no proszę, chciałam otworzyć temat, który rzadko pojawia się wprost pod tą nazwą, a który według mnie jest jednym z kluczowych etapów w każdej poważnej tradycji mistycznej. mówię o "nocy duszy" - po łacinie "nox animae" albo jak u Jana od Krzyża "noche oscura del alma". To nie jest po prostu depresja, smutek ani kryzys wiary, choć powierzchownie moze tak wyglądać. To specyficzny stan, który pojawia się na ścieżce duchowej i który mistycy różnych tradycji opisują uderzająco podobnie. Myślę, że warto to porównać - bo mamy tu coś, co łączy chrześcijańskich karmelitów, sufich, gnostyków, buddyjskich mnichów i szamanów. Czy ktoś miał osobiste doświadczenie czegoś takiego albo zna literaturę na ten temat? Chciałabym żebyśmy porozmawiali konkretnie, nie tylko o teorii.
cholera,temat bardzo mi bliski. Jan od Krzyża to jedno z lepszych opisów ale moim zdaniem nie oddaje pełni tego czym "noc duszy" jest w tradycjach nieeuropejskich. U sufich jest odpowiednik - fana, unicestwienie siebie, ale tam akcent jest inny: nie tyle ciemność ile rozpad ego przed wejściem w baqa, trwanie w Bogu. U Jana dominuje obraz opuszczenia przez Boga, co jest rcazej chrześcijańskim zabarwieniem. Mnie bardziej przekonuje interpretacja szamańska - choroba inicjacyjna, rozpadanie się starej struktury zeby zbudowała sie nowa. Czy to jest to samo doświadczenie tylko inne ramy pojęciowe? to jest pytanie, ktore mnie od dawna nie daje spokoju.
Hmm ale zaraz zaraz. Jedno mnie tu od razu zatrzymuje - czy mżoemy wogóle porównywać doświadczenia tak różnych tradycji zakładając że to "to samo"? To mi troche pachnie takim new age'owym spłaszczaniem: wszystko jest jednym, wszyscy czuli to samo. Karmelita w XVI-wiecznej Hiszpanii i syberyjski szaman mają naprawdę tę samą wewnętrzną przeżycie? Wątpię. Kontekst kulturowy, system wierzeń, oczekiwania - to wszystko formuje SAMO doswiadczenie, nie tylko jego interpretację.
właśnie o tym czytałem ostatnio! Jan od Krzyża opisuje dwa etapy ciemności - najpierw zmysłowa, potem duchowa. i ta duchowa jest ta prawdziwa, głęboka. to jest jak z czakrami moim zdaniem - jak pracujesz z wyższymi czakrami, szczególnie Ajną i Sahasrarą, to dosłownie możesz wpaść w taki stan bo stare struktury energetyczne sie rozpadają. to jest bardzo podobny mechanizm! czytałem że to normalne
wybaczcie że się wtrącam bo jestem tu raczej laik, ale mam pytanie - ta "noc duszy" to jest coś co MUSI się przydarzyć każdemu kto idzie ścieżką duchową? bo trochę się boję jak o tym czytam. brzmi jak coś bardzo ciężkiego i nie wiem czy chciałabym przez to przechodzić. czy da się "ominąć"?
aha, nie każdy przez to przechodzi, albo nie każdy w tym samym stopniu. 🙂 Różne tradycje mają różne zdanie. chrześcijańska mistyka kontemplacyjna, szczególnie karmelitańska, traktuje to jako niemal konieczny etap dla kogoś kto na prawdę idzie w głąb. Ale na przykład w pewnych nurtach bhakti w hinduizmie nacisk jest zupełnie inny - tam miłość i oddanie mają cię nieść, nie rozbijać. Więc odpowiedź brzmi: zależy od tradycji i od tego jaką ścieżką idziesz.
