Ibn Arabi to jest naprawdę mocne wejście w ten temat. On pisał o wahdat al-wudżud, jedności bytu, gdzie wszystko co istnieje jest manifestacją jednej rzeczywistości. To jest prawie panpsychizm w islamskim opakowaniu. Ciekawe, że to powstało w tej samej tradycji, która miała mutazylitów - jakby jedno drugiemu kontrbalansowało.
Ibn Arabi był atakowany, owszem - Ibn Tajmijja go zwalczał dość ostro. Ale to pokazuje coś ważnego: Islam nie jest monolitem i nigdy nie był. Masz mutazylitów z ich racjonalizmem, ash'arytów z ich teologią woli Bożej, sufich z panteizmem i filozofów perypatetycznych. To jest pole napięć, nie jeden głos. Pytanie o duszę bytów miało tam wiele odpowiedzi naraz.
A właśnie - czy ktoś wie, jak konkretnie Awicenna rozwiązał problem duszy roślin i zwierząt? Paulinka57 wspominała wcześniej, że miał rozbudowaną psychologię. Czy on uważał, że roślina ma coś w rodzaju duszy wegetatywnej w sensie arystotelesowskim, czy poszedł dalej?
To jest naprawdę ciekawe pytanie, bo jeśli świadomość siebie jest kryterium wyższego rodzaju duszy, to gdzie postawimy granicę? Delfiny rozpoznają się w lustrze. Szympansy planują przyszłość. Ośmiornice rozwiązują problemy. Czy Awicenna miałby z nimi problem klasyfikacyjny?
Kamienie w litoterapii to jest inny typ argumentu i nie mieszałabym go z metafizyką Awicenny, bo działamy wtedy na różnych poziomach opisu. Ale masz rację w tym sensie, że zachodnia filozofia uzależniła duszę od rozumu, a to jest bardzo specyficzny wybór kulturowy. W tradycji Wschodu - czy to buddyzm, czy tantryzm - życie i świadomość są na spektrum, nie na drabinie.
Właśnie to spektrum kontra drabina jest dla mnie kluczem do całego wątku. Mutazylici, kaliame i filozofia arabska generalnie ciążyły ku drabinie - coraz wyższe stopnie doskonałości, Bóg na szczycie, materia na dole. A tradycje, które Dziedzilia opisuje, albo Ibn Arabi, albo buddyzm - one proponują spektrum lub sieć. I to ma realne konsekwencje etyczne, o których mówiła wcześniej Blanka. Czy hierarchia duszy zawsze idzie w parze z hierarchią etyczną? Czy można mieć jedną bez drugiej?
to jest naprawdę dobre pytanie, bo chrześcijański tomizm ma wyraźną hierarchię bytów - Bóg, anioły, człowiek, zwierzęta, rośliny, minerały - a jednocześnie Franciszek z Asyżu śpiewał pochwałę brata słońca i siostry wody. Hierarchia metafizyczna niekoniecznie oznacza brak szacunku do niższych bytów. Może to dwie niezależne osie?
I tu wracamy do punktu wyjścia tego wątku, bo 'panowanie nad stworzeniem' to jest chyba najbardziej donośna doktrynalna odpowiedź na pytanie 'czy inne byty mają duszę równą ludzkiej'. Nie - i masz nad nimi władzę. Versus animizm: tak - i musisz prosić o zgodę. To są dwa kompletnie różne światy etyczne wyrastające z jednej metafizycznej decyzji o duszy.
Ale czy ta animistyczna zgoda nie jest też trochę projekcją? Pytam szczerze, bo widzę, że szaman prosi ducha lasu o pozwolenie, a las nie odpowiada w sposób weryfikowalny. Skąd szaman wie, że dostał zgodę? I czy tu nie wracamy do pytania Ksiezycnej - czy to my przypisujemy duszę bytom, żeby móc z nimi wchodzić w relację, którą sami potrzebujemy?
