To rozróżnienie warstw które robi Konstancja97 wydaje mi się uczciwe. Ale mam pytanie bardziej konkretne do całej dyskusji - czy ktoś z was miał doświadczenie kiedy poczuł wzrok ikony albo posągu jako coś wyraźnie zewnętrznego? Nie własną projekcję, ale coś co przyszło z zewnątrz? Bo dotąd mówiliśmy dużo o teorii.
Słucham waszej rozmowy i mam takie skojarzenie - w ikonografii chrześcijaskiej jest pojęcie Chrystusa Pantokratora, który patrzy frontalnie i jakby zna każdego z osobna. To jest celowy zabieg kompozycyjny. Czy ktoś wie więcej o tym jak malarze ikon rozumieli swoją własną pracę - czy czuli się twórcami czy bardziej... przepisywaczami czegoś co już istnieje?
To bardzo trafne pytanie. Ikonograf w tradycji wschodniochrześcijańskiej nie jest artystą w zachodnim sensie - jest rzemieślnikiem liturgicznym który wykonuje przepisany kanon. Przed przystąpieniem do pracy pości i modli się, bo wierzy że nie tworzy, ale odkrywa obraz który już istnieje w niebie. Theoria - kontemplacja - poprzedza pracę ręki. Dlatego podpis na ikonie nie był wymagany: twórca się nie liczy, liczy się prototyp.
Kingusia, to mnie zastanawia w kontekście ikonoklazmów. Jeśli ikona odkrywa coś istniejącego, to jej zniszczenie jest czymś zupełnie innym niż zniszczenie obrazu. To prawie jak uderzenie w prototyp. Czy to był jeden z argumentów obrońców ikon w sporach z VIII-IX wieku?
Protazy trafia chyba w to czego szukamy od początku wątku. Wzrok rytualny to nie jest po prostu 'patrzenie' - to jest wymiana uwagi z czymś konkretnym, osobowym. Dlatego anikoniczne tradycje nie zabraniają czytania, słuchania ani nawet wyobrażania - tylko patrzenia na twarz.
Hej, może trochę głupie pytanie, ale - czy jak patrzę na swój wedżat i on na mnie patrzy, to czy to jest ta sama relacja co z ikoną? Czy to zupełnie inna kategoria bo tamto jest oko bez twarzy?
To jest ciekawa różnica - pilnowanie kontra spotkanie. Czy ktoś zna tradycje gdzie te dwa tryby są wyraźnie rozróżniane? Tzn. gdzie są osobne wizerunki do ochrony i osobne do kontaktu z bóstwem jako osobą?
To pytanie Amethysty jest bardzo celne i chcę je rozwinąć, bo rzeczywiście w tradycji egipskiej możemy to zaobserwować bardzo wyraźnie. Były osobne kategorie wizerunków - te które stały w sanktuarium i były 'żywą obecnością' bóstwa (tam odprawiano karmienie, ubieranie, budzenie), i osobne amulety ochronne jak wedżat właśnie. Ochrona i spotkanie to dwa różne tryby relacji z sacrum. Ale ciekawi mnie czy podobny podział ktoś zna z innych tradycji.
Kingusia, a w hinduizmie? Bo tam murtis w świątyni są traktowane dosłownie jak żywe - myje się je, ubiera, karmi, kładzie spać. To brzmi jak ten tryb 'spotkania'. Ale są też jantry - geometryczne diagramy które koncentrują energię bóstwa bez żadnej twarzy. Czy jantra to odpowiednik wedżatu?
Ta klasyfikacja Konstancji97 mi pomaga. Ale mam pytanie - czy te tryby mogą się mieszać? Tzn. czy ktoś może mieć wedżat i traktować go jak osobę? Albo ikonę jak amulet ochronny bez relacji?
Rafalek, a czy w momencie kiedy poczułeś że jesteś 'objęty uwagą' - to było przed czy po tej zmianie? Tzn. czy to ty najpierw zacząłeś inaczej patrzeć na ikonę, czy ona najpierw 'przemówiła'?
To co opisuje Rafalek jest kluczowe dla rozumienia tego tematu. W wielu tradycjach inicjatywa bóstwa jest warunkiem wstępnym - człowiek może być otwarty, ale nie może wymusić spojrzenia. W teologii apofatycznej mówi się wręcz że Bóg jest tym który patrzy pierwszy. Człowiek tylko odpowiada. Czy to pasuje z innymi tradycjami które znacie?
A czy w islamie jest coś co zastępuje ten wzrokowy kontakt? Skoro nie ma wizerunków, to jak przebiega 'spotkanie' - przez słowo, przez kierunek modlitwy, przez Kaabę?
