cholera,ostatnio duzo czytam o tym jak rozne tradycje wyobrażają sobie co dzieje się z duszą po śmierci i uderzyło mnie coś, o czym rzadko sie mowi - to nie jest tak, ze dusza idzie w jedno miejsce i tam zostaje. W wielu systemach ona jakby... stopniowo zanika, rozpuszcza się, traci to co indywidualne. W buddyzmie therawadyjskim jest anatman, brak trwałego ja, w gnoza mowi się o powrocie iskry do pleromy, w sufizmie jest fana, unicestwienie ego w Bogu. To jest ten sam wzorzec? Czy może jednak coś zupelnie innego za każdym razem? Ciekawa jestem co wy myślicie, bo to mi nie daje spokoju.
To co opisujesz to nie jest zanikanie w sensie unicestwienia. Przynajmniej nie w każdej z tych tradycji. Fana w sufizmie to raczej rozpadnięcie ego, ale coś zostaje, baqa, trwanie w Bogu. Iskra gnostycka wraca do pełni, ale jako iskra, nie jako nicość. Różnica jest fundamentalna i warto jej nie zacierać
szczerze? mnie to zawsze brzmiało jak filozoficzne kręcenie głową zeby uniknąc odpowiedzi. bo albo cos zostaje albo nie zostaje. moje babcia wierzyła że będize w niebie i będzie sobą,rozpozna rodzinę itd. i to jest konkretna obietnica. ta cała fana i powrót do pleromy jest piękna metafora ale co ona mowi o tym co NAPRAWDE czeka? nic konkretnego.
a co z reinkarnacją w tym wszystkim? bo rozumiem ze w buddyzmie therawadyjskim nie ma trwałego ja ale jednak coś się odradza, no nie? jak to jest pogodzone? pytam bo zawsze mi to wyglądało na sprzeczność.
no wlasnie to z plomieniem zawsze slyszalem ale szczerze nie wiem czy mi to pomaga. bo skoro plomien jest inny to po co w ogole mowic o odrodzeniu. rownie dobrze mozna powiedziec ze umiera i tyle, a obok rodzi sie inne dziecko. a nie wychodzi na to, ze to to samo?
glownie rekonstrukcja niestety, Szrejter, troche Gieysztor, troche własne przemyslenia z praktyki. nie ukrywam ze to niepewny grunt. ale wzorzec sie powtarza w tylu tradycjach ze chyba cos w tym jest - dusza ma warstwy i nie wszystkie warstwy trwają jednakowo długo po śmierci.
ojej, czytam to wszystko od początku i pomyślałam o czymś - w egipskim rozumieniu duszy też masz te warstwy, ba, ka, ach, ren i tak dalej. i właśnie ren, imię, było uważane za ostatnie co ginie. dopóki ktoś cię pamięta i wymawia twoje imię, jakiś aspekt trwał. to jest bardzo poetyckie i smutne jednocześnie.
Egypt mnie zawsze wciągał właśnie przez to! 🙂 I to przekonanie że wymazanie imienia to gorsze niż śmierć,dlatego faraonowie zamazywali imiona poprzedników. A to co mówisz o warstwach, ka jako sobowtór energetyczny który zostawał przy ciele, to jest coś co przeżywa i to przeżywa inaczej niż ba który latał. Czy ktoś wie jak egipscy kapłani rozumieli moment kiedy ka ostatecznie rozpada się? Bo to by było właśnie to "zanikanie" z tytułu.
ojej, to z eterem i astralnym to dokładnie tak, Bławatska i Steiner bardzo dużo o tym pisali. ciało eteryczne miało rozpadać sie przez kilka dni po śmierci i to był ponoć powód dla którego w pewnych tradycjach nie palono od razu. żeby dać mu spokojnie odejść. czy ktoś wie czy to ma odpowiedniki w innych religiach, te okresy oczekiwania?
w tybetańskiej księdze umarłych jest bardzo konkretnie opisany czas pośredni, bardo, który trwa 49 dni. i jest podzielony na etapy, pierwsze dni to jasne światło dharmaty, potem wizje spokojnych bóstw, potem gniewnych. i jeśli dusza nie rozpozna że to projekcje jej własnego umysłu, odpada na kolejny poziom. to jest właśnie ta fluktuacja o ktorej chyba mowi tytul, ze dusza jakby oscyluje między rozpoznaniem a nierozpoznaniem i z każdą falą traci szansę na wyzwolenie. poczekam co powiecie
