Ostatnio rozmawiałem ze znajomą, która pochodzi z rodziny, gdzie wróżenie i widzenie snów sprawdzało się przez kilka pokoleń. Babcia, matka, ona - każda miała coś. Nie żebym twierdził, że to dowód na cokolwiek, ale zastanawia mnie ta ciągłość. I to mnie tu sprowadziło - czy dary duchowe są czymś, z czym się człowiek rodzi, bo niesie je rodzina, czy może nabyć je przez praktykę każdy, kto poważnie podejdzie do tematu? W różnych tradycjach jest na to zupełnie inna odpowiedź i ciekawi mnie, co wy o tym myślicie, szczególnie z własnych doświadczeń.
To jets pytanie, które dzieli praktyków od lat i żadna ze stron nie ma racji w stu procentach. W tradycji romskiej na przykład dar wróżenia był przekazywany w linii żeńskiej, konkretnie od babki do wnuczki, z pominięciem matki - i to nie metafora tylko dosłowna nauka przez obserwację i kontakt od dziecka. Z kolei w sufizmie człowiek może osiągnąć hal, czyli stan mistyczny, przez lata intensywnej pracy z szejchem, bez żadnej "rodzinnej linii". Więc co to znaczy urodzony, a co nabyte? Bo te dwie rzeczy często idą razem i nie da się ich łatwo rozdzielić.
hmm, nie do końca rozumiem jednego - jeśli ktos ma te zdolności z urodzenia, to czy one sie "włączają" same, czy jednak trzeba je jakoś rozwinąc? Bo mój brat twierdzi że widzi rzeczy od zawsze, ale nasze rodziny nie ma w tym żadnej tradycji. Więc albo to taki wyjątek, albo jednak to nie jest sprawa rodziny?
ale chwila, bo to jest bardzo wygodne rozumowanie - jak ktoś ma zdolności to rodzina jak nie ma to uśpione. Gdzie tu jest punkt, w którym moglibyśmy stwierdzić, że tych zdolności po prostu nie ma? 🙂 Pytam serio, bo mam wrażenie, że ta interpretacja zawsze da się dopasować do każdej sytuacji.
ja rozumiem co Medard mówi, ale z drugiej strony - czy wszystko musi mieć falsyfikację żeby być użyteczne? Pytam na poważnie, bo np. praca z energią rodzinną mi pomogła, nie interesuje mnie czy ktoś to udowodni w laboratorium. Mam od lat wrażenie, że w mojej rodzinie kobiety mają jakiś szczególny zmysł intuicji - mama, ciocia, teraz ja. To może nie być "dowód" ale dla mnie jest znaczące.
a jak to w ogóle wygląda w przypadku rytuałów przekazywanych w rodzinie? Bo słyszałam że np. wiedza o ziołach i zaklęciach miłosnych była kiedyś pilnie strzeżona i przekazywana właśnie córce albo wnuczce. Czy to znaczy że sama wiedza jest darem, czy że dar przychodzi razem z wiedzą? Bo to chyba nie to samo? 😀
O, to jest ważne rozróżnienie Szafranka i rzadko ktoś je robi. Wiesz, pamiętam jak babcia moja mówiła, że "ręce mają pamięć" i że zanim nauczyła się kart, już wiedziała co będzie zanim sie stanie. Ale przekazała mi karty, nie dar - dar po prostu był, karty były tylko sposóbm do jego wyrażenia. Więc możliwe, że rodzina przekazuje narzędzia i kontekst, a sam potencjał jest albo go nie ma?
mam w notatnikach kilka przypadków z różnych tradycji i co mi wychodzi to że te dwie drogi - urodzony i nabyty - dość często nakładają się na siebie. W szamanizmie syberyjskim są dwie kategorie szamanów, heredytarni i ci powołani przez duchy, i ciekawa rzecz: ci dziedziczni nie zawsze są mocniejsi. Czasem ktos bez żadnej linii rodzinnej dostaje silniejsze powołanie przez chroobę inicjacyjną i pracuje skuteczniej niż ktoś z wielopokoleniową tradycją.
