Mnie się wydaje, że ta zasada 'mistrz nie szuka' jest trochę idealizowana. W każdej tradycji zdarzali się nauczyciele, którzy aktywnie szerzyli swoją naukę - Vivekananda pojechał do Ameryki i dosłownie dawał wykłady. Prabhupada wychodził na ulice Nowego Jorku. Trudno to nazwać czekaniem na gotowego ucznia.
A propos Iskconu - miałem kiedyś znajomego, który przez kilka lat był w tej organizacji i potem wyszedł. Mówił, że na początku czuł się jak w autentycznej tradycji duchowej, a z czasem coraz więcej było o lojalności wobec konkretnych guru, a coraz mniej o Krisznje. Czy to jest przypadek tej konkretnej organizacji, czy to jest ogólny problem z instytucjonalizacją?
Przepraszam, że tak wprost, ale ta rozmowa zaczyna mnie trochę przerażać. Znaczy, słucham i widzę, że każda tradycja ma albo hermetyczne zamknięcie, albo ryzyko trafienia na fałszywego mistrza, albo struktury, które mogą być nadużywane. Czy jest w ogóle bezpieczna droga dla kogoś, kto szuka tradycji z zewnątrz?
A co z jezydyzmem w takim razie? Skoro nie można do niego wejść z zewnątrz, to co robi osoba, która czuje się z tą tradycją związana, ale nie urodziła się jako jezyda? Szczerze chcę wiedzieć, bo to jakoś brzmi jak droga bez wyjścia.
Dobra, to chcę dopytać Iwetki o to ostatnie zdanie - 'studiują, szanują, uczą się bez roszczenia sobie prawa do przynależności'. Ale co to właściwie znaczy w praktyce? Można być związanym z jakąś tradycją bez bycia jej wyznawcą? Czy to nie jest jakiś dziwny zawieszony stan - ani w środku, ani na zewnątrz?
Myślę, że właśnie o to chodzi - że wiele tradycji nie ma binarnego podziału na 'wyznawca' i 'obcy'. Są kręgi pośrednie. W jezydyzmie na przykład badacze jak Philip Kreyenbroek latami żyli wśród jezydów, uczyli się, dokumentowali - i byli traktowani z szacunkiem, bo nie próbowali udawać, że są czymś, czym nie są. To nie jest zawieszenie - to jest uczciwa pozycja.
Ale poczekaj, Emilek zadał de facto dwa różne pytania w jednym. Bo co innego jest pytanie 'czy mogę badać tę tradycję z zewnątrz', a co innego 'czy mogę do niej przystąpić'. I mam wrażenie, że Iwetka odpowiedziała na pierwsze, a on pytał raczej o drugie. Emilku, o które ci właściwie chodzi?
To jest pytanie, które w sufizmie ma dość konkretną odpowiedź - i myślę, że warto ją tutaj przytoczyć, bo może być użyteczna szerzej. Moment, w którym 'badanie' staje się 'przynależnością', nie jest wyznaczany przez osobę szukającą, tylko przez stronę przyjmującą. Czyli to szejk albo wspólnota decyduje, że ten człowiek jest gotowy na głębszą relację. Bez tego zewnętrznego potwierdzenia możesz się modlić, czytać, uczestniczyć - ale nadal jesteś obserwatorem.
To jest bardzo ważna obserwacja. Diaspora zmienia zasady gry dla każdej tradycji, nie tylko jezydyzmu. Żydzi w Argentynie, hindusi w Kanadzie, Sikh w Norwegii - wszyscy negocjują, co z tradycji można przenieść, a co ginie bez kontekstu geograficznego i społecznego. I to nie jest tylko logistyka, to jest pytanie teologiczne.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że krążymy wokół czegoś, co chyba nikt wprost nie powiedział - że może niektóre tradycje po prostu nie są dla wszystkich i to jest okej? Że nie każda droga duchowa musi być dostępna dla każdego, kto jej szuka?
Honoratko, ale chyba właśnie o to chodzi, że 'ciągnienie' do tradycji to nie jest jeszcze przynależność do niej. Ja przez długi czas czułam silny pociąg do buddyzmu tybetańskiego, uczestniczyłam w naukach, siedziałam na retretach - i w pewnym momencie jeden z lamów powiedział mi coś, co mnie zatrzymało. Że pociąg jest dobry, ale trzeba sprawdzić, skąd pochodzi. Czy z ego, które chce czegoś egzotycznego, czy z czegoś głębszego.
A czy to nie jest trochę za surowe kryterium? Bo atmosfera też jest częścią tradycji. Ludzie szukają w religiach nie tylko doktryny, ale i wspólnoty, zapachu kadzidła, rytmu modlitwy. Czy to dyskwalifikuje?
Ja się zastanawiam, czy te wszystkie podziały na 'wyznawcę' i 'obserwatora' nie są trochę zachodnimi kategoriami nakładanymi na tradycje, które tak nie myślą. W Japonii mnóstwo ludzi chodzi do świątyni shinto na Nowy Rok, a do buddyjskiej na pogrzeb, i nikt nie pyta ich, kim są religijnie.
Dobra, ale wróćmy do hinduizmu, bo to chyba najbardziej interesujący przypadek z mojego pierwotnego pytania. Bo hinduizm nie ma konwersji w zachodnim sensie, ale Iskcon mówi, że ma. Hare Krishnowie chrzcicie - znaczy inicjują - ludzi z całego świata. Więc czy to jest hinduizm, który się 'otworzył', czy nowa tradycja, która tylko wygląda jak hinduizm?
