Ostatnio siedzę nad jedną myślą, która nie daje mi spokoju i chciałam zobaczyć co wy na to. Chodzi o ten moment, kiedy w człowieku ścierają się dwa zupełnie przeciwstawne impulsy, nie tylko psychologicznie, ale też duchowo. Różne tradycje mają na to swoje nazwy i swoje podejście, i mnie to kompletnie pochłonęło. W kabale jest coś takiego jak bein hashmashot, taki graniczny czas między dniem a nocą, kiedy jakby dwa porządki istnieją jednocześnie i żaden nie dominuje. Niektórzy komentatorzy mówią, że to obraz tego, co dzieje się w człowieku podczas prawdziwej przemiany. Nie pokój, tylko tarcie. I to tarcie ma sens. A w chrześcijańskiej mistyce, szczególnie u Jana od Krzyża, ta "ciemna noc duszy" to przecież nie depresja, to właśnie taki wewnętrzny rozłam, kiedy stare nie żyje, a nowe jeszcze nie powstało. Interesuje mnie, czy inne tradycje mają podobne pojęcie. Że konflikt MUSI być, ze to część drogi. Nie coś, od czego się ucieka. Co wy o tym wiecie lub myślicie?
@Runomira_55 To pytanie dotyka czegoś bardzo istotnego. W tradycji hermetycznej mówi się o solve et coagula, rozpuść i zestaw. Zanim cokolwiek się scali w wyższą formę, musi przejść przez fazę rozkładu. Alchemicy nie traktowali tego tylko symbolicznie, dla nich nigredo, ten czarny etap, był realnym stanem duszy i był konieczny. Nie do przetrwania. Do przejścia. I tu jest różnica, której wiele osób nie rozumie: przetrwanie konfliktu to nie to samo co jego przepracowanie. Można wyjść z nigredo bez żadnej przemiany, tylko poobijany. Albo można wyjść przemieniony. To zależy od tego, czy człowiek pozwala tej sprzeczności działać, czy ją tylko tłumi. Masz rację, że Jan od Krzyża to widział, ale ciekawsze jest to, że identyczną strukturę znajdziesz w sufizmie, szczególnie u Rumiego: "ból jest tym, co otwiera w tobie okna". Nie metafora. Opis procesu.
Ojejej. Woow to jest jakis temat. Moge zapytac bo nie kumam calkiem tego solve et coagula - to znaczy ze ten wewnetrzny rozpad to cos co ma sie dziac samo, czy mozna go jakos aktywnie wywolyac? Bo jak sie to robi "dobrze"? Martwi mnie troche ze moge sobie zrobic krzywde idac za tym na slepo
Dobrze brzmi, ale mam jedno ale. Skąd wiadomo kiedy "siedzenie z tym" jest autentyczną pracą duchową, a kiedy poprostu utknęłeś i trwasz w jakimś bezsensownym kręgu? Pytam serio, bo znam za dużo osób które latami "pracowały nad sobą" przez ciągłe rozpamiętywanie własnych konfliktów i skończyły gorzej niż zaczęły. W alchemii chyba chodziło też o to, że proces ma postęp, a nie że ktoś siedzi w błocie bez końca i mówi że to transformacja
A mnie tu ciekawi jedna rzecz, mianowicie to co Runomira pisała o tym tarciu jako czymś celowym. Ja miałam taki okres, nie wiem jak to nazwać, kiedy w głowie miałam kompletny konflikt, co czuję kontra co myślę, i przez długi czas to było wyczerpujące. Ale po tym czasie coś się rzeczywiście ułożyło, jakby na nowym poziomie. Nie w jakiś dramatyczny sposób, po prostu widziałam pewne rzeczy wyraźniej. Nie wiem czy to to samo o czym mówicie ale intuicyjnie mi się to łączy. Czy te tradycje rozróżniają konflikt emocjonalny od czegoś głębszego, duchowego?
No właśnie, i tu dochodzimy do meritum. Wiele tradycji nie bez powodu wiąże tę wewnętrzną walkę z konkretnym ciałem subtelnym. W numerologii na przykład dziewiątka to liczba zamknięcia cyklu i właśnie ta faza kiedy coś musi się rozpaść zanim pojawi się jedynka nowego cyklu, jest czesto najtrudniejsza. Osoby w roku osobistym dziewiątka często opisują dokładnie te stany. Nie twierdzę że numerologia to wszystko tłumaczy, ale te wzorce są nieprzypadkowe. Fluktuacje energii w takim roku są po prostu intensywniejsze.