Dobra, ale to prowadzi do kolejnego pytania - jeśli dusza bytu manifestuje się przez jego 'stan', to czy minerały też mają taki stan? Kamień nie pachnie po deszczu inaczej w zależności od nastroju. Albo może mamy zbyt wąskie pojęcie tego, czym jest 'stan'?
Właśnie! W litoterapii pracujemy z tym, że kamień ma jakąś energię, która jest odbierana - nie słowami, nie zapachem, ale odczuciem podczas trzymania. Nie wiem, czy to dusza, ale coś tam jest. Chociaż rozumiem, że to brzmi mało przekonująco dla kogoś, kto tego nie czuł.
Mam pytanie do Paulinki - skoro Awicenna mówił o formie jako czymś niezależnym od duszy, to czy forma po śmierci rośliny albo zwierzęcia trwa? Znaczy, czy suche ziele ma jeszcze tę 'formę wegetatywną', czy ona ginie razem z życiem? Bo to by miało ogromne znaczenie dla rozumienia relikwii, amuletów, zielarszczyzny...
Właśnie to rozgraniczenie między filozofią a tradycją jest kluczowe. W chrześcijańskiej teologii relikwii jest założenie, że świętość nie jest formą w sensie arystotelesowskim, ale łaską - a łaska może niejako naznaczać materię. Dlatego kości świętego mają moc, choć biologicznie są tylko hydroksyapatytem. To jest zupełnie inny model niż Awicenna i zupełnie inny niż animizm.
To mi otwiera nowy kąt w tym temacie - mamy więc co najmniej trzy modele. Animistyczny: dusza jest relacyjna i nie umiera z ciałem. Awicenniański: dusza to forma, więc obumiera razem z formą. I teologiczny: dusza to łaska, która może trwać w materii niezależnie od życia biologicznego. I teraz pytanie - który z tych modeli najbardziej zbliża się do odpowiedzi na tytuł wątku? Czy wszystkie byty mają duszę?
Dla mnie odpowiedź zależy od tego, jaką definicję duszy przyjmiesz na wejście. Jeśli dusza to zdolność do relacji - to tak, wszystko ma duszę, nawet kamień. Jeśli dusza to forma organizująca życie - to tylko żyjące byty. Jeśli dusza to łaska od Boga - to może tylko te, którym Bóg ją nadał. Może ten wątek jest nierozstrzygalny bez ustalenia definicji?
Przepraszam, że wchodzę z prostym pytaniem w środku takiej dyskusji, ale chciałam zapytać - czy w hinduizmie to też jest tak zróżnicowane? Bo słyszałam, że dżinizm traktuje duszę nawet w kamieniu poważnie, ale nie wiem, czy to jest wyjątek, czy reguła w religiach indyjskich.
Mam wrażenie, że dżinizm i animizm syberyjski - mimo że kulturowo zupełnie odległe - dochodzą do podobnej odpowiedzi przez zupełnie inną drogę. Dżinizm przez bardzo precyzyjną filozofię ontologiczną, animizm przez bezpośrednie doświadczenie relacji ze środowiskiem. Czy to zbieżność przypadkowa, czy może jest jakiś wspólny ludzki odruch, żeby nie traktować świata jako martwej materii?
No ale Lidzia, mam z tym problem. Mówisz, że animizm to domyślny tryb percepcji - ale skąd ten wniosek? Bo jest starszy? Starsze nie znaczy pierwotniejsze w sensie 'bliższe prawdzie'. Mutazylici nie racjonalizowali dla zabawy, tylko dlatego, że mieli konkretne powody teologiczne, żeby pytać, czy Bóg może tworzyć coś niespójnego logicznie. To był projekt filozoficzny z własną logiką, nie regres.
