Zastanawiam się od jakiegoś czasu nad czymś, co chyba nie było jeszcze poruszane w tym dziale. Chodzi mi o to, czy można wejść do tradycji, która zasadniczo nie prowadzi misji i nie przyjmuje konwertytów. Konkretnie myślę o jezydyzmie, judaizmie i niektórych nurtach hinduizmu. Czy to w ogóle możliwe? Nie chodzi mi o papierową konwersję, tylko o to, czy takie tradycje mają w ogóle jakieś 'drzwi' dla kogoś z zewnątrz. Bo z jednej strony czytam, że jezydyzm jest absolutnie zamknięty - rodzisz się jezydą albo nigdy nim nie będziesz. Z drugiej strony spotykam ludzi, którzy mówią, że 'stali się hinduistami' albo że 'studiują Torę i czują się żydami duchem'. Co to w ogóle znaczy? Czy jest jakaś różnica między przynależnością religijną a duchowym pokrewieństwem z daną tradycją?
To bardzo ciekawe pytanie i myślę, że kluczowe jest tu rozróżnienie, które często umyka - przynależność etniczno-plemienna a przynależność doktrynalna. Jezydyzm to przypadek ekstremalny, bo tam kasta kapłańska i sama tożsamość jest przekazywana wyłącznie przez krew. Nie ma żadnej drogi inicjacji dla outsiderów, bo to po prostu nie jest religia misyjna w żadnym sensie. Małżeństwo z niejezydą wyklucza ze wspólnoty. Ale już hinduizm to zupełnie inna historia - pytanie brzmi, o jakim hinduizmie mówimy. ISKCON przyjmuje każdego i udziela inicjacji. Tradycja smartha czy shaiva siddhanta? To zależy od gurukuli i konkretnego nauczyciela. Nie ma jednej odpowiedzi, bo hinduizm to nie jest jedna religia z jedną instytucją.
Dodam jeszcze jeden wymiar, bo wydaje mi się, że brakuje go w tej dyskusji. Kiedy pytamy, czy można 'zostać' wyznawcą danej tradycji, to często mieszamy dwie różne rzeczy: akceptację wspólnoty i własne doświadczenie duchowe. Znałem człowieka, który przez lata studiował kabałę, chodził do synagogi reformowanej, znał hebrajski lepiej niż połowa urodzonych Żydów - ale nigdy formalnie nie przeszedł gijur. Czy był Żydem? Dla większości żydowskich autorytetów nie. Ale czy jego praktyka była mniej głęboka? To już inne pytanie. Podobnie z jezydyzmem - są badacze tej tradycji, którzy twierdzą, że Melek Taus może się objawić komukolwiek niezależnie od pochodzenia. Tyle że wspólnota jezydyjska tę interpretację odrzuca.
Słuchajcie, czytam ten wątek i myślę sobie o czymś trochę innym. Bo rozmawiamy o formalnej stronie - kto może, kto nie może - ale mnie bardziej pociąga pytanie o to, co się dzieje, kiedy ktoś z zewnątrz naprawdę głęboko wchodzi w taką tradycję bez formalnego 'pozwolenia'. Mam koleżankę, która od lat praktykuje w tradycji shaivickiej, miała inicjację od południowoindyjskiego mistrza, ale w Indiach wielu kapłanów nie wpuściłoby jej do sanktuarium. Ona sama mówi, że nie czuje się 'hinduistką' w sensie etnicznym, ale jej praktyka jest głębsza niż u wielu urodzonych w tej tradycji. Jak to rozumieć?
Dobra, ale czy ktoś może powiedzieć wprost - jeśli ktoś chce zostać np. wyznawcą judaizmu, to co konkretnie musi zrobić? Bo czytam te wszystkie rozróżnienia i gubię się. Reforma, ortodoksja, krew, inicjacja... Czy jest jakaś prosta odpowiedź?
To właśnie mnie zastanawia w całej tej kwestii. Bo z jednej strony są tradycje, które mówią - masz właściwe urodzenie lub nie, i koniec dyskusji. Z drugiej strony są ścieżki jak sufizm, gdzie mistrz może przyjąć ucznia z dowolnego tła, bo przekaz jest od serca do serca. Czy ktoś wie, jak to wygląda np. w afrykańskich religiach diasporycznych? W santerii czy candomblé - tam chyba inicjacja też nie zależy od pochodzenia etnicznego?
W santerii to wygląda tak, że inicjacja - zwłaszcza ta pełna, czyli kariocha lub 'robienie świętego' - jest dostępna dla każdego, kto przejdzie odpowiednie etapy i znajdzie właściwego padrino lub madrinę. Rasa ani narodowość nie mają znaczenia teologicznego. Orisza nie patrzy na kolor skóry, tylko na ashe - na tę wewnętrzną siłę duchową. Ale tutaj też jest haczyk: praktycznie oznacza to bycie przyjętym do konkretnej rodziny rytualnej, ilé orixá, i ta rodzina musi cię zaakceptować jako swojego. Znałem białego Polaka, który przeszedł pełną inicjację w santerii kubańskiej - był traktowany przez wspólnotę absolutnie poważnie. Ale zanim do tego doszło, spędził kilka lat jako obserwator i adept.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale chciałam zapytać - czy w tych tradycjach, które są 'z urodzenia', jak jezydyzm albo niektóre kasty hinduskie, jest w ogóle jakaś koncepcja, że ktoś mógł urodzić się w złej rodzinie? Znaczy, czy na przykład jezydzi mają jakieś pojęcie duszy, która 'powinna' być jezydką, ale urodziła się gdzieś indziej? Pytam, bo przy reinkarnacji takie koncepcje pojawiają się w różnych tradycjach.
