Zaczęłam ostatnio przeglądać różne tradycje pod kątem tego jak traktują ciało i jego słabości - choroby, zmęczenie, głód, starzenie się, ból. I uderzyło mnie jak bardzo to dzieli religie na dwa obozy. Jedne mówią: ciało jest przeszkodą, więźnieniem duszy, trzeba je ujarzmić. Inne: ciało to świątynia, każda jego słabość ma znaczenie, jest sygnałem, lekcją. Buddyzm zaczyna od stwierdzenia że cierpienie (w tym fizyczne) jest wpisane w istnienie - ale nie po to, żeby się z nim pogodzić, tylko żeby zrozumieć skad pochodzi. Chrześcijaństwo zachodnie długo szło w stronę umartwień, ciało jako źródło grzechu. A hinduizm przez ajurwedę i koncepcję prakriti traktuje kondycję fizyczną jako wyraz kosmicznego porządku. Ktoś jeszcze się tym zajmował? Ciekawi mnie zwłaszcza jak to wygląda od środka, u praktyków różnych tradycji.
Akurat dużo o tym czytałem przy okazji pracy z czakrami. Pierwsza czakra - muladhara - jest właśnie o tym, o fundamentach fizycznych, o przeżyciu, zdrowiu, granicach ciała. Jak ta czakra jest zablokowana albo słaba, to człowiek albo ignoruje sygnały ciała, albo jest nimi obsesyjnie przerażony. I to trochę odpowiada na twoje pytanie bo w systemach jogicznych nie ma takiego ostrogo podziału że ciało złe, duch dobry. ciało jest jednym z poziomów manifestacji. Słabość fizyczna może być informacją z niższego poziomu, ktory domaga sie uwagi.
Mam notatki z jakiegoś kursu o systemach energetycznych ciała i tam było coś ciekawego o taoizmie, że choroba jest rozumiana jako zaburzenie przepływu chi, nie jako kara ani przypadek. 🙁 Choroba ma w sobie informację. To całkowicie inne podejście niż np. średniowieczne chrześcijaństwo gdzie choroba = grzech albo próba boska. Czy ktoś wie jak to dokładnie wygląda w ortodoksyjnym taoizmie, bo obawaiam sie ze co innego jest w tradycji medycznej a co innego w filozofii taoistycznej.
Leokadio, dobrze ze rozdzielasz te warstwy bo to jest kluczowe. Taoizm jako filozofia (Laozi, Zhuangzi) i taoizm jako religia z kapłanami, rytuałami i pantiestyczną strukturą to dwie dość rozne rzeczy. W tej pierwszej warstwie słabość i ból w ogóle nie sa problemem moralnym, sa poprostu częścią naturalnego przepływu. Mędrzec nie walczy z bólem, nie wypiera go, tylko nie przylega do niego. Ale w taoizmie religijnym juz masz całe koncepcje o demonach choroby, rytuałach oczyszczenia, kapłanach odpędzających złe wpływy. Więc pytanie ktore tradycję analizujemy
Jest jeszcze cos czego tu nie powiedziano, a jest centralne dla tradycji jogicznej. Ciało nie jest przeszkodą ani sposóbm w sensie mechanicznym. jest świadkiem. Kiedy medytuję i pojawia sie napięcie w jakimś miejscu, ból w plecach albo ucisk w klatce, to nie jest zakłócenie praktyki. To jest praktyka. Ciało mowi cos o stanie umysłu, o emocach ktore nie znalazły ujścia, o blokadach energetycznych. Fizyczna słabość w tym sensie jest zaproszeniem do głębszego wejrzenia, nie problemem do szybkiego wyeliminowania
A czy to nie jest tak, że większość religii gdzieś głęboko jednak oddziela duszę od ciała i to ciało traktuje jako coś gorszego? Bo mam takie wrażenie czytając różne rzeczy, że nawet jeśli oficjalnie mówią że ciało to świątynia, to w praktyce cały wysiłek idzie na pokonywanie cielesnych pragnień, słabości, bólu. Jakby dobre bylo to co ponad ciałem a złe to co pochodzi z ciała.
aha, wow, nie miałam pojęcia że to tak skomplikowane. Zawsze myślałam że religie poprostu mówią że mamy dbać o ciało bo należy do boga albo że właśnie nie powinniśmy go rozpieszczać. A tu tyle warstw. Dzięki że piszecie tak dokładnie, naprawde duzo mi to daje.
