Chcę wrócić do czegoś, co powiedział wcześniej Ewaryst o intencji. Bo jest tam jeszcze jeden wymiar, który nie padł - kwestia adresata. Mantra w wedyjskim kontekście jest skierowana do konkretnej zasady kosmicznej, dzikir do Boga, modlitwa Jezusowa do osoby Chrystusa. A co z powtarzaniem, które nie ma adresata? Czy to jest po prostu ćwiczenie umysłu?
To co mówi Jadea96 o buddyzmie therawada jest ważne, bo rozbija takie potoczne wyobrażenie, że każde powtarzanie musi mieć 'odbiorcę'. Ale mnie nurtuje, czy to nie jest pozorna różnica - bo jeśli kierujesz powtarzanie ku przebudzeniu jako stanowi, to czy to nie jest pewien rodzaj adresowania? Tylko że zamiast osoby masz kierunek?
właśnie to jest ciekawe rozróżnienie. W tradycji wedyjskiej adresat to zasada kosmiczna, w sufizmie - Bóg osobowy, w therawadzie - stan, nie byt. Ale we wszystkich przypadkach jest jakiś wektor. Powtarzanie bez wektora to już będzie co innego - może biofeedback, może trening uwagi, ale raczej nie to, co mistyk przez mantrę rozumiał.
Ja tu troche nie nadążam za tym filozofowaniem i moze to brzmi prosto, ale - czy ktokolwiek z was miał takie doswiadczenie, ze po długim powtarzaniu coś zaczęło się dziać w ciele bez twojego zamiaru? Pytam serio, bo u mnie bylo tak ze sie zaczelam trzasc i nie wiedzialam kompletnie, co z tym zrobic.
Właśnie to jest ten problem, który Benedyk sygnalizował wcześniej - jak odróżnić efekt skupienia od czegoś, co wynika ze specyfiki danej formuły. Sama nie wiem, jak to testować inaczej niż przez długą, długą praktykę porównawczą, a i tak nie masz grupy kontrolnej.
Wróćmy może do tej modlitwy Jezusowej, bo mi zależy żeby nie zgubić tego wątku. Hesychaści mówili o synchronizacji oddechu z modlitwą - 'Panie Jezu Chryste' na wdechu, 'zmiłuj się nade mną' na wydechu. To jest bardzo konkretna technika fizyczna, nie tylko mentalna. Czy ktoś to próbował i czy jest różnica z wersją czysto mentalną?
A może nie ma potrzeby, żeby to 'coś więcej' było czymś odrębnym od mechaniki uwagi? Teofan Pustelnik, jeden z tłumaczy Filokalii na rosyjski, pisał że serce w tradycji hezychastycznej nie jest metaforą - jest centrum aktywności duchowej, które obejmuje ciało, umysł i wolę razem. Synchronizacja oddechu to nie technika wspomagająca - to wejście w to centrum.
ale jak ktoś nie ma kontekstu chrześcijańskiego, to to zdanie o sercu jako centrum jest po prostu poetyckie. Ja nie wiem, co to znaczy doświadczyć tego centrum, zanim tego nie doświadczę. Skąd wiadomo, że się trafiło?
Dobra, bo ja mam wrażenie, że ta rozmowa coraz bardziej jest dla wtajemniczonych i trochę się w tym gubię. Czy jest jakiś wspólny mianownik dla tych wszystkich tradycji - i mantry, i dzikiru, i modlitwy Jezusowej - coś, co można powiedzieć osobie, która zaczyna, że 'o to chodzi'? Albo nie ma takiego mianownika?
Słucham tego wątku od początku i jedno mnie zastanawia - nikt nie powiedział wprost, ile czasu trzeba, żeby cokolwiek poczuć. Nie w sensie gwarantowanego efektu, ale realistycznie. Bo mam wrażenie, że te tradycje zakładają lata, a nie wieczory.
A czy te dwie rzeczy muszą się wykluczać? Pytam serio - bo w tradycji therawady mówi się wprost, że sam trening uwagi jest wartością niezależnie od tego, czy 'coś się otwiera'. Może pytanie o gwarancję efektu jest pytaniem z innego porządku.
Wracając do tego, o czym pisał Lurisk wcześniej - o sercu u hezychastów. Mnie zastanawia jedna rzecz: czy te tradycje, które mają konkretną technikę fizyczną, jak synchronizacja oddechu, dają szybciej jakieś sygnały zwrotne niż te, gdzie po prostu recytujesz bez dodatkowej instrukcji? Bo przy dzikrze też jest ruch ciała czasem, co?
W tradycji czysztyja - jednej z głównych linii sufickich - mówi się, że ruch podczas dzikiru nie jest choreografią, ale przejawem hal, czyli stanu duchowego, który się przez ciało wyraża. Problem w tym, że to jest opis z zewnątrz tego stanu. Praktykujący w środku nie myśli 'teraz wyrażam hal' - to przychodzi samo. Bardzo podobnie do tego, co opisywała Zywilka z tym trzęsieniem.