Właśnie doczytałam trochę o jezydach po tym wątku i jeszcze mocniej uderzyło mnie to, co Strzybog napisał. Czyli nawet na poziomie duchowym ta wspólnota jest całkowicie odizolowana? To jest niesamowite, bo w większości tradycji dusza jest czymś, co przekracza granice - a tu jest jakby 'przypisana' do określonej grupy ludzkiej. Czy ktoś wie, czy buddyzm theravada ma coś podobnego, czy jednak w buddyzmie każdy może uczestniczyć w ścieżce niezależnie od urodzenia?
Buddyzm to chyba najbardziej egalitarna tradycja spośród tych, które mają zinstytucjonalizowaną inicjację. Theravada, mahayana, vajrayana - wszystkie przyjmują uczniów z dowolnego tła. Buddyjski mnich Ajahn Chah miał zachodnich uczniów, których traktował dokładnie tak samo jak Tajów. Ajahn Brahm, urodzony Anglik, jest dziś jednym z największych autorytetów w theravadzie zachodniej. Sama Sangha, czyli wspólnota, jest z założenia ponadnarodowa. To dość mocny kontrast z tradycjami, o których rozmawiamy wcześniej.
No ale przecież w każdej religii chodzi ostatecznie o to samo - duchowy rozwój człowieka. Więc te wszystkie ograniczenia 'kto może, kto nie może' są trochę bez sensu, prawda? Karma i tak wszystkich sprowadzi tam, gdzie powinni być. Nie sądzę, żeby Bóg albo wyższe siły patrzyły na to, czy ktoś urodził się w odpowiedniej rodzinie. Poza tym jezydyzm, judaizm - to są tradycje, które przetrwały właśnie przez to zamknięcie, ale duchowo to nie jest jedyna droga.
Słucham tej rozmowy z dużym zainteresowaniem, choć zazwyczaj jestem dość sceptyczny wobec tych tematów. Ale mam pytanie z innej strony. Czy nie jest tak, że te wszystkie 'zamknięte' tradycje stają się coraz bardziej otwarte w kontakcie z globalizacją? Mam na myśli konkretnie - czy są udokumentowane przypadki jezydów, którzy zaakceptowali konwertytów, nawet jeśli oficjalna doktryna tego zabrania? Bo życie często idzie inaczej niż doktryna.
Wracając do tego, co Iwetka pisała o hinduizmie - chciałam dodać jedno konkretne rozróżnienie, bo mi się wydaje, że w dyskusjach o 'stawaniu się hinduistą' często miesza się dwie rzeczy. Pierwsze: przynależność do sanatan dharmy jako drogi życia - to mogą przyjąć wszyscy, bo dharma jest z zasady kosmiczna, nie etniczna. Drugie: przynależność do konkretnej tradycji kulturowej hindusów indyjskich z jej kastami, lokalnymi świętami, rodzinnymi bóstwami. To drugie jest naprawdę trudno osiągalne bez urodzenia w tej kulturze. Zachodnia osoba może studiować Wedy przez całe życie i być w pełni na ścieżce, ale nie będzie miała babci, która uczyła ją, jak zrobić kolam przed progiem w dniu Pongal.
To co Ewelinka opisuje wydaje mi się kluczowe dla całego wątku. Może pytanie 'czy można zostać wyznawcą' jest po prostu złe? Może lepsze jest pytanie: czego konkretnie szukasz w tej tradycji i co ona może ci dać? Bo jeśli szukasz filozofii - hinduizm jest otwarty na wszystkich. Jeśli szukasz inicjacji tantrycznej - możliwe, znajdź właściwego gurucji. Jeśli szukasz przynależności do żywej wspólnoty etniczno-religijnej z jej historią i żałobą - tego nie można po prostu nabyć. I to jest chyba uczciwa odpowiedź, nawet jeśli nie jest prosta.
To, co Emilek napisał na końcu, wydaje mi się naprawdę ważne. Bo rzeczywiście - my cały czas pytamy 'czy można zostać wyznawcą' jakby to było jedno pytanie. A tu każda tradycja rozumie słowo 'wyznawca' zupełnie inaczej. Jezyd to coś innego niż buddysta, buddysta to coś innego niż sufi. Może warto by było rozróżnić: wejście w filozofię, wejście w praktykę i wejście we wspólnotę - bo to są trzy różne rzeczy.