Chcę dorzucić coś z innej beczki. Pracuję z ludźmi jako bioterapeutka i bardzo często spotykam się z tym, że chroniczne dolegliwości fizyczne mają wyraźne zakorzenienie w sferze emocjonalnej albo duchowej. I żadna religia tego mi nie kazała tak rozumieć, po prostu to widać w praktyce. Ale kiedy zaczęłam się interesować co na to różne tradycje, okazało się, że np. w ajurwedzie jest pojęcie prajna-paradha, czyli błąd inteligencji, który polega na tym, że człowiek wie co mu szkodzi a i tak to robi. I to właśnie jest źródłem wielu chorób według tej tradycji. To mnie bardzo uderzyło, bo to znaczy że choroba fizyczna ma korzeń w poziomie świadomości, nie jest przypadkowa.
Ten wątek winny/przyczynowość jest ważny. Mam w notatkach że w buddyzmie tybetańskim jest takie pojęcie jak namshe, coś w rodzaju świadomości-strumienia, i choroba fizyczna może być rozumiana jako echo dawnych działań, ale też jako szansa na oczyszczenie. Dalaj Lama podobno mówił że choroba jest darem o tyle, że zmusza do zatrzymania się i pracy nad umysłem. Ale to jest dalekie od mówienia choremu że sam to sobie zrobił.
Dodam kontrprzykład żeby nie bylo zbyt pięknie. Są tradycje gdzie związek między moralnością a chorobą jest bardzo bezpośredni i dosłowny. W niektórych afrykańskich religiach tadycyjnych choroba jest bardzo często interpretowana jako wynik zerwania relacji ze wspólnotą, przodkami albo naruszenia tabu. I wtedy leczenie jest rytualne, chodzi o naprawę relacji, a nie o ziołolecznictwo czy operację. To nie jest metafora, to jest dosłowne przekonanie że choroba pochodzi z relacyjnego zaburzenia porządku. Czy to wina w sensie moralnym?? Zależy od kultury. nie upieram się
Mnie uderza że we wszystkich tych tradycjach jest jakis wspólny mianownik. Słabość fizyczna nie jest neutralna. zawsze ma znaczenie, zawsze jest osadzona w szerszym kontekście niż tylko biologia. Rónżice są w tym co to znaczenie określa, karma, relacje ze wspólnotą, przepływ chi, wola boga ale sam fakt że ciało mówi coś poza swoją fizycznością jest jakby wspólny.
Hm, ale to trochę wygodne nie? Zawsze można powiedziec, twoja choroba ma głębszy sens, pracuj nad sobą. A jak ktoś umrze na raka to co, miał złą karmę? Nie przekonuje mnie ta logika, przepraszam. Ciekawe jako historia idei ale nie jako cos co na prawdę tłumaczy jak dziaała świat.
czytam od poczatku i mam pytanie moze glupie ale czy w islamie jest cos na temat chorob i tego co oznaczaja? wydaje mi sie ze slyszalem ze choroba to moze byc kafara czyli cos jakby odkupienie grzechow ale nie jestem pewien czy dobrze pamietam
no właśnie ta różnica miedzy "to mi pomaga psychicznie" a "zamiast pójść do lekarza" jest chyba kluczowa i religie chyba nie zawsze to rozróżniają? albo raczej pozostawiają człowieka samemu z tym wyborem co może być niebezpieczne. nie mówię że wiara nie pomaga, mówię że sama wiara bez działania to może być problem
no dobra, hydromanto, w hinduizmie to jest ciekawe bo jest cały wewnętrzny system medyczny, Ajurweda, ktory jest integralną częścią tradycji wedyjskiej. nie ma tam konfliktu medycyna kontra religia bo medycyna wyrasta z tej samej kosmologii. Ciało jest mikro-odbiciem makrokosmosu, pięć żywiołów w ciele odpowiada pięciu żywiołom wszechświata, i leczenie polega na przywracaniu tej równowagi. Więc pytanie "iść do lkarza czy się modlić" w ramach tej tradycji trohe nie istnieje.
