Ostatnio siedzę po uszy w materiałach o kenosis - to takie chrześcijańskie opustoszenie siebie, ale im więcej czytam, tym bardziej widzę, ze każda tradycja ma jakis wariant tego samego doświadczenia. Ta chwila gdy "ty" przestajesz istnieć zanim cokolwiek nowego może wejść. U sufich mają fana - unicestwienie ego w Bogu. W buddyzmie sunyata, pustka. W hinduskiej shaivite mowie mówi się o laya, rozpuszczeniu. I wszędzie to samo: najpierw jakieś zapaście, ciemność, dezorientacja, a potem... coś. Trudno mi powiedzieć jak to lepiej nazwać. Czy ktos pracował świadomie z tym stanem? Albo wchodził w niego przez naturę - las, woda, ziemia? bo mnie ostatnio wciąga ten temat właśnie od strony pracy z żywiołami i zastanawiam sie czy ktos tu miał podobne doświadczenia.
To ciekwae zestawienie, ale zaraz - laya to nie do końca to samo co fana albo sunyata. W shaivizmie kaszimirskim laya to raczej dissolucja w Shivie jako świadomości absolutnej, jest tam pewien element poznawczy, ktory zostaje. Fana suficka to unia miłosna, emocjonalna. Sunyata to wogóle inny porządek, nie unia, tylko rozpoznanie braku inherentnej egzystencji. Wrzucanie tego wszystkiego do jednego worka pod hasłem "unicestwienie" troche upraszcza. Co konkretnie masz na myśli przez prace z natura w tym kontekście??
oj to jest ten temat! siedziałam nad jeziorem u rodziców i bylo cos takiego, że poczułam się jakby mnie powoli rozmywało. trochę się przestraszyłam szczerze, bo nie wiedziałam co się dzieje. potem wróciłam do siebie ale jakby cos się we mnie przestawiło. to jest normalne? czy to właśnie to o czym piszecie?
ojejku, i jedna i druga! 😉 przeca szamani używają i jedno i drugie. najpierw idą w odosobnienie w naturę, zazwyczaj na jakiś szczyt albo do lasu albo nad wodę i tam właśnie to sie dzieje samo, ale oni też wiedza kiedy i jak to sprowokować rytmem bebna czy postem. to nie jest tak ze albo-albo. natura jest wyzwalaczem ale nie jedynym. zostawiam to do przemyślenia
przeczytałam wszystko i troche sie gubię, bo wy mówicie o tym jakby to było cos do robienia celowo, a mnie to przeraża trochę szczerze. znaczy to doświadczenie Wrzosowej nad jeziorem brzmi pięknie ale ona sie przestraszyła. jak odróżnić ze to jest to "dobre" unicestwienie duchowe a nie np. odpłynięcie gdzieś nie tam gdzie trzeba?
właśnie to mnie niepokoiło, ze nie wiedziałam "jak wyjść". w końcu po jakimś czasie samo wróciło ale byłam potem bardzo zmęczona. jakby ktoś mnie wypral. czy tak ma być?
to zmęczenie po jest wg mnie znakiem że cos naprawde zaszło, nie że cos poszło źle. przetwarzanie wymaga energii. ja po mocniejszych stanach tez bywam przez jakiś czas jak wyciśnięta. problem byłby gdyby to zmęczenie nie przechodziło albo gdyby towarzyszyło mu poczucie zagubienia w codzienności przez długi czas. jak wróciłaś do siebie i po kilku dniach byłaś ok, to chyba dobrze?
wchodzę w ten wątek bo mnie to bardzo kręci od strony numerologicznej - liczba 0 jest wlasnie tym stanem! nic, pustka, ale też nieskończoność i potencjał przed wszelką manifestacją. i ciekawa rzecz: w numerologii przekształcenie z jednego cyklu 9 do nowego 1 zawsze przechodzi przez tę zerową przestrzeń. ludzie często opisują przejścia między cyklami wlasnie jako okresy dezorientacji, jakby stracili grunt pod nogami. morze natura po prostu umożliwia wejście w tę przestrzeń szybciej bo wyciąga nas z naszych schematów myślowych?
hej, ja mam głupie pytanie moze, ale co to w ogole znaczy "unicestwienie przed odrodzeniem"? 🙂 bo z tytulu tematu nie do konca rozumiałam o co chodzi i przeczytałam wszystko ale dalej nie jetsem pewna. to jest jakos zwiazane z tym ze przestajesz czuc siebie? jak sen?
