Jola, to naprawdę dobre pytanie i dobrze że je zadałaś, bo zauważam że cała rozmowa kręci się wokół symboliki, a rzadko dochodzimy do tego co się dzieje w ciele i przestrzeni rytuału. W tradycjach inicjacyjnych które znam ten moment płynności jest wywoływany bardzo różnymi technikami, ale mają wspólną logikę: najpierw rozbicie struktury, potem zatrzymanie, potem cisza, a dopiero potem nowa forma się krystalizuje. W praktyce Eleuzis - o ile możemy wnioskować z fragmentów - był to post, ciemność, wstrząs rytmiczny i prawdopodobnie substancja kykeon. W szamanizmie syberyjskim: izolacja, głodzenie, bębnienie. W Candomblé: rekolekty, białe szaty, zakaz mówienia. Wspólny mianownik to pozbawienie zmysłów normalnego zakotwiczenia. Ciało musi stracić pewność co do swoich granic żeby mógł się otworzyć ten kanał. Czy to jednak odpowiada na twoje pytanie? Bo wydaje mi się że pytałaś o coś bardziej konkretnego - czy jest jeden moment, jeden gest, jedna praktyka?
Tak, pytałam właśnie o to. Bo jak słucham opisu tych wszystkich tradycji, to brzmi jakby każda miała swój własny klucz - post tu, ciemność tam, bębnienie gdzie indziej - i zastanawiam się czy to są wymienne klucze do tych samych drzwi, czy każde drzwi mają tylko jeden klucz. Innymi słowy: czy jeśli pracuję w jednej tradycji i robię jej rytuały porządnie, to czy mam dostęp do tego samego miejsca co szaman który głoduje w jaskini?
To co Martusia napisała o rozpoznaniu retrospektywnym - to jest coś co ja przeżyłam i dopiero teraz, po czasie, rozumiem że to był właśnie taki moment. Ale w trakcie tego nie wiedziałam absolutnie nic. Byłam zdezorientowana, bałam się, myślałam że coś jest ze mną nie tak. Czy to normalne że prawdziwa przemiana wygląda z zewnątrz jak coś złego?
To jest przerażające i jednocześnie jakoś uspokajające. Czy jest jakiś sposób żeby w trakcie takiego momentu - kiedy wygląda jak katastrofa - wiedzieć że to nie jest po prostu katastrofa? Pytam serio, bez ironii.
Wróćmy może do bogów bo trochę odpłynęliśmy - chciałam zapytać o samą przemianę form boskich, bo zaczęliśmy od tego. Czy jest jakiś mit w którym bóg przechodzi przemianę i ona się nie udaje? Bo zawsze słyszę o udanych metamorfozach - Odyn wraca z wiedzą, Ozyrys zostaje złożony z powrotem, Dionizos się odrodzi. A czy jest coś o tym że przemiana może się nie powieść nawet dla bóstwa?
Balbinka, to bardzo dobre pytanie i jest na nie odpowiedź - ale nie jest przyjemna. Eurydike jako 'nieudana' inicjacja w micie orfickim. Orfeusz wychodzi z Hadesu, ona prawie - i wtedy on się odwraca. Interpretacja orficka mówi że to jest właśnie błąd inicjacyjny: nie można patrzeć wstecz na stary świat zanim nowa forma jest zakończona. Ale ważniejszy przykład to Baldur - bóg który umiera i nie wraca, przynajmniej nie w tej erze świata. Ragnarok jest granicą nawet dla bogów. Więc tak, mitologia zna przemiany nieudane, nieodwracalne, nie-do-powrotu.
Baldur to ciekawy przypadek bo astrологicznie odpowiadałby Słońcu w opozycji do Plutona bez żadnego aspektu łagodzącego - taka konfiguracja to właśnie 'wyjście bez powrotu'. Ale mam pytanie o samego Orfeusza - on nie przeszedł przez inicjację, czy przeszedł przez przemianę? Bo wrócił z Hadesu, ale czy wrócił inny? Mam wrażenie że nie, że właśnie na tym polega jego tragedia - że był w najgłębszym miejscu i nie dał się zmienić.
Może to głupie pytanie ale jak wy w ogóle wiecie kiedy jesteście po przemianie? Znaczy - jest jakiś znak zewnętrzny, coś co widać? Bo słucham tej rozmowy i wszystko jest bardzo wewnętrzne i subiektywne i zastanawiam się czy jest cokolwiek co można zaobserwować z zewnątrz że ktoś przeszedł przez taką inicjację.
Ta kwestia czasu którą Celestynka poruszyła - to mnie trafia. Pamiętam że po jednym z moich bardziej intensywnych rytułów przez kilka tygodni miałam takie poczucie że przeszłość jest mniej realna niż zwykle, jakby była za szybą. Martusia, czy runy mają coś na określenie tego stanu? Bo szukam jakiegoś języka żeby to opisać i żaden który znam nie do końca pasuje.