Właśnie ta sprzeczność między tym, co mówi doktryna, a tym, co się dzieje w praktyce, to chyba jedno z najciekawszych napięć w tych wszystkich tradycjach. Bo hinduizm doktrynalnie też nie zawsze mówi to samo, co mówi lokalna społeczność. Jak to jest z tymi kastami i konwersją - Ewelinka wspominała o dwóch poziomach, filozoficznym i rytualnym. Ale czy ktoś z zewnątrz może wejść w kwestię kaście?
To, co Ewelinka mówi o bhakti, jest bardzo ważnym punktem. Tradycja bhakti to chyba najsilniejszy historyczny argument za tym, że przynajmniej część hinduizmu zawsze miała egalitarny potencjał. Kabir, Tukaram, Ravidas - wielu z nich było z najniższych warstw i ich przekaz był przyjmowany przez wszystkich. Ale mam pytanie do Ewelinki - czy znasz jakiś przypadek, gdzie ten egalitaryzm bhakti był też stosowany wobec kogoś spoza subkontynentu? Bo to jednak inna skala.
Przepraszam, że wchodzę z pytaniem, ale nie rozumiem jednej rzeczy. Skoro w hinduizmie kasty są tak ważne i niezmienne, to czemu Iskcon jest traktowany jako hinduistyczny? Czy nie jest to po prostu nowa religia, która tylko zapożyczyła elementy?
Mnie zastanawia coś innego w tej rozmowie. Mówimy dużo o formalnych strukturach - gijur, inicjacja, kasta, sangha. Ale duchowość to przede wszystkim wewnętrzne doświadczenie. Jeśli ktoś naprawdę czuje połączenie z Kriszną albo z Allahem, to czy jakiekolwiek zewnętrzne rozróżnienie ma znaczenie? Serce wie, gdzie należy.
To, co Strzybog napisał o nafs i weryfikacji z mistrzem, jakoś mnie uderzyło. Znaczy, w tradycjach zachodnioeuropejskich mamy raczej: ufaj swojej intuicji, słuchaj siebie. A tam jest jakby wbudowana nieufność wobec własnego odczucia? To ciekawe odwrócenie.
Dobra, ale wróćmy do początku wątku - bo myślę, że gdzieś nam umknął konkretny problem. Mamy człowieka, który chce wejść w tradycję - powiedzmy sufizm. Strzybog mówi, że mistrz może przyjąć każdego. Ale jak taki człowiek ma znaleźć prawdziwego mistrza? To jest bardzo praktyczne pytanie, bo przecież w internecie roi się od samozwańczych szejków.
To jest problem, który dotyczy chyba wszystkich tradycji inicjacyjnych. W santerii też - szukasz padrino, i niekoniecznie wiesz, czy ten człowiek ma rzeczywistą inicjację, czy 'zrobił' sobie świętego przez internet albo za pieniądze bez właściwego przejścia. W mojej okolicy jest kilka osób, które twierdzą że mają stopień Oszy czy Ifę, ale środowisko kubańskie i portorykańskie ich nie uznaje. Co wtedy z inicjacją, którą od nich dostałeś?
No i właśnie to jest sedno problemu, który chciałem poruszyć od początku. Każda z tych tradycji ma mechanizm, który chroni przed fałszywymi wejściami, ale ten sam mechanizm utrudnia wejście komuś szczeremu. Jak wy sobie z tym poradziliście? Mówię serio - ktoś tu przechodził przez jakiś formalny próg wejścia w obcą tradycję?
Ja nie przechodziłam przez nic formalnego, ale przez kilka lat regularnie jeździłam na puja do jednego mandir w Niemczech. Nikt mnie nie pytał o kastę, nikt nie pytał o pochodzenie. Po pewnym czasie jedna z kobiet sama zaczęła mi tłumaczyć, co się dzieje podczas obrzędu. To nie było wejście przez bramę - to było wejście przez kuchnię, jeśli wiesz co mam na myśli.
Ale czemu w ogóle te tradycje mają kogokolwiek wpuszczać? Serio pytam, bo nie rozumiem perspektywy od środka. Jezydzi na przykład - ich religia zakłada, że jesteś jezydą z urodzenia. To nie jest zaproszenie dla nikogo z zewnątrz. Dlaczego mieliby zmieniać tę zasadę?
No ale Iwetka, to samo można powiedzieć o ortodoksyjnym judaizmie z perspektywy niektórych środowisk - że dusza żydowska to nie jest przypadkowa kategoria, że jest coś metafizycznego w tej przynależności. I mimo to gijur istnieje i jest halachicznie ważny. Jak to się ma do argumentu kosmologicznego?
Chcę wrócić do pytania Emilka, bo myślę, że się od niego oddaliśmy. Pytał, jak znaleźć prawdziwego mistrza - w sufizmie, ale myślę, że to pytanie dotyczy każdej tradycji. I tu jest ciekawa zasada, którą słyszałem od kilku różnych ludzi wtajemniczonych w różnych systemach: autentyczny mistrz nigdy sam nie szuka uczniów. Jeśli ktoś cię aktywnie rekrutuje, to jest pierwszy sygnał ostrzegawczy.