hmm a co jeśli ktoś czuje coś bardzo mocno, jakieś przeczucia, ale nikt w rodzinie o niczym takim nie mówił i w ogóle nie ma tej tradycji? Czy to znaczy że coś samodzielnie się obudziło? Pytam bo mam wrażenie że moje wrażliwość na energię miejsc jest dosyć duża, chociaz nikt mnie tego nie uczył i nie słyszałam żeby mama czy babcia miały coś takiego
Słuchajcie, jestem tu od jakiegoś czasu i powiem wam wprost - to rozróżnienie na "urodzony" i "nabyty" jest użyteczne jako skrót myślowy, ale praktycznie mało pomocne. Pracuję z kartami od dawna i widziałam osoby z "rodzinną linią" które były kompletnie zablokowane i osoby bez żadnej tradycji które po roku pracy robiły rzeczy, przy których starzy praktycy zbladnęliby. Co naprawdę ma znaczenie? Konsekwencja pracy i uczciwe podejście do samego siebie. Reszta to w dużej mierze historia, którą sobie układamy.
wieszczbiarka dobrze to ujmuje. Dodałabym jeszcze jedno - w wielu tradycjach "linia" to nie tylko biologia, to też energetyczny przekaz inicjacji. W pewnych szkołach tybetańskich guru dosłownie "wdmuchuje" potencjał w ucznia, to jest rytuał. Biologiczna rodzina może być kanałem takiego przekazu, ale nie jest jedynym. Dlatego guru spoza rodziny biologicznej jest nie mniej ważny niż dziedziczna babcia-znachorka. Oba modele działają, tyle że przez różne mechanizmy.
a czy ktoś wie jak to jest z tzw. energią systemu rodzinnego? Czytałam coś o tym że pewne zdolności i blokady przenoszą się między pokoleniami niekoniecznie przez geny tylko przez wzorce relacji i nierozwiązane sprawy w rodzinie. Nie wiem czy to jest to samo co mówicie, czy coś innego?
brzozka to chyba nawiązanie do ustawień Hellingera? Słyszałam o tym, że w tej metodzie mówi sie właśnie o tym, że pewne rzeczy "idą" przez pokolenia - traumy, wzorce, ale też podobno zdolności. Sama nie wiem co o tym myśleć, ale pytanie jest ciekawe
to co Sylka pisała o Hellingerze mnie zastanawia - czy tam naprawdę pada słowo "zdolności" czy tylko wzorce i traumy? bo coś czytałam i nie pamiętam żeby to ujęcie obejmowało dosłownie dary, raczej powtarzające się losy i zachowania.
właśnie o to mi chodziło, nie wiem czy to to samo, ale skoro w ustawieniach mówi się że dzieci nieświadomie niosą coś po przodkach, to mi przyszło do głowy że może i wrażliwość idzie tak samo. nie twierdzę że tak jest, po prostu skojarzyło mi się. może ktoś wie coś więcej?
hej, trochę z innej beczki - mnie od początku tego wątku zastanawia jedno. u was w domu jak to wyglądało, tzn. czy w dzieciństwie ktoś w ogóle nazywał takie rzeczy wprost? Bo u mnie nikt nic nie mówił, babcia po prostu "wiedziała rzeczy" ale to się nie nazywało żadnym darem, po prostu tak było. 🙂 i dopiero jak zaczęłam czytać to pomyślałam że to coś znaczy
No bo właśnie, to jest dylemat który znam z własnego doświadczenia. przez długi czas odbierałam bardzo mocno energie miejsc i ludzi i nie wiedziałam co z tym zrobić, byłam po prostu zmęczona i zdezorientowana. dopiero jak znalazłam jakiś język do tego, techniki ochrony energetycznej, to mi ulżyło. więc brak nazwy ma swoją cenę
to co Heliosa opisuje to klasyczny nienazwany potencjał który działa bez kontroli. w tradycjach wedyjskich mówi się o tym jako o nieokiełznanym pranie, jest ale nie ma przez kogo być prowadzone. i wlasnie dlatego tak ważna jest linia przekazu - guru czy rodzina - bo to oni dają nie tylko wiedzę ale i kontener, ramy w których ten potencjał może działać bezpiecznie. bez tego można się dosłownie spalić energetycznie