Wracam do pytania Balbinki o nieudane metamorfozy, bo wątek Orfeusza i Eurydyki jest ważny, ale jest jeszcze jeden mit który chcę wrzucić - Akteon. Artemida przemienia go w jelenia za to że ją zobaczył podczas kąpieli. On przechodzi metamorfozę, ale nie wtajemniczenie - i to jest właśnie różnica. Metamorfoza bez świadomej zgody to nie inicjacja, to kara. Akteon ginie rozszarpany przez własne psy. Więc może należy rozróżnić dwa rodzaje przemian boskich: te które bóstwo przechodzi samo z własnej woli, i te które bóstwo zadaje komuś innemu. I tylko ten pierwszy typ jest inicjacyjny w głębokim sensie.
To rozróżnienie jest bardzo ostre i podoba mi się, ale chcę je podważyć. Bo co z mitem o Io - Zeus przemienia ją w krowę, żeby ją chronić przed Herą. Io nie wyrażała zgody, ale przemiana miała cel inny niż kara, miała ją ocalić. I Io ostatecznie odzyskuje formę. Czy to jest inicjacja przez pośrednika, czy coś zupełnie innego? I czy to że ktoś 'chciał dobrze' zmienia charakter przemiany?
Ta rozmowa o zgodzie na przemianę - to jest coś co w Candomblé jest centralnym pytaniem. Podczas inicjacji orisza 'siada' na głowie i zmienia osobę. Ktoś z zewnątrz mógłby powiedzieć że to przemiana bez zgody. Ale w Candomblé mówi się że zgoda jest dana zanim ktokolwiek o niej wie - że orisza wybiera głowę jeszcze przed urodzeniem. Więc pytanie o zgodę jest tam postawione inaczej: nie 'czy chcesz' ale 'czy rozpoznajesz to co już jest'. Czy to ma sens w kontekście tego co mówi Nocnica?
Mam pytanie może z innej strony - mówiliście dużo o bógach co się przemieniają i o ludziach co przechodzą inicjacje, ale czy jest jakaś tradycja gdzie to człowiek jako inicjowany dosłownie 'staje się' bogiem albo chociaż jego częścią? Bo mam wrażenie że te dwie rzeczy - przemiana bóstwa i przemiana człowieka - traktujemy osobno, a może gdzieś się łączą?
Labradoryt dotknęła czegoś centralnego. W tradycji teururgicznej - neoplatońskiej i hermetycznej - to rozróżnienie jest bardzo precyzyjne. 'Odbieranie mocy' to theurgeia na niższym poziomie, praca z atrybutami bóstwa. 'Stawanie się' to henosis - zjednoczenie. I to drugie nie jest przechwyceniem, to jest roztopienie. Ale jest jeszcze trzecia opcja, która jest chyba najciekawsza: katochē, czyli 'bycie trzymanym przez bóstwo'. Nie ty stajesz się bogiem, nie bóg staje się tobą - bóstwo cię trzyma i mówi przez ciebie. I to jest właśnie to co opisuje Domicela w kontekście orisza.
Tak, katochē to jest dobre słowo. W Candomblé mówi się że orisza 'montuje' na głowie - i to jest właśnie ten rodzaj trzymania. Ale jest jedna różnica którą chcę zaznaczyć: w katochē greckich wyroczni - o ile dobrze rozumiem - osoba pamiętała po? Bo w Candomblé osoba inicjowana zazwyczaj nie pamięta co się działo kiedy orisza był obecny. Czy to zmienia charakter przemiany?
To pytanie o pamięć jest kluczowe i pojawia się w bardzo różnych kontekstach. W transie dionizyjskim też opisywano amnezję - menady nie pamiętały co robiły. Ale w tradycji delphickiej Pytia, z tego co się zachowało, działała w stanie który był bliższy jasnowidzeniu niż całkowitemu transu. Więc nawet wewnątrz greckiego świata to nie było jednolite. Mam pytanie do Nocnicy: czy w hermetyzmie jest jakiś komentarz na temat tego czy pamięć jest potrzebna do tego żeby przemiana była 'prawdziwa'?
Ten 'odcisk w charakterze' - to jest coś co można zobaczyć energetycznie. Pracując z ludźmi po głębokich doświadczeniach inicjacyjnych, niezależnie od tradycji, często widzę że pole aury jest przestrukturyzowane, nie tylko 'inaczej naładowane'. Jakby były nowe linie organizacyjne. Ale mam pytanie które mnie nurtuje w kontekście całej tej rozmowy o pamięci i przemianie: czy są tradycje gdzie inicjacja wymaga świadomego przeżycia każdego kroku? Bo wydaje mi się że większość co tu opisujemy to inicjacje przez zaciemnienie świadomości.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam pytanie może trochę z boku - mówicie o inicjacjach i przemianach jako o czymś co przydarza się raz, albo kilka razy. Ale czy jest jakaś tradycja która mówi że przemiana jest ciągła, że nigdy nie ma punktu gdzie 'już przeszłam' i teraz jestem po drugiej stronie?
