząłem się zastanawiać czy to normalny etap na ścieżce, czy moze cos robię źle. w różnych tradycjach spootykam się z opisami podobnych stanów - w mistyce chrześcijańskiej to "noc ciemna duszy" u Jana od Krzyża, w buddyzmie mówi się o pewnych prześwitach gdzie praktyka wydaje się bezowocna. Ale czy to naprawdę to samo? Chętnie usłyszę czy ktos przez to przechodził i jak to rozumiiał.
To bardzo konkretne pytanie i dobrze że je postawiłeś, bo wielu ludzi w tym miejscu po prostu odpuszcza praktykę i nigdy nie wraca. :)) Żeby nie pisać od razu suchej teorii, najpierw zapytam, jak długo trwał ten stan u ciebie i czy wcześniej był jakiś wyraźny szczyt, intensywny okres, po którym to nastąpiło?
ojejku, ja to znam aż za dobrze. Myślę że każdy kto praktykuje regularnie przez kilka lat, w końcu trafia w taki dół. Mnie to spotkało po intensywnym roku pracy z kartami i astrologią - każdego dnia czytałam, medytowałam, prowadziłam dziennik snów. I w pewnym momencie po prostu cisza. ciągnęłam się przez to jakieś dwa miesiące, zupełnie bez sensu patrząc na talie jak na zwykły karton. Potem wróciło, i to mocniej niż wcześniej. Więc chyba coś w tym jest, że to nie degeneracja, ale pytanie co się wtedy tak naprawde dzieje w środku.
Ale dlaczego akurat po intensywnym okresie? To trochę bez sensu, że im więcej robisz tym potem gorzej. Jak ćwiczysz to powinieneś być coraz silniejszy a nie wypadać z rytmu. Może po prostu robiliście za dużo na raz i to zwykłe przeciążenie a nie żaden etap duchowy?
No wlasnie bo to moim zdaniem jest często mylone. Czakra korony sie otwiera i czassem robi sie takie pustkowie w środku,bo energie muszą się na nowo ułożyć. jak masz otwartą koronę a nie ma jeszcze przepływu przez resztę systemu to wlasnie to czujesz - zero, cisza, brak kontaktu. To standrd przy pracy z wyższymi czakami. Trzeba po prostu poczekać aż sie zrównoważy.
U mnie trwało to moze sześć tygodni. I tak, wcześniej byl wyraźny szczyt - kilka tygodni bardzo intensywnych snów, kilka bardzo żywych doświadczeń podczas rytuałów, naprawdę czułem że coś się dzieje. I potem nagle jak nożem uciął. Teraz jak to opisujesz z sufizmem to brzmi znajomo ale bałem się że może po prostu zrobiłem coś źle i przeciążyłem to co pracowało.
cholera, to ze cos zrobiłeś źle to bym odrzucił na starcie. Takie stany po intensywnym szczycie sa opisywane w za duzo tradycjach zeby to była przypadkowa usterka. Mnie bardziej ciekawi to co napisałaś, Morganitko - ta granica między etapem duchowym a przeciążeniem. Jak to w praktyce odróżnić? Bo z zewnątrz i chyba tez od środka wygląda tak samo.
Właśnie, to jest kluczowe pytanie. Bo jeśli ktoś nowy trafi w taki stan i nie będzie wiedział że to możliwy etap, to po prostu odpuści. Albo wpadnie w panikę że zrobił sobie krzywdę. Może warto by tu było jakieś konkretne sygnały ostrzegawcze wymienić, które mówią "to za duzo, zatrzymaj się" a nie "to etap, przetrzymaj"?
Powiem Wam, trochę tu mieszacie pojęcia z różnych bajek. "Noc ciemna duszy" Jana od Krzyża to bardzo specyficzny stan opisywany w kontekście mistyki karmelitańskiej, tam chodzi dosłownie o zawieszenie wszelkich pocieszeń duchowych po to zeby miłość do Boga przestała byc zależna od przeżyć. To nie jest to samo co wypalenie po zbyt intensywnej praktyce ezoterycznej. nie twierdzę że to drugie nie istnieje, ale wrzucanie wszystkiego do jednego worka robi wiecej zamieszania niż pożytku.
matko, ok to teraz ma więcej sensu. Ale to co opisujesz jako ten spokój mimo pustki, jak to w ogóle jest możliwe? Bo jak mi nic nie działa to jestem sfrustrowana, nie spokojna 🙂
Mnie to akurat pasuje do tego co czułem. Nie byłem sfrustrowany, raczej spokojny ale jakby daleko od wszystkiego. Normalne rzeczy szły ok, praca, jedzenie, rozmowy. Tylko ze jak siaadłem do praktyki to jakby wchodziłem do pustego pokoju. Żadnej odpowiedzi, żadnego rezonansu. daleko mi do pewności
O matko, to ta druga opcja brzmi strasznie. Podkręcanie na siłę kiedy coś nie działa to chyba najgorsze co można zrobić, nie? Domyślam się że skończyło się nie za dobrze dla tej osoby?
O matko. To jest naprawdę przerażające. Czyli ta derealizacja to był skutek tego podkręcania? Czy to się cofnęło potem?