spalić energetycznie - serio? to jest jakis fizyczny objaw... czy metafora? Bo Heliosa pisze o zmęczeniu i dezorientacji, to jest zrozumiałe, ale "spalenie energetyczne" brzmi już bardziej niepokojąco jako opis czegoś realnego
wracajac do Sabineczki - u mnie w rodzinie podobnie, nikt nie mówił wprost. dopiero jak rozmawialm z mamą ostatnio to wyszło że prababcia leczyła ludzi ziołami i coś tam szeptała nad nimi ale to było "po prostu tak robiła", nie żaden rytuał. i teraz się zastanawiam ile takich zwykłych rzeczy to były naprawde praktyki które po prostu nie mialy nazwy bo wieś to wieś
Glozka świetnie to ujmuje i to jest moim zdaniem jeden z ważniejszych wątków tej rozmowy - pytanie o to co się traci gdy praktyka nie ma nazwy i świadomej ciągłości. W tradycajch oralnych wiedza przeżywała pokolenia właśnie dlatego że była wbudowana w codzienność. Problem zaczyna się gdy ta codzienność się urywa, np. migracja do miasta, szkoła, kościół który to piętnował. Wtedy nie zostaje nic oprócz szczątkowego "coś robiła nad chorymi".
odtwarzanie po przerwie to jest temat rzeka. widziałam osoby które twierdziły że "reaktywują linię rodową" i robiły z tego cały rytuał tożsamościowy. no i co, to nie działało inaczej niż u kogoś bez tej historii. tyle że tamte osoby miały mocniejszą motywację i pewnie więcej ćwiczyły. więc może nie chodzi o odtwarzanie linii tylko o to że historia rodzinna daje ci poczucie sensu i zakorzenienia, a to przekłada się na praktykę
a mi się nasuwa pytanie czy można świadomie zbudować tę linię od siebie, jeśli się jest "pierwsza" w rodzinie? tzn. nie mam babci co szeptała ani pradziadka co leczył, przynajmniej nie wiem o tym. ale czuję że coś we mnie jest i chcę z tym pracować. czy bez tej historii rodzinnej to jest trudniejsze, czy po prostu inne?
oo to interesujące co piszesz o świadomym rozpoczęciu linii. Bo właśnie o to mi chodziło, tzn. nie mam skąd "dziedziczyć" w sensie biologicznym, ale skoro linia nie musi być biologiczna, to jak to w ogóle działa praktycznie? Szukam mistrza, grupy czy to może być samodzielne?
to pytanie Cynobryt jest dobre ale myślę że jest w nim ukryte założenie, że ktoś z zewnątrz musi tę linię "nadać". A z tego co widzę po latach praktyki, to wcale nie jest warunek konieczny. Linia może być naprawdę różnie rozumiana - przez krew, przez przekaz, przez pokrewieństwo duchowe z tradycją. Czwarty wariant który rzadko się omawia: przez życiowe doświadczenie które cię ukształtowało. Trauma, choroba, kryzys - to też bywa inicjacja w dar, tylko nikt tego tak nie nazywa.
słuchajcie, wracam tu do wątku rodzinnego bo mi to siedzi od początku tej rozmowy. U mnie w rodzinie jest taki wzorzec - wszystkie kobiety po stronie mamy miały jakąś formę "wiedzenia", ale każda z nich miała to inaczej. Prababcia śniła przepowiednie, babcia czuła choroby zanim były zdiagnozowane, mama ma ten dar że wie kto dzwoni zanim podniesie słuchawkę. A ja odbieram energie miejsc. Czy to jest ta sama "linia" przechodzaca przez różne formy, czy raczej każda miała swój osobny coś?
o jejku, to co Heliosa pisze o tych kobietach w rodzinie jest niesamowite. U mnie podobno prababcia z ojcowskiej strony coś umiała ale to jest tak daleko i tak mało wiadomo że nawet nie wiem czy to prawda czy rodzinna legenda. I teraz się zastanawiam - bo sama odczuwam różne rzeczy, ale czy to jest "linia" czy po prostu sugestia że "muszę coś czuć bo tak w rodzinie bywa"? Serio nie wiem jak to od siebie oddzielić. 😀
