Ostatnio wróciłem do tematu, ktory od dawna leży mi na sercu, mianowicie zamawiania, czyli tej słowiańskiej praktyki polegającej na wyprzedzającym "rezerwowaniu" przychylności określonych duchów czy mocy zanim jeszcze cokolwiek się wydarzy. I tu pojawia się pytanie które mnie trapi: czy możemy w ogóle mówić o jakichś limitach w tym kontekście? Bo z jednej strony źródła etnograficzne sugerują, że zamawiaczki miały bardzo precyzyjne wyczucie tego, kiedy i ile można prosić - jakby istniał jakis niepisany budżet energetyczny. Z drugiej strony współczesne praktyczki twierdzą, że to tylko kwestia własnych sił. Ktoś miał do czynienia z tym tematem głębiej? Nie mówię o teoretycznym czytaniu, tylko o realnej praktyce.
Temat akurat w punkt. Ja się tym zajmowałem przy okazji pracy z runami i doszedłem do podobnego wniosku - jest coś w tym że stare systemy miały wbudowane hamulce. W praktyce runicznych galdrów też widać coś podobnego: nie wywołujesz siły ot tak, jest pewna zasada wzajemności. Nazywam to umownie "pułapem" - do pewnego poziomu prośby duchy czy archetypy chętnie współpracują, wyżej zaczynają się problemy. Zastanawiam się czy to kwestia energii samego zamawiającego czy czegoś zewnętrznego ale intuicyjnie czuję że oba.
A mi się kojarzy to z czymś co opisywała mi babcia - ona nie nazywała tego "zamawianiem" ale mówiła, ze "nie wolno brać za duzo na raz". chodziło o prośby do świętych, ale de facto mechanizm ten sam. Miała taką praktykę, ze przed każdą poważną prośbą "oddawała" cos symbolicznego. Czy to nie jest właśnie ta sama logika limitów energetycznych tylko ubrana w inny strój??
Zatrzymajmy sie chwilę, bo tu mieszamy ze sobą kilka różnych rzeczy. "Zamawianie" w tradycji słowiańskiej to konkretna technika - formuła słowna skierowana do określonej siły, z konkretnym celem, zazwyczaj ochronnym albo leczniczym. To nie jest to samo co ogólne "rezerwowanie sobie przychylności" duchów na przyszłość. Czy ktoś może mi wskazać konkretne źródło, gdzie ta "rezerwacja z wyprzedzeniem" jest opisana jako odrębna technika? Bo jeśli tak jak Aurelek opisuje, to brzmi trochę jak współczesna reinterpretacja.
hmm, o matko, to znaczy że te duchy można stracić przez zaniedbanie?? i trzeba zaczynać od zera? to trochę stresujące szczerze mówiąc
a jeśli ktoś nie zna formuły zamykającej i zaczął coś robić bez wiedzy że ona istnieje? to co wtedy? czy to jest niebezpieczne czy raczej po prostu nie działa?
a to zbiegi okolicznosci po niedomknietym rytuale mogą trwać długo? pytam bo miałam ostatnio taką serię dziwnych sytuacji i zastanawiam się a nie jest czasem tak, ze to przypadkiem wlasnie cos takiego. tyle ze ja nic świadomie nie robiłam, przyajmniej nie sądzę.
wlasnie to mi wydaje się najbardziej prawdopodobne że chodzi o energię samego człowieka a nie o jakiś obiektywny limit narzucony z zewnątrz. Trochę jak z koncentracją przy nauce, mozna skupic sie dobrze na kilku rzeczach ale jak za dużo na raz to wszystko sie rozmywa. Choc trudno mi ocenić czy to trafne porównanie. tak mi się nasunęło
To są dwa różne modele i nie da się ich rozstrzygnąć bez przyjęcia jakichś założeń o naturze tych sił. Jeśli duchy czy moce są bytami autonomicznymi - mają własne intencje, możliwości, priorytety - to limit może leżeć po ich stronie, nie po naszej. Jeśli to są projekcje naszej własnej psychiki albo energii, to naturalnie limit jest wewnętrzny. Stare tradycje często zakładały to pierwsze, współczesna magia ceremonialnonowa skłania się ku drugiemu. Która opcja jest "prawdziwsza"? Nie wiem i nikt nie wie ale to ma znaczenie praktyczne bo od odpowiedzi zależy jak się zachowujesz w rytuałach.
no właśnie fazy księżyca to bym też chciał wiedzieć bo przy pracy z kamieniami zawsze biorę to pod uwagę i zastanawia mnie czy ten sam kalendarz ma zastosowanie przy zamawianiu. 😀 Czy ktos łączył te dwie praktyki?
Wracając do pytania Mirka bo mi wydaje się że nikt konkretnie nie odpowiedział - to co opisuję jako rezerwowanie to nie jest jednorazowy akt. To jest raczej proces, który wymaga regularnego podtrzymywania, ale NIE codziennego. W materiałach ktore mam dostęp do, zamawiaczki miały coś w rodzaju stałego harmonogramu - pewne dni tygodnia, pewne pory roku kiedy relacja była "odświeżana". Ciekawe czy to dobra analogia ale troche jak subskrypcja. Nie płacisz raz na zawwsze, ale nie płacisz też co minutę.
ale chwila, tu piszecie o harmonogramie i rytmie i wyczuwaniu intuicyjnie - to ile to trwa zanim człowiek "wyczuje"?? 🙂 bo jak czytam tę dyskusję to wynika z niej że to lata pracy zanim w ogóle coś zaczyna działać normalnie. to dla kogoś kto zaczyna jest totalnie nierealne