Ciekawe, że wchodzi Piaget, bo on właśnie animizm dziecięcy traktował jako etap, który trzeba przerosnąć. Ale są antropolodzy - Hallowell na przykład - którzy badali Odżibwejów i twierdzili, że ich animizm to nie jest projekcja dziecięca, tylko rozbudowana epistemologia relacyjna. Pytanie, które mi się nasuwa: czy to zmienia coś w tym, jak rozumiemy pytanie z tytułu wątku? Bo jeśli dusza to relacja, a nie substancja, to pytanie 'czy wszystkie byty mają duszę' zmienia sens.
Zatrzymuję się na tym kamieniu-osobie, bo coś mi tu nie gra. Jeśli kamień jest osobą tylko dlatego, że wspólnota mu tę rolę przypisuje - to czy dusza jest własnością kamienia, czy własnością relacji? Znaczy, czy kamień ma duszę sam w sobie, czy staje się bytem-z-duszą przez to, że ktoś z nim wchodzi w relację? To by oznaczało, że dusza jest współtworzona, nie dana.
To jest dla mnie kluczowe rozróżnienie w całej tej dyskusji. Dusza dana versus dusza współtworzona. I teraz mi się wydaje, że większość tradycji, o których rozmawiałyśmy, zakłada którąś z tych opcji bez jej nazwania. Dżinizm - dana, bo dżiwa jest w bycie niezależnie od relacji. Ibn Arabi - trochę obie, bo wszystko jest przejawem Jedności, ale przejawy są różne. Animizm relacyjny - raczej współtworzona. Czy ktoś zna tradycję, która to rozróżnienie explicite artykułuje?
W numerologii mamy pojęcie liczby duszy, ale to jest kompletnie inne ujęcie - tam dusza to jakość wibracyjna bytu, nie relacja ani forma. Nie wiem, czy to odpowiada na Caroletty pytanie, ale zwracam uwagę, że to kolejne zupełnie inne rozumienie. Liczba jest dana, ale wyraża się przez relacje z innymi liczbami. Może to jest pośrednia pozycja?
Słucham tej dyskusji i myślę o swojej pracy z kamieniami. Kiedy trzymam turmalin albo ametyst, naprawdę czuję coś innego w zależności od kamienia. Blanka pytała, czy to moja dusza projketuje czy kamień coś ma. Szczerze - nie wiem. Ale z praktycznego punktu widzenia efekt jest realny. Czy to zmienia coś w filozoficznej kwestii?
Mam problem z tym uproszczeniem. Jeśli powiemy, że dusza to 'skrót dla czegoś, co działa', to pozbywamy się ontologii i zostajemy z pragmatyzmem. A to nie jest neutralna pozycja - to jest konkretna filozofia. Tradycje mistyczne nie mówią, że dusza działa, one mówią, że dusza jest. To różnica fundamentalna i nie chciałabym, żebyśmy ją zgubili w tej dyskusji.
Wchodzę z boku, bo cały ten wątek o kamieniach i relacjach bardzo mi bliski. W praktyce rytualnej, kiedy poświęcasz przedmiot, robisz dokładnie to, o czym mówił Boleslaw - wchodzisz w relację z bytem, który dotąd był neutralny. I po rytuale ten przedmiot naprawdę zachowuje się inaczej, przynajmniej w moim doświadczeniu. Czy to znaczy, że nadałam mu duszę? Czy wydobyłam to, co już tam było?
Właśnie to pytanie Dziedzilii wydaje mi się pięknym streszczeniem całego wątku. Nadać versus wydobyć - to jest ta sama oś, co dusza współtworzona versus dusza dana. I zastanawiam się, czy odpowiedź nie zależy od tego, co zakładamy o naturze rytuału. Jeśli rytuał tworzy rzeczywistość - nadajesz. Jeśli rytuał odsłania rzeczywistość - wydobywasz.
A w Ibn Arabiego wahdat al-wudżud - które z tych dwóch by to było? Bo jeśli wszystko jest już przejawem Jedności, to chyba nie możesz nic nadać, możesz tylko odsłonić? Czy się mylę?
