Natknąłem się niedawno na wzmiankę o czymś co określano jako "Księga Zakowienki" i szczerze mówiąc ciężko powiedzieć czy to lokalna nzawa, regionalna tradycja czy moze coś szerszego. Chodzi o praktykę zapisywania rzeczy ktore chcemy symbolicznie wyrzucić z życia - wspomnień, imion, zdarzeń - i wysyłania tych zapisków gdzieś "na tamtą stronę". Czyli taki rytuał przekazania. Ale co mnie uderzyło to pytanie czy to na prawdę byl tylko symboliczny gest czy chodziło o to zeby te przedmioty, kartki, węzły naprawdę funkcjonowały jako posłańcy między światami. Ktoś coś wie o tej tradycji? bo szukałem i mam dosłownie urywki
no nie, zakowienka to słowo z tradycji wschodniosłowiańskiej, spotykałam je w kontekście białoruskim i podlaskim. Chodzi o miejsce "za" czymś - za wodą, za lasem, za granicą codziennego świata. Nie jest to tylko poetycka metafora. W praktykach ktore znam z przekazów ustanych rzeczy ktore sie tam "wysyłało" na prawdę miały charakter posłańca. Pisałam już o tym kiedyś przy okazji wątku o szamanizmie ale tu chcę dopowiedzieć jedno: to nie byl wyłącznie gest symboliczny w rozumieniu psychologicznym. Przedmiot, węzeł, zapisana kartka - to byl nośnik. Niosła go intencja i słowo. Czy trafiał "tam" zależy od tego jak rozumiesz słowo "tam".
Czytam to i mi się przypomina coś co słyszałam od swojej babci ze Suwalszczyzny. Nie używała słowa zakowienka ale miała praktykę pisania imienia osoby od której chciała się uwolnić na kawałku kory i puszczania tego z nurtem rzeki. Mówiła ze rzeka to droga do "tamtego" i że to co płynie rzeką przestaje być "tu". Czy to może być ta sama logika po prostu inaczej nazywana? Bo to wysyłanie przez wodę brzmi bardzo podobnie do tego co tu opisujecie.
no nie, ehm sorry ze wchodzę może z głupim pytaniem ale czy to o czym piszecie jest jakoś bezpieczne? Czyli jesli ktoś chce zrobić coś takiego - napisać imię i puścić po wodzie - to czy nie ma jakiegoś ryzyka? Czy to może wrócić albo coś? Pytam bo brzmi ciekawie ale nie chcę narobić sobie kłopotów.
no ale jak to fizycznie wygląda? piszesz na korze, na kartce co? i puścić w rzece to po prostu rzucić czy jest jakaś konkretna pora, czas? pytam wprost bo z tymi opisami to zawsze jest duzo ogólników a konkretów brak. nie mam na to twardych źródeł
ok ok racja,trochę za szybko 🙂 ale nadal ciekawi mnie czy jest jakaś zasada co do czasu. woda, ogień, ziemia to rozumiem. ale czy pora roku, pora dnia, faza księżyca - to w tych tradycjach wogóle grało rolę czy to juz nadinterpretacja?
To nie jest nadinerpretacja, to wręcz fundamentalna zasada w większości tradycji agrarnych i ludowych. :)) Czas jest częścią rytuału tak samo jak materia i intencja. Księżyc ubywający do odprawiania i zwalniania sie - to schemat który masz w tradycjach słowiańskich, celtyckich, w hoodoo, w praktykach wicca. Nie bez przyczyny. Noc a szczególnie pora miedzy zmierzchem a północą to czas kiedy granica miedzy przestrzeniami jest cieńsza. W kontekście zakowienki - wysyłasz coś "za" więc logicznie potrzebujesz zeby ta granica była otwarta.
Chcę tu wnieść troche chłodniejsze spojrzenie. Mamy temat który opiera się na dwóch wzmiankach źródłowych, jedna publikacja z Polesia, jeden post z białoruskiego forum. Budujemy na tym całą teologię posłańców. Nie mówię że ta praktyka nie istniała albo nie istnieje, mówię że warto nie wchodzić za szybko w "to na pewno tak działało". Szczególnie to porównanie do shinto i zaratusztrianizmu - jasne że motyw posłańca przez materiał jest szeroki, ale to nie znaczy że każda lokalna praktyka wpisuje się w ten sam system. Może zakowienka to po prostu regonalne słowo na cos bardzo prostego i niekoniecznie "kosmologicznego".
