Ten strach jest uzasadniony i widziałem to wielokrotnie w różnych tradycjach. Ktoś spędza rok w Indiach, wraca, zakłada strony, organizuje warsztaty i nagle jest 'nauczycielem'. Ale jak sprawdzić, czy to podróbka? Nie zawsze możesz. Czasem trzeba popełnić błąd i cofnąć się.
Ale jak ktoś nie nazywa siebie nauczycielem, to jak w ogóle go znaleźć? To jest błędne koło - dobry nauczyciel się nie reklamuje, więc jeśli kogoś znajdziesz przez internet, to już jest podejrzany? Emilku, na tym etapie to chyba musisz po prostu jechać do Indii.
To jest pytanie, które rozłupuje społeczność kaszmirskiego sziwaityzmu na Zachodzie od lat. Jedni mówią, że linia trwa przez uczniów Lakshmanjoo, inni - że ci uczniowie sami nie mieli pełnej inicjacji, bo mistrz umarł zanim zdążył dokończyć przekaz. Nie ma jednej odpowiedzi i różne grupy różnie to rozstrzygają. Co nie znaczy, że nauka jest bezwartościowa - tylko że status 'inicjacji w linii' jest sporny.
Słuchajcie, czy to nie jest w gruncie rzeczy ten sam problem, o którym mówiliśmy wcześniej przy sakramentach? Czy inicjacja 'działa' nawet jeśli udzielający jej sam nie miał pełnego przekazu? Wróciliśmy do punktu wyjścia.
Mam pytanie, może naiwne - a co jeśli kogoś nie interesuje inicjacja jako formalna procedura, tylko po prostu chce żyć według wartości tej tradycji i rozumieć jej filozofię? Czy wtedy ten cały problem z linią przekazu jest w ogóle ważny?
Zastanawiam się, czy nikt tu nie mówi o jednej rzeczy - o tym, czy sama tradycja cię 'przyjmuje'. W jezydyzmie przecież nie ma żadnej furtki, bo tożsamość jest dziedziczna w sensie absolutnym. Nie możesz zostać Jezydem. Koniec. Czy kaszmirski sziwaityzm ma coś podobnego, jakiś próg, za który po prostu nie wejdziesz?
Kaszmirski sziwaityzm historycznie nie był zamknięty etnicznie - to nie jest jak jezydyzm. Ale był zamknięty społecznie, bo przekazywany w wąskich kręgach braminów kaszmirskich. Kwestia, czy dziś jest otwarty dla wszystkich, jest raczej de facto, nie de iure - nie ma zakazu, ale nie ma też jasnej furtki.
Dziękuję za ten wątek z Agatką, bo o jezydyzmie w tym kontekście nie myślałem. To rzeczywiście inna kategoria - tam bariera jest ontologiczna, nie tylko instytucjonalna. Hinduizm jest w tym sensie różnorodny, bo są tradycje absolutnie zamknięte i takie, które aktywnie przyjmują z zewnątrz. I chyba muszę to bardziej rozgryźć zanim zadam kolejne pytanie o inicjację.
Emilek, to co piszesz o barierze ontologicznej kontra instytucjonalnej - to jest naprawdę precyzyjne rozróżnienie. Jezydyzm mówi: nie możesz, bo nie jesteś. Hinduizm mówi różne rzeczy w zależności od tradycji. Ale kaszmirski sziwaityzm jest pod tym względem wyjątkowy, bo jego filozofia jest radykalnie inkluzywna ontologicznie - wszystko jest Śiwą, więc nikogo nie można z tej przestrzeni wykluczyć. A jednak przekaz historycznie był wąski. Jak to pogodzić?
Przyciąga mnie obie rzeczy jednocześnie, co może brzmieć absurdalnie. Filozofia Pratyabhijnahrdayam, to rozpoznanie własnej natury, działa na mnie silniej niż cokolwiek innego co czytałem. Ale jednocześnie czuję, że czytam kogoś, kto dostał mapę bez legendy. I nie wiem, czy legenda jeszcze istnieje, czy przepadła z Lakshmanjoo.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że krąży ona wokół czegoś, co może być w ogóle nierozwiązywalne z zewnątrz. Czy ktoś z was ma jakiekolwiek doświadczenie z tradycjami, gdzie inicjacja była przekazywana poza główną linią i mimo to 'działała'? Chodzi mi o konkretne przypadki, nie teorię.
Mam pytanie, które może brzmieć brutalnie - czy w ogóle wiemy, że saktipata działa tak jak opisuje tradycja? To znaczy, czy jest cokolwiek poza subiektywnym doświadczeniem odbiorcy, co potwierdzałoby, że przekaz się 'odbył'? Nie pytam, żeby to obalić, naprawdę chcę zrozumieć, jak to jest weryfikowane wewnątrz tradycji.
Wracam do pytania, które zadałam wcześniej, bo odpowiedź Bernadetki mnie nie do końca uspokoiła. Emilek, powiedziałeś, że czujesz 'ciągnienie'. Jak ono wygląda? Bo to brzmi jakbyś mówił o czymś więcej niż intelektualnym zainteresowaniu.
To co opisujesz, Emilku, brzmi jak to, co w kaszmirskim kontekście nazywa się samavesą - wejściem, wchłonięciem. Ale to może też być zwykłe deja vu filozoficzne, kiedy tekst porządkuje coś, co było nieuporządkowane. Jak odróżnić jedno od drugiego - nie wiem. Ale to ważne pytanie do postawienia.
Chcę na chwilę wrócić do pytania Agatki o tradycje zamknięte, bo myślę, że zostało trochę zakopane. Powiedziałeś Emilku, że są tradycje hinduskie absolutnie zamknięte. Które masz na myśli? Śrauta? Część tradycji saktyjskich? Bo to nie jest takie oczywiste dla każdego w tej rozmowie.
Ale to otwiera chyba szerszy problem - czy w ogóle mamy prawo pytać o dostęp do czegoś, co dana wspólnota zdecydowała zachować dla siebie? Nie mówię, że Emilek robi coś złego, pytam o zasadę. Jezydzi mówią 'nie' i wszyscy to szanują. Dlaczego przy hinduizmie zakładamy, że da się obejść?
Słucham i mam poczucie, że rozmowa zaczyna mnie trochę przerażać w dobrym sensie. Czyli nie pytam o to, czy hinduizm mnie przyjmuje, tylko o to, czy trafię na kogoś, kto ma coś do przekazania i jest uczciwy co do tego, co ma. I to jest problem, który dotyczy każdego, niezależnie od urodzenia. Dobrze rozumiem?
Wracam do czegoś, co zostało powiedziane kilka postów temu o samavesie. Agatka napisała, że to może być 'deja vu filozoficzne'. Ale czy te dwa wyjaśnienia - wejście w tradycję i porządkowanie przez tekst czegoś już wiedzianego - naprawdę się wykluczają? Pytam, bo w tradycjach inicjacyjnych, które ja znam, to drugie jest często traktowane jako dowód tego pierwszego.
Chcę zapytać o coś bardziej praktycznego, bo trochę gubię się w tej epistemologii. Emilek, czy ty w ogóle szukasz nauczyciela, czy na razie jesteś na etapie 'czytam i zobaczymy'? Bo mi się wydaje, że to zmienia sens całej rozmowy - pytanie o to, czy tradycja cię przyjmie, jest inne, kiedy jesteś przy tekstach, a inne, kiedy piszesz do konkretnego aśramu.