mam notatki że Ajurweda dzieli konstytucje ciała na trzy dosz: vata, pitta, kapha. i każda ma inne słabości, inne podatności na choroby. to jest kompletnie inne myślenie niż zachodnie, bo twoja słabość fizyczna jest wpisana w twój typ, nie jest defektem tylko cechą. zastanawiam się czy to czasem nie zdrowsze podejście psychologicznie niż traktowanie choroby jako porażki albo kary
Leokadio, dokładnie. i to idzie jeszcze dalej bo w myśleniu jogicznym to co nazywamy słabością fizyczną często jest miejscem, gdzie ciało głośniej mowi. Mam doświadczenie z pracy oddechowej, ze chroniczny ból w konkretnym miejscu często odpowiada jakiemuś zaciskowi emocjonalnemu ktury tam "siedzi". To nie znaczy ze ból jest iluzją, jest realny. Ale jest komnuikatem, nie tylko biologicznym sygnałem
wracając do tematu ktory mnie intryguje od początku tego wątku, mianowicie co religie mówią o fizycznym ograniczeniu jako takim, nie tylko chorobie. bo choroba to jedno, ale co z niepełnosprawnością, starością, stałą niemocą fizyczną? czy tradycje mają coś do powiedzenia o tym ze ktos po prostu nie moze chozić albo nie słyszy, i to jest jego stałe doświadczenie, nie choroba którą się leczy?
no i chrześcijaństwo ma chyba największy problem z tym tematem bo z jednej strony zmartwychwstanie ciała sugeruje ze ciało ma wartość wieczną, z drugiej strony przez wieki niepełnosprawność była odczytywana jako znak kary lub próby. były przecież całe teologie prób krzyża. jak to jest z katolicką teologią cierpienia dziś czy coś się zmieniło po Vaticanum II??
lecę przez ten wątek od samego początku i jestem pod wrazeniem ze tyle osob wie tyle roznych rzeczy. mam takie proste pytanie: czy w jakiejs tradycji jest cos co mowi ze byc chorym albo slabym fizycznie to jest cos dobrego, nie w sensie proby czy kary ale naprawde wartosciowego samo w sobie? bo tu wszyscy mowia albo ze to kara albo ze to szansa na duchowy wzrost ale to nadal wydaje sie jakims wartosciowaniem
dokladnie to. i w tradycji jogi jest pojęcie "tapas", żar ascetyczny który buduje się przez dobrowolne ograniczenia ciała. ale ciekawe jest to że wiele hagiografii opisuje świętych którzy mieli wrodzone ograniczenia fizyczne i je zaakceptowali zamiast walczyć. akceptacja nie jako rezygnacja, ale jako rodzaj judo z własnym ciałem, używasz tego co masz zamiast uddawać że masz cos innego.
ok, tylko że to jest trochę piękne w teorii i trochę niepokojące w praktyce. bo jak mówisz świętemu z chorobą że jego ograniczenie jest drogą do czegos wyższego, to spoko. ale jak to samo mówisz zwykłemu człowiekowi który ma przewlekły ból i ledwo wiąże koniec z końcem, to już brzmi jak uzasadnianie cierpienia zamiast pomagania mu. skąd wiesz kiedy "akceptacja" jest mądrością a kiedy jest po prostu brakiem dostępu do opieki?
ojej, ta odpowiedź Mistralki o taoizmie jest niesamowita, nie spodziewałam się takiego ujęcia. ale chce dopytać bo to wu wei i choroba to jest troche abstrakcyjne dla mnie czy to znaczy ze taoiści nie leczyli chorych? bo to by bylo dziwne. czy to bardziej filozofia jak patrzeć na chorobę a nie co z nią robic?
a ja mam glupie pytanie moze ale co z religiami gdzie sa cuda uzdrowienia jak w chrzescijanstwi np lourdes i takie miejsca. 🙂 tam jest jakby przeslanie ze cialo mozna naprawic modlitwa. czy to czasem nie sprzeczne z tym ze slabos moze byc dobra albo ze jest neutralna?
jest taki wspólny mianownik w różnych tradycjach który mnie uderza w tej dyskusji. czy to Paweł, czy jogin z ograniczonym ciałem, czy taoista w chorobie, we wszystkich tych przypadkach kluczowe jest to co robi swiadomosc z tym co się nie da zmienić. to nie jest gloryfikacja cierpienia, to jest kwestia orientacji wewnętrznej. zachodnia medycyna pyta co z tym zrobić, mistyczne tradycje pytają kto to przeżywa i jak.