Hm... czytam tę rozmowę i mam pytanie może troche z boku, ale mnie nurtuje. czy te tradycje mówią COŚ o tym, czy ten wewnętrzny konflikt może się jakoś "uzewnętrznić"? To znaczy czy to czego człowiek nie przepracuje w środku, zaczyna się pojawiać na zewnątrz w postaci zdarzeń życiowych albo relacji? Bo ja mam takie wrażenie że to co ignoruję w sobie, dostaje w twarz z zewnątrz
O, to co Oleandra mówi mnie bardzo ciekawi, bo ja mam bardzo podobne wrażenie jak Grimoire. Jak długo unikałam jednej decyzji, to jakby życie samo zaczęło ją wymuszać przez okoliczności. Ale zastanawiam sie, czy to nie jest też po prostu efekt tego że jak coś ignorujemy to po prostu nie robimy działań które by to zmieniły i potem jest eskalacja? Nie musi to być coś mistycznego, może to czsto po prostu zwykła logika przyczynowo-skutkowa?
To rozróżnienie, które Beltane proponuje, jest pozornie proste, ale w praktyce bardzo trudne do utrzymania. Tradycja mistyczna nie twierdzi że zwykła przyczynowość nie istnieje. Twierdzi że działa na kilku poziomach jednocześnie. To że decyzja ma logiczne konsekwencje i to że odpowiada jakiemuś głębszemu wzorcowi wewnętrznemu, to nie są twierdzenia wykluczające się. Jedno nie przekreśla drugiego. Ale rzeczywiście, w pracy z tradycją bardzo łatwo wpaść w pułapkę wszystko-jest-moją-projekcją. A to bywa niszczące. 😀
Mam pytanie do Nocnicy bo troche zgubilem watek. Mowisz o nigredo jako etapie który ma znaki postępu. Ale co jesli ktoś nie ma żadnej tradycji, żadnego kontekstu, żadnego mistrza, i po prostu przechodzi przez cos bardzo ciężkiego? czy ten proces i tak jakoś działa czy potrzebny jest ten "kontener" który daje religia albo system?
Kurcze, ta odpowiedź Nocnicy o mapie to jest genialnie powiedziane, serio dzieki! To mi tez cos wyjasnia. bo ja trafiałem na różne systemy i zawsze sie meczylem, ze moge pracowac z jednym albo z drugim, ale nie z oboma naraz. A tu nagle wyglada na to ze ten "wewnetrzny rozlam" który czulem przy próbie łączenia róznych tradycji moze byc czescia drogi, nie bledem? Dobrze rozumiem?
Właśnie, i tu wracamy do czegoś co mnie od początku interesuje w tym temacie: skąd pochodzi ta idea że konflikt jest produktywny, a nie tylko destrukcyjny? Bo w większości popularnych nurtów duchowych mamy wpojone ze równowaga, harmonia, brak tarcia to ideał. A tradycje mistyczne mówią właściwie coś odwrotnego, ze stan bez sprzeczności to często stan bez ruchu, bez wzrostu. Heraklit mówił że polemos, walka, jest ojcem wszystkiego. I te same idee znajdziesz w taoizmie, ale inaczej wyrażone, przez yin-yang, gdzie nie chodzi o wyeliminowanie napięcia między biegunami, tylko o ich dynamiczny taniec.
Przepraszam ze wchodze, bo nie zawsze sie wypowiadam, ale mam jedno pytanie praktyczne. Jak to rozumiec w kontekscie pracy z czakrami? Bo jak medytuje nad czakra splotu slonecznego to czesto pojawia sie wlasnie jakies niekomfortowe uczucie jakby zderzenia sie czegos. Terapeuta mowil mi zeby to ignorowac i skupic sie na swietle. Ale po tym co tu czytam, moze nie nalezy tego ignorowac?
