Chciałam poruszyć temat, ktury od dawna leży mi na sercu, a rzadko pojawia sie w dyskusjach: apofatyka. To nurt w teologii i mistyce który mówi z grubsza tyle - o Bogu (albo Absolucie jak kto woli) nie można powiedzieć NIC pozytywnego, bo każde słowo, każdy opis Go umniejsza i ogranicza. Pseudo-Dionizy Areopagita, Mistrz Eckhart, żydowska Ein Sof w kabale, islamskie koncepcje transcendencji Allaha - wszędzie to samo dążenie: milczeć, bo mowa kłamie. Zastanawia mnie, czy ktoś tutaj praktykuje cos bliskiego temu - medytację, kontemplację, jakiś rodzaj wyciszenia, który jest właśnie z tego nurtu?? I drugie pytanie: czy apofatyczne milczenie to w ogóle droga dla zwykłego człowieka, czy tylko dla zaawansowanych mistyków?
Apofatyka to temat, który mnie samego trochę kręci od lat. Ciekawe, że wymieniłaś Pseudo-Dionizego, bo właśnie od niego zacząłem swoje własne rozgryzanie tego. To co mnie uderza - ta tradycja nie mówi "Bóg jest niepoznawalny, więc daj spokój". Ona mówi raczej "każdy opis, który dajesz, jest fałszywy, więc zdejmuj warstwy jedna po drugiej". To jest aktywna praca, nie leniwe nic-nie-robienie. Pytasz czy to dla zwykłego człowieka - myślę, że jak najbardziej, ale wymaga pewnej dojrzałości. Nie chodzi o wyłączenie myślenia, tylko o świadomość, że myślenie dociera tylko do pewnej granicy. Co dalej, to już milczenie. jak dla mnie to jasne
Hej, trochę się gubię, bo kojarzę słowo "apofatyka" ale nigdy nie zagłębiałam się w szczegóły. Znaczy to chodzi o to, zeby w ogóle nie próbować opisywać Boga słowami? Ale jak wtedy modlitwa ma sens, jesli nie możesz do niego nic powiedzieć? Mam na mysli - w chrześcijaństwie ciągle mówimy "Ojcze nasz", "Panie", "Boże miłosierny" - to nie jest właśnie opisywanie?
Ta rozmwa idzie w dobrym kierunku. 🙂 Dodam od siebie, ze w tradycjach nordyckich tez mozna znalezc cos podobnego - Odin wisi na Yggdrasilu, zeby zdobyc runy, ale cena jest milczenie, utrata oka, wyrzeczenie. Wiedza, ktora sie zdobywa nie przez mówienie, tylko przez rezygnacje z mówienia. Nie twierdzę ze to to samo co chrześcijańska apofatyka, ale pewien schemat sie powtarza: milczenie jako bramka do głębszego poznania. Czysta energia tego wyciszenia jest cos wyczuwalnego nawet w praktyce, nie tylko w teorii
Weszłam tu trochę przypadkowo szukając czego innego, ale zostałam, bo temat mnie wciągnął. Mam pytanie, morze naiwne: ta apofatyczna "cisza" o której mówicie - czy to jest cos co można po prostu usiąść i spróbować, czy to jest coś co wymaga lat ćwiczeń? Bo ja medytuję od jakiegoś czasu, ale nigdy nie myślałam o tym w takim kontekście. Zazwyzcaj skupiam się na czakrach albo wizualizacji, co zdaje się jest raczej katafatyczne jak teraz rozumiem?
Ok, tylko że chwila, bo mam wrażenie ze ta rozmowa sie robi coraz bardziej abstrakcyjna. konkretnie: czy ktoś to praktykuje na co dzień i widzi jakiś efekt? Bo teoria teorią, Eckhart Eckhartem, ale co to daje w realu? Siedze, milcze, nie opisuje Boga, i co? Stan sie zmienia? Świadomość sie rozszerza? Pytam serio, nie ironicznie.
Powiem szczerze, jetem sceptyczny wobec zbyt szybkiego łączenia doświadczeń medytacyjnych czy sennych z apofatyką jako nurem teologicznym. To troche jak powiedzieć "miałem migrenę, więc rozumiem satori". Apofatyka ma konkretny kontekst intelektualny i teologiczny, wyrastał z określonych tradycji, przez konkretnych myślicieli. Doświadczenie "czegoś bez formy" w śnie czy medytacji jest szerokie i moze miec sto różnych wyjaśnień, niekoniecznie mistycznych. Nie mówię, ze te doświadczenia sa nieważne. Mówię, ze żonglowanie pojęciami z różnych systemów robi bałagan i kazdy zaczyna myśleć że "jego" ciemność jest tym samym co ciemność Mistrza Eckharta.