Jasiek98 dobrze trafia z basirat. I warto dodać że w tradycji sufickiej jest też figura 'Boskiego Spojrzenia' - nazar ilahi - które opada na człowieka jako łaska. To bardzo bliskie temu co Protazy opisał jako inicjatywę bóstwa. Język jest inny, mechanizm podobny. I uwaga - to nie jest mistyczny margines islamu, to jest centralna kategoria wielu wielkich sufich.
Dobra, a czy ktoś wie coś o 'złym oku'? Bo cały czas gadamy o wzroku jako czymś dobrym, ochronnym albo spotkaniem - ale przecież spojrzenie może też szkodzić. I to jest chyba obecne w bardzo wielu tradycjach naraz.
To znaczy że ten sam narząd który umożliwia darśan może też zadać krzywdę? Czy to nie jest trochę paradoksalne w stosunku do całej tej rozmowy o wzroku jako czymś świętym?
Konstancja to ma sens, ale chcę zapytać o coś konkretnego - czy w tradycjach które uznają zły wzrok, jest jakiś rytuał 'oczyszczenia' spojrzenia? Tzn. przygotowanie oczu zanim się spojrzy na coś świętego, albo po patrzeniu na coś złego?
Kingusia, to z tym myciem oczu przed pracą ikonografa - masz jakieś konkretne źródło? Pytam bo chcę sprawdzić, czy to jest opisane jako wymóg powszechny czy raczej praktyka konkretnych szkół lub konkretnych mistrzów.
A wracając do złego oka, bo Obsydianka dobrze to postawiła - oko kontra oko. Zastanawia mnie jedna rzecz: czy w tradycjach które mają oba pojęcia jednocześnie, tzn. i darśan i zły wzrok, te dwie rzeczy są ze sobą w jakimś teologicznym związku? Czy to dwa oddzielne systemy które po prostu współistnieją?
Czekaj, więc jak bóstwo patrzy na demona to jest niszczące, a jak patrzy na wyznawcę to jest błogosławieństwem? Z czego wynika ta różnica - z natury tego kto jest patrzony?
To jest piękna metafora ale mam wątpliwość - jeśli bóstwo widzi wszystko naraz, to jak ktoś w ogóle może być 'niegotowy' na darśan? Czy to znaczy że darśan w świątyni jest jakoś limitowany, że bóstwo 'dozuje' spojrzenie?
A w praktyce jak to wygląda? Tzn. czy jeśli ktoś idzie do świątyni kompletnie nieprzygotowany, zły, rozkojarzony - to co się stanie? Nic? Coś złego? Czy też coś dobrego ale słabszego?
Nie wiem jak to jest teologicznie, ale z własnego doświadczenia z obiektami sakralnymi - myślę że stan w którym przychodzisz ma znaczenie dla tego co czujesz, ale nie zawsze tak jak zakładasz. Kilka razy podchodziłem do czegoś będąc zmęczony i zdystansowany i właśnie wtedy dostawałem coś nieoczekiwanego. Jakby brak defensywności pomagał.
To co Rafalek opisuje ma swój odpowiednik w koncepcji 'pustości naczynia' - zarówno w chrześcijańskiej teologii mistycznej kenoza, jak i w taoistycznym wu wei, które mówi o działaniu przez niedziałanie. Ciekawe że pojawia się to też w kabale - przed przyjęciem Bożego światła Ain Sof człowiek musi przejść przez stan cimcum, skurczenia siebie. Ale uważam że to nie jest to samo co 'nieprzygotowanie' jezynki - to jest aktywna praktyka pustości, nie przypadkowe rozkojarzenie.
Aha, czyli jest różnica między byciem pustym z rozkojarzenia a byciem pustym celowo. Ale jak bóstwo to rozróżnia? 🙂
To jest może żartobliwe ale naprawdę dotyka czegoś ważnego - czy intencja jest warunkiem koniecznym do tego żeby wzrokowy kontakt z sacrum w ogóle zadziałał. I tu mam wrażenie że tradycje się rozchodzą. Bhakti - indyjska ścieżka oddania - wydaje się mówić że liczy się przede wszystkim miłość i intensywność pragnienia, niekoniecznie znajomość rytuału. Z kolei tradycje inicjacyjne - greka, hermetyzm - twardo stawiają na przygotowanie.
Shaktipat przez spojrzenie to jest naprawdę wyrazisty przykład. Ale chcę zapytać - czy ktoś zna podobne praktyki w innych tradycjach, gdzie dosłowne spojrzenie nauczyciela lub kapłana jest aktem przekazu a nie tylko towarzyszeniem rytuałowi?
