Hej, mam pytanie które mnie nurtuje od jakiegoś czasu i nie wiem do końca jak to ugryźć. Chodzi o teodycee, czyli właściwie - dlaczego bóg ktory jest wszechmocny, wszechwiedzący i wszechdobry pozwala na istnienie zła i cierpienia? Bo jak patrzę na różne religie to każda inaczej to tłumaczy i strasznie mnie to ciekawi. W chrześcijaństwie mówią że wolna wola, w hinduizmie karma, w buddyzmie ze cierpienie to złudzenie. Ale żadna z tych odpowiedzi mnie nie satysfakcjonuje do końca. Ktoś zgłębiał ten temat? Zastanawiam się czy moze jakaś tradycja ma na to lepszą odpowiedź niż inne
No właśnie ta wolna wola to dla mnie zawsze była naciągana odpowiedź. 😀 Okej, ludzie mają wolną wolę, niech robią co chcą. Ale trzęsienia ziemi? Powodzie? Dzieci chore na raka? Skad tam wolna wola? Nikt tego nie wybrał. I żaden ksiądz nigdy mi tego sensownie nie wytłumaczył, zawsze wychodzą z tego z jakimś "boże plany są niezbadane" co jest dla mnie ucieczką od odpowiedzi, nie odpowiedzią
Teodycea to jeden z najstarszych problemów filozofii religii i uczciwie mowiac - zadna tradycja go nie rozwiazała w sposob ktory przekona wszystkich. :)) Warto spojrzec na to jak gnostycy to ujmowali, bo oni mieli na to radykalnie inne podejście. Dla gnostykow bog stworzenia i bog doskonały to dwie rozne istoty. demiurg, ktorym jest bóg AT, stworzył wadliwy swiat. To nie jest problem z teodyceja, bo bóg ktory stworzyl zlo PO PROSTU JEST niedoskonaly. Przeniesienie problemu zamiast jego rozwiazanie, ale przynajmniej uczciwe
Ja to czuje zupełnie inaczej niż filozoficzne dyskusje. Miałam w życiu momenty kiedy pytałam dlaczego i żadna logika nie pomagała. Ale jest coś w kabale co mnie poruszyło, coś o tzimtzum - że bóg musiał sie jakby wycofać, skurczyć, żeby zrobić miejsce dla stworzenia. I w tym wycofaniu jest przestrzeń gdzie możliwe jest i dobro i zło. Ciekawe czy to rozwiązanie tego problemu, ale jakoś to przekracza ten suchy dylemat wszechmoc kontra zło
ojjj, tzimtzum to koncepcja Izaaka Lurii z XVI wieku, wiec to nie jest jakiś pradawny pomysł żeby nie było. I ona tez ma swoje problemy - bo jeśli bóg sie wycofał to czy nadal jest wszechmocny? Luriańska kabała rozwiązuje jeden problem kosztem innego. Natomiast z tego co czytałam, w islamskim kalame też jest ciekawe podejście - aszaryci twierdzili że bóg stwarza dosłownie każde zdarzenie włącznie ze złem, ale człowiek to zdarzenie "nabywa" i staje sie za nie odpowiedzialny. Brzmi abstrakcyjnie ale ma swoją logikę
A co z buddyzmem?? Bo tam chyba w ogole niema boga stwórcy wiec problem teodycei w klasycznym sensie odpada? albo sie mylę
To troche smutna religia jeśli cierpienie jest wbudowane w świat. Wolę jak jest jakaś nadzieja na koniec. Co do chrześcijaństwa to zawsze mi tłumaczono że zło istnieje żeby dobro miało wartość, jakby kontrast był potrzebny. Tylko że to brzmi jak usprawiedliwianie np. śmierci dzieci i to mnie zawsze raziło. Nie kupuję tego
O matko, jakaś ciekawa dyskusja! Mam pytanie trochę z innej strony - czy ktoś zna jak słowiańskie wierzenia podchodziły do tego tematu? Bo tam bogowie chyba w ogóle nie byli wszechmocni ani wszechdobrzy, mieli swoje wady, kłócili się, i jakoś problem teodycei w ogóle nie powstawał? może to jest odpowiedź - politeizm gdzie bogowie są ograniczeni?
Zoroastryzm ciekawy trop ale ten dualizm ma inny problem - skoro Ahura Mazda i Aryman są równosilni, to finalna zwycięstwo dobra jest wątpliwe albo wymaga aktu wiary. w późnym zoroastryzmie rozwiązano to tak ze Ahura Mazda ostatecznie wygra ale to przywraca pytanie czy jest naprawde wszechmocny skoro walczy. Chyba ze wszechmoc jest warunkowa czasowo. To tak jak z marsjańskim krokiem do przodu dwa do tyłu
dorzucę swoje trzy grosze bez zapowiedzi ale mam takie swoje własne pytanie które mnie gnębi. Jak człowiek modli sie o cos konkretnego, powiedzmy żeby ktoś bliski wyzdrowiał, i ta osoba mimo wszystko umiera - to co to mówi o bogu? Ze albo nie słyszał, albo nie mugł, albo nie chciał. Żadna z tych opcji nie jest dobra. Jak różne religie tułmaczą takie konkretne modlitewne "nieodpowiedzi"
Problem modlitwy bez odpowiedzi to w teologii ma nawet swoją nazwę - "petycyjna modlitwa i opatrzność". I tu jest ciekawy rozdźwięk między tradycją akademicką a praktykującymi. Teolodzy od wieków piszą że modlitwa nie zmienia bożych planów tylko zmienia modlącego się. Ale 90% wierzących modli sie właśnie o konkretne rzeczy. To jest napięcie ktore większość teologii po prostu ignoruje albo zamiotła pod dywan
Czytam to wszystko i jest ciekawe ale mam wrażenie że każda religia ma gotową odpowiedź na to pytanie i żadna nie przyznaje że po prostu nie wie. Czy jest jakaś tradycja która mówi otwarcie że to jest mysterium i nie próbuje wyjaśniać? Bez dawania gotowych rozwiązań?
no i wlasnie tu jest ciekway punkt bo to zoroastryjskie ujęcie zdejmuje problem teodycei z boga i kładzie cześć odpowiedzialności na człowieka ale za cenę tego ze bóg nie jest wszechmocny. wiecie co, im dłużej siedzę w tym temacie tym bardziej mam wrażeie ze wszechmoc i nieograniczona dobroć razem sa po prostu logicznie problematyczną parą i każda religia która twierdzi ze ma oba składniki musi jakoś kombinować. Nie da sie tego skleić bez dziury.
hej, nie żeby zmieniać temat ale mam wrażenie ze wszyscy omawiamy to bardzo abstrakcyjnie. Wróce do swojego pytania bo nie dostałem odpowiedzi która by mi coś dała - co ma zrobić wierzący człowiek PRAKTYCZNIE kiedy modlitwa nie pomogła. Nie jak to wytłumaczyć filozoficznie tylko co robic. Czy jest jakaś tradycja która ma jakiś rytuał, obrzęd, coś konkretnego do zrobienia z tym bólem?