Ciekawa dyskusja, ale chcę wtrącić pewne zastrzeżenie. Zbyt łatwo przychodzimy do interpretowania zwykłych stanów kryzysowych jako "nocy duszy" albo inicjacji. Mam sporo lat pracy z ludźmi i widzę jak ten mechanizm działa - ktoś przeżywa depresję, wypalenie, traumę, i bardzo chce to uszlachetnić, nadać temu sens przez ramy duchowe. To jest ludzkie i rozumiem to. Ale jest różnica między kryzysem psychologicznym a etapem na ścieżce mistycznej i ta różnica ma znaczenie praktyczne. Nie mówię że to sie wzajemnie wyklucza. Ale mylenie ich może byc naprawdę niebezpieczne.
oj no nie zgadzam sie do konca. 😛 znaczy rozumie wasze obawy ale chyba troche za ostro to uujjecie. skad wiemy co jest "prawdziwą" nocą duszy a co nie, kto to w ogule ma prawo oceniać? mistycy nie mieli certyfikatow ani diagnozy. a poza tym depresja i kryzys duchowy moga isc razem, to nie sa dwa osobne pojemniki. jan od krzyza sam siedzial w cielie i pewno byl w bardzo zlym stanie psychicznym
przepraszam że się wtrącę z głupim pytaniem ale - ta "noc duszy" to jest coś co trwa jak długo?? dnie, tygodnie, lata? bo czytam opisy i jedni mówią o chwilach a drudzy o latarach cierpienia. i czy ona ma jakiś wyraźny koniec, coś po czym wiadomo że minęła?
oj, a co z tradycjami, ktore w ogóle nie używają tego modelu? bo gdzieś czytałam że na przykład w pewnych tradycjach buddyjskich ten cały ból i ciemność jest postrzegany jako przywiązanie do czegoś, do poczucia "ja" ktore powinno byc rozpoznane jako iluzja, ale bez dramatyzowania tego. nie ma "nocy", jest po prostu obserwacja. czy to jest ta sama droga tylko inaczej opisana czy naprawdę inna?
he no ale to trochę jak mówić komuś kto ma migrenę ze z wyższej perspektywy bólu nie ma 😀 przepraszam za uproszczenie ale tak mi to wyszło
ale ja miałam na myśli troche coś innego niż ucieczkę. chodzi mi o to że może samo założenie że musi być noc żeby był świt to jest juz pewien moel, i że tradycje które tego modelu nie używają mogą doświadczać tego samego przejścia ale po prostu inaczej to opisują. nie wiem czy dobrze to ujęłam
czytam tę dyskusję od początku i mam notatki 🙂 jedno mi chodzi po głowie. kilka razy padło że noc jest "oczyszczeniem" albo "koniecznym etapem". ale skąd to przekonanie że cierpienie jest konieczne do transformacji? to mi wygląda troche jak wbudowana w te tradycje gloryfikacja bólu. i nie mówię że to nieprawda, pytam czy ktoś widzi tu alternatywę
no ale rozpad struktur tożsamości brzmi podobnie jak stany po głębokiej medytacji przy pracy z wyższymi czakrami i to nie zawsze jest przyjemne więc może to jest to samo poprostu inny opis? mówię serio nie żartuję
a to jest właśnie to co mnie w tym modelu niepokoi. mamy cierpienie - koniec nieoczywisty - i jeszcze nam mówią żebyśmy nie ufali własnemu odczuciu końca. to brzmi jak system bez falsyfikowalności. nie można wyjść, nie można sprawdzić czy się wyszło, nie można nawet stwierdzić czy się jest w środku. jak to ma praktycznie działać?
hmm,tradycja karmapów w buddyzmie tybetańskim mówi o czymś co mozna by opisać jako "powrót działania" - po przejściu przez pustynię wewnętrzną wraca zdolność do bycia z innymi bez wysiłku. Nie chodzi o euforię, chodzi o to ze relacje znowu płyną. to jest bodajże jeden z bardziej konkretnych wskaźników jakie znam