To co Martusia powiedziała o spirali - że zaczynasz od nowa ale na innym poziomie - to mnie uderzyło bo właśnie tak to czuję i trochę mnie to przerażało. Myślałam że coś robię źle skoro ciągle jestem 'w trakcie'. Ale jeśli to jest wbudowane w samą strukturę drogi, to może to poczucie wiecznego nieukończenia jest właśnie oznaką że coś się dzieje, a nie że stoję w miejscu?
Chcę wejść w to co Martusia powiedziała o spirali i zadać może trudniejsze pytanie. Bo jeśli przemiana jest ciągła i nigdy nie ma punktu 'gotowe' - to po co w ogóle mówić o 'metamorfozie'? Metamorfoza ma swój kształt: jest przed i jest po. Motylek nie jest w ciągłej metamorfozie, on w pewnym momencie wylatuje. Czy te tradycje które mówią o ciągłości nie gubią właśnie tego co jest istotą przemiany - czyli punktu przełomu?
Wracam do wątku który wisiał wcześniej, bo Labradoryt pytała o różnicę między 'odbieraniem mocy' a 'stawaniem się' - i ta rozmowa o ciągłości versus punkt przełomu to jest właśnie ta sama kwestia widziana od innej strony. W tradycji neoplatońskiej metamorfoza bóstwa - Proteusz, Dionizos przemieniający się w różne zwierzęta podczas porwania przez piratów - nie jest pokazem siły ani karą. To jest demonstracja że bóstwo nie jest przykute do jednej formy, że jego natura jest ponad formą. I inicjacja to nauka tego samego o sobie.
Ale chwila - mówisz że bóstwo jest 'ponad formą'. To czy w ogóle ma sens mówić o 'metamorfozie bóstwa'? Bo metamorfoza zakłada że coś się zmienia, a jeśli bóstwo nie jest przykute do formy to ono się nie zmienia, tylko pokazuje kolejną twarz. To nie jest to samo co przemiana, prawda?
To co Domicela opisuje o 'ustawieniu' jest czymś co widzę w polu bioenergii. Osoby po głębokich inicjacjach mają inaczej zorganizowaną strukturę czakry korony i czakry splotu słonecznego - nie mocniejsze, ale bardziej koherentne. Jakby zaszumiały sygnały zaczęły nadawać na jednej częstotliwości. Ciekawe czy to 'ustawienie' poprzedza przemianę czy jest jej wynikiem.
Słucham tego i myślę o aspektach Plutona tranzytem przez znaki - bo to jest astrologically dokładnie ten obraz. Pluton nie zmienia cię seryjnie, najpierw tu potem tam. On działa na wszystko naraz i przez lata, i nie możesz wskazać jednego momentu 'aha, to tu nastąpiła przemiana'. Dopiero z perspektywy kilku lat widzisz że coś co było twoim centrum już nim nie jest.
Przepraszam że wchodzę bo może moje pytanie jest z innej beczki - ale czy te inicjacje i przemiany o których mówicie to są rzeczy które przytrafiają się tylko jak ktoś aktywnie praktykuje? Czy może przydarzyć się komuś 'zwykłemu'? Pytam bo miałam w życiu moment który z zewnątrz był bardzo trudny i po nim byłam kompletnie inną osobą, ale nie robiłam żadnych rytuałów ani nic.
To jest właśnie moje pytanie - bo ja nigdy nic nie praktykowałam świadomie. Nie robiłam żadnych rytuałów, nie medytowałam, nie znałam się na runach ani tarocie. A mimo to miałam w życiu moment, który pasuje do wszystkiego co tu opisujecie. Straciłam pracę, związek i mieszkanie w ciągu trzech miesięcy i kiedy to minęło, czułam że jestem zupełnie inną osobą. Jakby ta dawna ja przestała istnieć. Czy to jest ten 'moment Wieży' o którym mówi Kasandra?
To co Terenia opisuje jest klasycznym wzorcem katabazy - zejścia, które jest jednocześnie oczyszczeniem. W tradycjach misteryjnych nie trzeba było wiedzieć co się dzieje, żeby przejście było prawdziwe. Demeter nie pytała Persefony o zgodę. Dionizos rozrywał swoich wyznawców zanim ich scalił. Wtajemniczenie przez życie jest starsze niż wtajemniczenie przez rytuał. Martusia, czy w runach jest odpowiednik tej 'nieświadomej inicjacji' - ktoś kto przeszedł przez Hagalaz bez intencji?