Tak, dokladnie. Nikt mi tego nie powiedzial ze bedzie trzesienie, nie szukalam tego. Po prostu bylo. I teraz jak czytam o hal to myśle 'moze to to', ale równie dobrze moge dopasowywac narracje do doswiadczenia post factum.
Mam pytanie może trochę z boku - czy w tych wszystkich tradycjach jest coś w rodzaju nauczyciela, który pomaga rozpoznać te stany? Bo czytałem, że przy mantrze jest diksha, inicjacja od guru, i bez tego mantra nie działa tak samo. Czy to prawda, czy reklama?
A co z mantrami, które ludzie po prostu biorą z internetu albo z książki, bez żadnej inicjacji? Dużo osób tak robi i też opisuje jakieś efekty. Czy to jest jakiś inny mechanizm, czy tradycja po prostu przereklamowuje rolę nauczyciela?
Może warto zapytać inaczej: czy ktoś z was miał inicjację do konkretnej mantry i czy czuł różnicę przed i po? Bo to byłoby przynajmniej osobiste porównanie, nawet jeśli nie ogólna prawda.
Ja miałam - przy mantrychnama podczas pobytu na sesji z nauczycielem linii sivananda. Szczerze? Trudno mi powiedzieć, czy różnica wynikała z inicjacji czy z tego, że byłam wtedy w zupełnie innym miejscu życiowo i poświęciłam temu tydzień intensywnej praktyki. Nie potrafię tego rozdzielić.
I dlatego właśnie te tradycje nie budują swojego autorytetu na dowodach, tylko na linii przekazu i spójności nauki. Hezychaści mają Filokalia i ciągłość od Ojców Pustyni. Sufici mają silsila, łańcuch mistrzów. To nie jest przypadek - to jest alternatywna epistemologia. Wiarygodność pochodzi z ciągłości, nie z powtarzalności eksperymentu.
No i tu się zaczyna problem, bo jeśli nie da się odróżnić - a podejrzewam, że nie da - to cały argument o linii przekazu jest pusty. Możesz mieć dwudziestopięciopokoleniowego guru i nadal nie wiedzieć, czy mantry, które od niego dostałeś, 'działają' w jakimkolwiek sensie poza placebo.
Wracam do pytania, które zadałam wcześniej i trochę zgubiło się w rozmowie - czy tradycje z techniką fizyczną, oddech, ruch ciała, synchronizacja rytmu, dają szybciej jakiś sygnał zwrotny niż czysta recytacja? Bo jeśli tak, to może dla kogoś początkującego jak Albinek73 to byłoby lepsze wejście.
Nembutsu to akurat ciekawy przypadek, bo w czystej ziemi buddyzmu japońskiego samo powtarzanie 'Namu Amida Butsu' ma być wystarczające - nie potrzeba inicjacji, nie potrzeba nauczyciela w sensie technicznym. Shinran w Tannisho mówił wprost, że nawet jeden raz wystarczy, jeśli jest szczere oddanie. To jest radykalne odejście od modelu inicjacyjnego, o którym mówiliśmy wcześniej.
Ale czy to 'szczere oddanie' nie jest właśnie tym warunkiem, który jest niesprawdzalny z zewnątrz? Tzn. Shinran mógł powiedzieć, że jeden raz wystarczy, ale jednocześnie warunek szczerości jest wewnętrzny i nieprzekładalny. To trochę zamknięty krąg.
Mnie bardziej uderza cos innego - ze w nembutsu nie ma zadnego efektu, ktory mozna rozpoznac podczas praktyki. Chodzi o odrodzenie w Czystej Ziemi po smierci. Wiec caly ten watek o sygnalach zwrotnych tutaj odpada. Jak wy to rozumiecie? Bo to chyba zupelnie inna kategoria niz hezychazm czy dzikir.
Myślę, że ten podział jest trochę za ostry. Przy mantrze w tradycji wedyjskiej też masz oba wymiary jednocześnie - jest efekt natychmiastowy, ale mantra działa też na karma-kanda, przyszłe owoce działań. One nie są rozdzielone. To może być specyfika indyjskiego myślenia o czasie, gdzie 'teraz' i 'potem' nakładają się inaczej niż w zachodnim linearnym rozumieniu.
Przepraszam, że wchodzę z czymś podstawowym, ale przy tym tikun - czy jest jakiś konkretny tekst albo formuła, którą się recytuje, czy bardziej chodzi o stan intencji podczas dowolnej modlitwy? Bo miałam wrażenie, że w kabale liczy się głównie koncentracja na literach, a nie tyle brzmienie.
Słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i mam wrażenie, że wszyscy zakładają, że 'powtarzane słowa' to jeden fenomen, który tylko różnie opisują tradycje. Ale może to są po prostu różne rzeczy, które mają zewnętrzne podobieństwo? Nie wiem, jak to sprawdzić, ale mam wrażenie, że porównujemy jabłka z gruszkami.