Tak, to brzmi jak to. Ten spokój jest ważny, bo przy przeciążeniu zazwyczaj jest albo drażliwość albo niepokój. Obojętność bez lęku przy sprawnym ciele, to jest akurat dobry prognostyk. chociaż "dobry" to może złe słowo, raczej powiem - neutralny, normalny w pewnym kontekście. Pytanie które zawsze zadaję w takich sytuacjach: czy miałeś wtedy kogokolwiek kto mógł na to spojrzeć z zewnątrz? Nauczyciela, kogos z dłuższą praktyką?
I wlasnie tu jest chyba największy problem z soliterami. Nie w tym zeby miec "guru" ale w tym ze brakuje jakiegokolwiek punktu odniesienia kiedy cos jest inaczej niż oczekujesz. Tradycje ktore mają inicjacyjny wymiar zawsze miały kogoś starszego kto przy tym jest, nie po to zeby prowadzić za rękę, ale zeby powiedzieć ze widzą co sie dzieje i ze to ok
To ważna uwaga. Ale mam pytanie praktyczne, bo nie każdy ma dostęp do takiego kogoś. Większość osób tutaj na forum raczej nie praktykuje w żadnej sformalizowanej tradycji z mistrzem na podorędziu. Co wtedy? Czy w ogóle można sobie poradzić bez tego?
Ten dziennik to naprawdę nie jest banał. Ja prowadzę od wielu lat i kilka razy właśnie przez niego zobaczyłam że weszłam w cykl, którego nie czułam na bieżąco. albo odwrotnie, że to co myślałam że jest stagnacją, był właśnie poprzedzony bardzo intensywnym miesiącem i ta pustka miała sens w kontekście.
Ojej, to brzmi mega sensownie z tym dziennikiem! 🙂 Ale jak to w ogóle prowadzić zeby miało sens? Bo ja próbowałam i skończyłam na notowaniu "medytowałam 20 minut" a potem nic. Co konkretnie warto zapisywać?
Ja zawsze mówię zeby patrzeć na czakrę splotu słonecznego przy takich stanach bo ona często jako pierwsza daje sygnał ze coś sie przestawia. Jak jest napięcie albo jakiś ucisk tam to znak ze ego jest w oporze wobec tego co sie dzieje energetycznie. Ale jak jest ciepło i spokój to znaczy ze transformacja idzie, tylko tyle
hm, a moge zapytać trochę z boku bo to jest moja sytuacja teraz prawie dokladnie? Zacząłem regularną praktykę jakieś pół roku temu, przez pierwsze miesiące duzo sie działo, sny, jakies synchroniczności, raz chyba miałem prawdziwe wyjście z ciała. I teraz od jakichś dwóch miesięcy totalnie nic. czytam watek i ciężko powiedziec czy to dobrze czy powinienem się martwić
U mnie właśnie to forsowanie wydłużyło ten etap. Im bardziej próbowałem przełamać tę ciszę,tym głębiej siedziałem. Jak odpuściłem i po prostu siadałem bez oczekiwań, to po jakimś czasie cos się otworzyło. Ale ten czas bez oczekiwań był naprawde ciężki.
No właśnie, ten wzorzec jest powtarzalny i to jest chyba najważniejsza informacja dla kogos kto to przeżywa po raz pierwszy. Nie jesteś wyjątkiem, nie cos sie zepsuło, to jest znany etap. Różne tradycje różnie to nazywają ale identycznie opisują suchość, brak odczuć, wrażenie ze praktyka jest marwta.
Tak, u mnie ten etap trwał chyba z osiem miesięcy raz. I to co pomogło to nie było nowe ćwiczenie tylko właśnie zejście do minimum. Zamiast godziny, kwadrans. Zamiast rytuału, jedno spokojne siedzenie. Jak obniżysz poprzeczkę to przestajesz się też z nią konfrontować codziennie i jakoś przestaje boleć.
Osiem miseięcy to sporo. ja mysle ze w takich sytuacjach dobrze jest sprawdzić co sie dzieje z rdzeniem energetycznym, bo często ta suchość to jest zatkanie przepływu a nie prawdziwy etap duchowy. Jak ktos ma dostęp do dobrego bioenergoterapeuty to warto sie pokazać, czaesm jedna sesja otwiera to co miesiącami siedziało.
aha, mam wrażenie że ta rozmowa kręci się trochę w kółko wokół tego kiedy to jest etap a kiedy problem. Czy nie da się tego jakoś bardziej konkretnie rozdzielić? bo te sygnały z ciała to ok, ale co jeśli ktoś nie ma żadnych zewnętrznych objawów a mimo to praktyka jest martwa od roku?
Okej, nakładanie się rozumiem. Ale właśnie dlatego to jest ważne żeby to rozróżniać bo jeśli ktoś ma zwykłe wyczerpanie i wmówi sobie ze to "noc ciemna" i "etap drogi", to zamiast po prostu odpocząć i zadbać o siebie, bedzie siedzieć i "trwać". I to może naprawdę zaszkodzić. Dla mnie to jest ten praktyczny sygnał ostrzegawczy o którym mówił tytuł tego watku żeby nie romantyzować za bardzo.