Ok, może faktycznie się zapędziłem. Ok, to teraz rozumiem trochę lepiej. Ale mam jeszcze jedno pytanie do Oleandy, bo to mnie naprawdę zastanawia, czy to co czuję przy splotu słonecznego to znaczy że mam jakiś konkretny konflikt który muszę przepracować, czy może to po prostu moje ciało reaguje na samą medytację? Bo nie wiem jak odróżnić jedno od drugiego i trochę mi głupio że cały czas pytam o takie podstawy
Mnie ciekawi co Runomira napisała wcześniej o vivece i vicharze bo to brzmi sensownie ale czy to nie jest tak ze trzeba miec juz jakies duchowe zaplecze zeby w ogole zobaczyc ten moment kiedy sie "nie zgadza"? Jak ktoś nie ma żadnej praktyki, to skąd wie że to jest ten moment, a nie po prostu zły dzień
Słuchajcie, a ja mam takie trochę inne pytanie, moze naiwne ale skoro mówimy o konflikcie wewnętrznym jako drodze purgacji, to czy wszystkie tradycje w ogóle zgadzają sie że to jest dobra droga? bo mam wrażenie że np. buddyzm by powiedział zeby nie przywiązywać się do żadnego konfliktu, ani go nie odpychać, ani nie podtrzymywać. to jak to jest?
To nie jest naiwne pytanie, Grimoire, to jest właśnie centralny problem tej rozmowy. I masz rację że buddyzm, szczególnie tradycja therawady, daje inną odpowiedź niż tradycje alchemiczne czy gnostyckie. Ale ciekawa rzecz: nawet w buddyzmie jest mowa o "dukkha-dukkha", o cierpieniu jako sygnale. Nie chodzi o szukanie konfliktu, ale o to że jego ignorowanie nie przynosi rozwiązania. Różnica tkwi w stosunku do procesu, nie w zaprzeczeniu, że istnieje.
Hm, tylko ze jak zaczniemy mówić że "każda tradycja to samo tylko innymi słowami", to możemy wrzucić wszystko do jednego worka i stracić sens tych różnic. Buddyzm mówi coś zasadniczo innego niż alchemia zachodnia w kwestii ego które ma przejść przemianę. W jednym ego jest problem do rozwiązania, w drugim materiał do transmutacji. To nie jest tylko kwestia języka.
No ale zeby nie zostawać przy samej teorii, bo trochę odpływamy od tego co Runomira na początku postawiła, czyli fluktuacje. Ja to rozumiem tak że te wahania, raz do góry raz do dołu, są właśnie tym mechanizmem purgacji w praktyce. Każda fluktuacja to jak takie uderzenie w sito, i coś przez sito przechodzi a coś zostaje. I w numerologii widzę dokładnie ten wzorzec w cyklach że rok dziewiąty jest właśnie pełen takich uderzeń przed przejściem do jedynki
Aj, a to jest właśnie ta trudna część. Bo ja jak czytam o nigrdeo to tam jest mowa o tym że rozpada sie właśnie to co sztuczne, co zostało nałożone z zewnątrz, nie to co jest "prawdziwe". ale jak człowiek jest w środku tego procesu to skąd wie co jest sztuczne a co jego?? To chyba jest najtrudniejsze.
Dawidek, właśnie!! to jest tak trafnie powiedziane i ja miałam dokładnie ten sam problem. Siedziałam z tym konfliktem co czuję kontra co myślę i nie wiedziałam która część to "ja". Dopiero po czasie, jak to się trochę uspokoiło, zrozumiałam że obie były moje, tylko z różnych poziomów. Może właśnie o to chodzi z tą purgacją, że nie wyrzuca się jednej z części, tylko coś się między nimi zmienia?
O, to co Rumianek mówi, że obie części są "moje tylko z różnych poziomów", to jest dla mnie mega ważne! Bo ja zawsze myślałam że muszę wybrać jedną stronę w tym wewnętrznym konflikcie, jakby jedna była dobra a druga zła. A tu wychodzi ze może chodzi o coś zupełnie innego? To by dużo tłumaczyło dlaczego nigdy nie czułam że "wygrałam" taką wewnętrzną walkę, bo nie o wygraną chodzi.
Czytam tę dyskusję od jakiegoś czasu i mam pytanie może z trochę innej strony. Mówicie dużo o tym co dzieje sie w środku, ale czy ten "święty zatarg" może być też wywołany z zewnątrz, celowo, przez praktykę? czy to coś co po prostu przychodzi samo i trzeba tylko nie uciekać?