O, to "neti neti" z hinduizmu to mój ulubiony koncept! Nie wiedziałam, że to jest to samo co apofatyka, myślałam że to cos tylko z jogi i advaity. Czy ktoś moze powiedzieć więcej jak to wygląda w praktyce w tradycji wedyjskiej? Bo ja to znam głównie z jakichś kursów online o samorozwoju, gdzie mówili żeby odrzucać to co "nie jest mną", żeby dojść do prawdziwego Ja. Czy to jest apofatyczna ścieżka?
Bo ja to "neti neti" kojarzę głównie z takim powtarzaniem w kółko "nie to, nie to" aż zostaje samo Atman albo Brahman. 😀 Ale jak to wygląda naprawdę w siedzeniu do medytacji? Czy ktoś to robił praktycznie? Bo mi się wydaje że to by mogło być strasznie frustrujące - siadasz, coś czujesz, mówisz sobie "nie, to nie to" i co dalej?
ok ale panowie, ja sie gubię kompletnie. Katz, Forman, Ramana... czy to jest forum o praktyce czy o filozofii religii? Ktoś tu w ogóle siedzi i milczy regularnie czy tylko czyta książki o milczeniu? 🙂 Bo ja próbowałem kilka razy siedzieć bez żadnej techniki, bez wizualizacji, bez mantry, po prostu patrzeć w ścianę i... jest main problem, mam głowę pełną myśli i nie wiem czy "puszczać" czy "nie puszczać". Apofatyka mi tu nic nie pomaga praktycznie
Zawracam do tej debaty Katz vs Forman bo mnie to bardziej kręci niż techniki oddechowe. 🙁 Zastanawiam sie czy te dwa stanowiska da sie w ogóle pogodzić. Może to zalezy od tego CO porównujemy. Tradycje mogą sie różnić w interpretacji i kontekście, a mimo to struktura doświadczenia może być podobna. Tak jak sen o lataniu ma inne znaczenie w różnych kulturach ale latanie we śnie jest jednak lataniem. Nie wiem, może to naiwne porównanie
Czytam to wszystko od ładnych paru postów i mam takie wrażenie, ze wlasnie rozmawiamy o czymś co z samej definicji wymyka się rozmowie, i jakoś to jest i śmieszne i piękne jednocześnie. 🙂 Jak próbujemy opisać co to znaczy nie opisywać. no i wlasnie to "nie możesz opisać Tao" z Tao Te Ching to chyba najkrótsza wersja tego całego problemu jaka istnieje, prawda? Pierwsze zdanie, pierwsza linijka, i juz po wszystkim.
ok, wskocze z glupim pytaniem ale nie rozumiem - co to jest ten Pseudo-Dionizy? Pseudo znaczy fałszywy? To nieautentyczny autor czy co? I czy te jego pisma sa ważne w jakiejś tradycji na serio czy to jakiś margines?
no właśnie o to mi chodziło od początku! bo jak mam siedzieć w ciszy i "odpadać" to czego się trzymam zeby nie odlecieć gdzieś kompletnie? 😀 jakiś punkt odniesienia musi być chyba
hej, zaglądam tu od dłuższego czasu i mam takie głupie pytanie, czy to wogóle jest bezpieczne? bo piszecie o wyczerpaniu symbolu, odpadaniu warstw, przekraczaniu języka... a co jeśli ktoś to zrobi i sie zagubi? bez tradycji, bez mistrza? pytam serio bo mam wrażenie ze to brzmi troche jak coś co może pojechać nie tam gdzie chcemy
Chcę odpowiedzieć Wincentynie bo jej pytanie mi utkwiło - czy apofatyka ma sens bez doktrynalnego zaplecza. Myślę że tak, ale wtedy zmienia nazwę. Staje się po prostu uważnością wobec tego czego nie wiemy. Dziecko które siedzi i patrzy w niebo pytając "ale skąd to wszystko" robi coś apofatycznego zanim jeszcze zna to słowo. Tradycja daje temu język, strukturę i bezpieczeństwo. Ale impuls jest wcześniejszy niż każda tradycja.
ale czekajcie, to może kryterium sukcesu nie jest tu potrzebne? 🙂 może właśnie o to chodzi żeby nie oceniać czy "dobrze siedzę"? bo jak tylko zaczniesz oceniać to wychodzisz z tego stanu. to by tłumaczyło czemu to jest takie trudne do opisania
no właśnie, to jest problem ktory mam z medytacją w ogóle. siedzę, próbuje "nie myśleć" albo "obserwować myśli" i po chwili myślę o tym czy dobrze to robie. i nie mam pewności czy to błąd czy to właśnie ta praktyka. ktoś mi kiedyś powie jak to ma w ogóle wyglądać??
moim zdaniem to jest dlatego ze apofatyka działa na poziomie energetycznym, nie intelektualnym. jak masz odpoiednie kamienie do medytacji - na przykład labradoryt albo charoit - i ustawiasz intencję na "ciszę" to te kamienie same pomagają wejść w stan. nie musisz wtedy "wiedziec" czy dobrze robisz bo ciało to czuje. sprawdzone