To jest chyba jedno z najlepszych pytań w tej dyskusji i ortodoksyjni hindusi mają na nie konkretną odpowiedź - że Iskcon to jest coś odrębnego, vaisznawizm prabhupadzki, który wyrósł z bengalskiej szkoły bhakti, ale przeszedł tak radykalną mutację na Zachodzie, że już nie jest hinduizmem w tradycyjnym sensie. Indyjscy braminowie bardzo często nie uznają inicjacji iskonowych.
I tu wracamy do pytania, które Bernadetka zadała kilkanaście postów temu - o to, jak rozpoznać, czy coś jest autentyczne. Bo jeśli ortodoksyjni hindusi nie uznają inicjacji iskonowych, a Zachodni wyznawcy Krishny czują się głęboko zakorzenieni w tradycji - to kto ma rację? I na jakiej podstawie?
Mnie zatrzymało właśnie to, o czym mówiłam wcześniej z tym buddyzmem tybetańskim. Ale szczerze mówiąc, nie żałuję, że nie poszłam dalej. Zobaczyłam po jakimś czasie, że wiele osób, które formalnie weszły w linię przekazu, miało potem ogromny problem, kiedy wyszły na jaw rzeczy o ich nauczycielach. I pytam siebie czasem - czy formalna inicjacja daje ci zakorzenienie, czy ona cię też bardziej wystawia?
Ja nigdy nie myślałam o tym w ten sposób - że inicjacja mogłaby działać 'automatycznie', niezależnie od osoby, która ją daje. To mi jakoś nie gra intuicyjnie. Jak coś przekazujesz, to chyba musisz mieć to, co przekazujesz?
Moment, moment - to co mówi Iwetka to jest interesujące, bo oznacza, że Kościół rozwiązał problem niejako administracyjnie, nie teologicznie. Że 'niech działa' bo inaczej mamy chaos. Ale jeśli tak, to inicjacja staje się bardziej umową społeczną niż przekazem czegoś realnego. Albo obie te rzeczy naraz?
Słuchajcie, ja wracam do pytania Emilka, bo mam wrażenie, że odeszliśmy w stronę teologii sakramentów, a on pytał o coś bardziej osobistego. Emilek, kiedy mówisz, że coś cię 'ciągnie' w stronę jakiejś tradycji - to masz na myśli konkretną? Jezydyzm, hinduizm, judaizm - te wymienione? Bo to są naprawdę różne sytuacje i ciężko odpowiedzieć ogólnie.
O, sziwaityzm to rzeczywiście kopalnia - i masz rację, że to nie jest jedna droga. Kaszmirski sziwaityzm, Shaiva Siddhanta, Vira Shaiva, Nath tradycja - to są naprawdę różne światy z różnymi poglądami na inicjację. Kaszmirski na przykład historycznie był bardzo otwarty na przekaz nawet przez tekst, bez fizycznego nauczyciela. Wiesz, który nurt cię przyciąga?
To już jest konkretne! I myślę, że to jest pytanie, na które ktoś może odpowiedzieć faktycznie, a nie tylko filozofować. Ja nie znam kaszmirskiego sziwaityzmu od środka, ale słyszałam, że Swami Lakshmanjoo miał zachodnich uczniów i że część z nich dalej przekazuje tę tradycję. Ktoś ma więcej informacji?
Mam wrażenie, że to pytanie 'skąd wiadomo' pojawia się co kilka postów jak refren i nikt nie daje na nie odpowiedzi. Może dlatego, że jej po prostu nie ma? Może to jest jedna z tych rzeczy, gdzie musisz sam ocenić, ryzykując, że się mylisz?
No właśnie i to jest frustrujące w tej całej dyskusji. Bo w kółko słyszę 'to zależy', 'to jest pytanie bez odpowiedzi', 'potrzeba lat'. A jeśli ktoś teraz, w tym momencie, czuje, że coś jest jego drogą? Ma czekać latami na potwierdzenie, które może nigdy nie przyjść?
I tu chyba jest sedno dla Emilka, bo on nie pyta, czy ma cierpliwość, tylko czy w ogóle ma dostęp. Mogę być gotowy czekać latami, ale jeśli nie ma kogo słuchać, nie ma wspólnoty, nie ma fizycznej świątyni w zasięgu - to co czekam? Na własne interpretacje tekstu? To chyba inna droga niż inicjacyjna.
Ale czy ta korekta musi przyjść od człowieka z certyfikowaną linią przekazu? Pytam serio, bo w tradycjach tekstualnych - a kaszmirski sziwaityzm ma ogromny korpus tekstów - jest też koncepcja shastry jako nauczyciela. Tekst sam cię koryguje, jeśli go czytasz uważnie i uczciwie. Abhinavagupta pisał Tantralokę właśnie po to, żeby wiedza nie zginęła, kiedy zabraknie mistrzów.
To trochę jak spór o to, czy lepiej uczyć się języka z podręcznika czy z native speakera. Podręcznik jest spójny i dostępny o każdej porze, ale native speaker zareaguje na twój konkretny błąd. Tyle że - i tu jest haczyk - native speaker może mieć własny dialekt i uczyć cię rzeczy, które w innych regionach będą dziwnie brzmieć.