To pytanie Konwalki jest kluczowe i chcę na nim zostać. W tradycjach które znam - przede wszystkim przez praktykę a nie teorię - sam przedmiot to ciało a intencja to dusza tego co wysyłasz. Bez intencji masz kawałek kory albo kartki. Ale jest jeszcze trzeci element o którym rzadko się mówi: słowo. Wypowiedziane, szepnięte, czasem zaśpiewane. W wielu tradycjach ludowych wschodniosłowiańskich to słowo uruchamiało rytuał. Samo milczące napisanie i wyrzucenie to tylko połowa. dlatego kobiety takie jak babcia Bibianny "mówiły" coś kiedy puszczały korę w nurt - nawet jeśli to było tylko szepnięte pożegnanie.
to jest dobre pytanie bo mnie tez to zastanawia. jak masz na przykład wysłać coś "z intencją" kiedy sama intencja jest chwiejna? albo kiedy część ciebie chce odpuścić a część nie?
trochę zagubiłem się w tej dyskusji. jesetm ciekaw jednej rzeczy - czy w tych tradycjach była jakaś różnica między wysłaniem czegoś żeby "dotarło" a wysłaniem czegoś żeby po prostu zniknęło?? bo czytam cały wątek i raz mówicie że to jest cos co ma trafić do jakiegoś realm, a innym razem że po prostu chodzi o symboliczne pozbycie się czegoś z własnego życia
ok ale jak to fizycznie działa z tą "inną przestrzenią"?? bo nie rozumiem. wysyłasz kawałek kory i co - byt duchowy to przyjmuje? przechowuje? skąd wiadomo że nie leży po prostu na dnie rzeki
czyli rozumiem że w tych tradycjach nie było jednej konkretnej odpowiedzi na to "gdzie" tylko każda wspólnota miała swoje wyobrażenie? bo jakoś zawsze zakładałem że to jest bardziej ujednolicone. że jest jakiś jeden schemat
i to jest właśnie ta kategoria którą badacze folklorystyki nazywają materiałami liminalnymi. nie muszę się tu powoływać na żadne ezoterycznie źródło - to jest po prostu udokumentowane w etnografii słowiańskiej. rzeczy umieszczane na granicach, w miejscach przejścia, były z reguły tkankami pomiędzy stanami. kora drzewa jest dokładnie tym.
ojejku, pozwolę sobie się wciąć z trochę boczną rzeczą ale czytam tę dyskusję od początku i mam pytanie - czy te praktyki robiono tylko dla siebie? znaczy, czy można było zrobić coś podobnego w intencji za kogoś innego? bo to zmienia trochę kwestię intencji o której tyle tu mówiliście
W tym co trafiło do mnie - nie. Zakowienka była aktem włanym. Tylko ty możesz odłożyć to co twoje. Ktoś inny nie ma dostępu do twojej "warstwy". To ma sens zresztą - skoro odkładasz to co pragniesz zapomnieć, to tylko ty wiesz co to jest i dlaczego
to potwierdza to co mówiłem wczesniej o lokalności. rozne miejsca liminalne - różne tradycje, rozne wsie, rozne topografie. jedna wioska leżała nad rzeką, inna przy starym rozdrożu. praktyka była ta sama, nośnik inny. to jest wlasnie argument za tym że rozmawiamy o mechanizmie, nie o jednej skodyfikowanej praktyce z jasną nazwą i instrukcją. wrócę do tego jak coś jeszcze znajdę
dokładnie na to chciałem zwrócić uwagę. ten fragment ktory mam byl zebrany przez etnografa który sam to zaznaczył w notatkach - ze babcia którą pytał nie chciała mówić wprost, odpowiadała okrężnie, i on miał wrażenie ze część rzeczy pomija celowo. wiec nawet to co mam jest niepełne. to nie jest transkrypt rytuału, to jest cień transkryptu
cień transkryptu - to jest dobre określenie. :)) i właściwie to jest typowe dla tego typu materiałów. informator nigdy nie mówi wszystkiego, zawsze jest jakiś poziom ktury uważa za nieprzetłumaczalny, nieopowadalny albo poprostu zbyt intymny. ciekawe czy ta babcia w ogóle rozumiała co etnograf próbuje zrobić.
czytam to wszystko o przekazie i o tym żeby znać "właściwe miejsce" i zaczynam się zastanawiać - czy jeśli ktoś dzisiaj chce zrobić cos podobnego, nie mając babci ani ciągłości przekazu, to czy to w ogóle ma sens? pytam szczerze, nie ironicznie. bo sama robiłam coś podobnego ale bez zadnej tradycji, tylko z intuicji, i ciężko powiedzieć czy to "liczyło się" tak samo.
o kurcze, i to jest ciekawe bo wraca do oryginalnego pytania Feliksa73 o "posłańców do realm duchowych". rzeka jako posłaniec. nie ty idziesz tam gdzie jest to "za" - ty wysyłasz to co chcesz zapomnieć i rzeka je niesie. co jest eleganckie, bo sam nie musisz wiedzieć gdzie jest to "za". rzeka wie.
