Zaczęłam ostatnio znów wracać do tematu, ktory kiedyś traktowałam czysto intuicyjnie, a teraz widzę w nim znacznie więcej warstw. Chodzi mi o spowiedź jako akt duchowej transformacji, nie w sensie kościelnym, religijnym obrządku, ale jako pewien wewnętrzny mechanizm, ktory pojawia się w bardzo wielu tradycjach. W katolicyzmie mamy sakrament pokuty, w sufizmie jest cos w rodzaju wewnętrznego rachunku z własną duszą, w buddyzmie therawady jest pratimoksha i publiczne wyznanie przewinień, u szamanów syberyjskich spotkałam opisy rytualnego "odkrywania się" przed duchem opiekuńczym, zeby oczyszczenie w ogóle mogło zadziałać. Wszędzie jest ten sam rdzeń: zeby cos się zmieniło w środku, najpierw trzeba to nazwać na głos albo przynajmniej przed sobą. ciekawi mnie jak wy to widzicie, bo mam wrażenie ze to jeden z tych motywów które naprawde łączą wszystkie drogi a nie dzielą.
no, o, świetny temat! Mam to akurat porównywane w notatach. W tradycji hermetycznej jest pojęcie "exomologesis", czyli wyznania przed sobą i przed zasadą wyższą jednocześnie. Neoplatonicy traktowali to jako konieczny warunek przed każdym prawdziwym wtajemniczeniem. Bez rozliczenia z własną ciemnością dusza po prostu nie mogła przyjąć wyższego światła, jakby była zatłoczona. Bardzo podobnie działa to w kabale przy pracy z sefirą Binah, chociaz tam jest to bardziej zrozumienie niz wyznanie w sensie słownym. Ale efekt ten sam: coś sie otwiera po tym akcie.
Trochę inaczej to widzę. Praktykuję medytację od kilku lat i robiłem takie ćwiczenia wewnętrzne, nazwijmy to przeglądem sumienia ale bez żadnego formatu religijnego. i efekty były realne, zmiana była realna. Więc pytam: czy ten akt musi byc jakoś sformatowany tradycją? Czy wystarczy że jest szczery? Bo mam wrażenie ze forma jest wtórna wobec intencji.
no nie wiem, dobra, to jest uczciwa odpowiedź i właściwie się zgadzam. Bardziej chciałem powiedzieć ze samo słowo "transformacja" jest strasznie nadużywane w tych kręgach i zanim ktoś mi powie ze przeszedł transformację przez wyznanie, wolę wiedzieć co konkretnie sie zmieniło i jak długo to trwało.
Wybaczcie że wchodzę, bo mało znam temat ale czytam tu od jakiegoś czasu i mam pytanie. 🙁 Mówicie ze spowiedź albo wyznanie jest w wielu tradycjach, ok. Ale czy jest zawsze przed kimś? Znaczy czy zawsze musi być świadek, człowiek albo bóstwo? Czy może być tylko przed samym sobą? Bo te dwie rzeczy to chyba jednak trochę co innego.
Zastanawiam się czy to nie jest tak, że właśnie dlatego terapia działa, bo terapeuta pełni rolę tego świadka. Nie ocenia, jest obecny, przyjmuje. To jest może współczesna forma tej samej struktury, tylko bez sakralności. Albo z sakralnością innego rodzaju, bo obecność drugiego człowieka tez jest czymś, nie?
No ale wlasnie tu wchodzi ten ciekawy wątek bo jak się patrzy na różne tradycje to ta "wyższa instancja" bywa zupełnie różnie rozumiana. W katolicyzmie to Bóg osobowy, w buddyzmie to nie bóg żaden tylko prawo karmiczne, w szamanizmie to konkretne duchy z imionami i charakterami. A jednak mechanizm jest podobny. To sugeruje, ze to co robi tę robotę to może nie tyle konkretna teologia co sam akt zwrócenia się ku czemuś poza ego. Może chodzi o to wyjście poza siebie, a nie o to przed kim konkretnie. nie wiem czy dobrze to ujęłam
Czytam i trochę nie nadążam za wszystkim, ale interesuje mnie jedno: czy to wyznanie musi być pełne? Znaczy, czy jak ktos zatai przed sobą jakąś część, to cały mechanizm nie zadziała? Bo mi się wydaje że to trudne, żeby być do końca szczerym nawet ze sobą
Czytam Was od paru dni z lekkim sceptycyzmem, bo trochę mi to brzmi jak: wszystkie tradycje mówią to samo, bo my tak interpretujemy. 😉 Może jednak te różnice są ważne? W katolicyzmie spowiedź bez żalu za grzechy i postanowienia poprawy jest nieważna, to nie jest tylko forma. Jest w niej cały ładunek moralny i teologiczny, którego niema w runach ani w medytacji buddyjskiej. Czy nie spłaszczamy za bardzo różnych rzeczy szukając podobieństw?
No i właśnie, to jest ta różnica której tu trochę brakuje w rozmowie. 🙁 Mówicie o transformacji, ale każda tradycja ma też coś co można nazwać warunkami ważności tej transformacji. Katolicyzm ma żal i postanowienie poprawy, buddyzm ma intencję niezałatwiania tego samego błędu, szamanizm ma jakieś zobowiązanie wobec sił. To nie jest przypadkowe, wszystkie te warunki chronią przed tym samym zjawiskiem, czyli przed spowiedzią jako wyrzuceniem śmieci bez zmiany nawyku wyrzucania ich na podłogę. Więc pytanie do dyskusji: czy wyznanie bez zobowiązania do zmiany cokolwiek transformuje?
ten watek z warunkami ważności to naprawdę dobry trop. mam w notatkach że w zoroastrianizmie jest podobna struktura, wyznanie win to trzy etapy: rozpoznanie, wyznanie i zobowiązanie zwane patitwi. brak jednego z nich i cały akt jest niekompletny. co ciekawe, w tej tradycji niema pośrednika człowieka, masz do czynienia bezpośrednio z Ahura Mazdą, ale to nie upraszcza wymagań, raczej odwrotnie. zostawiam temat otwarty
miałem. jak pracuję sam na sam bez żadnej zewnętrznej struktury to jest coś co można nazwać ostrzejszym spojrzeniem na siebie. nie ma nikogo kto by zaakceptował twoje tłumaczenia. to trochę niekomfortowe ale chyba właśnie o to chodzi
no ale tu sie pojawia inny problem. jak jesteś sam to możesz tez łatwiej ominąć trudne rzeczy i wmówić sobie ze "przerobiłam temat" kiedy tak naprawde tylko musnęłaś go powierzchownie. przynajmniej świadek zewnętrzny czy to kapłan czy terapeuta, moze zadać pytanie ktore cię zatrzyma i nie pozwoli uciec.
ooo, ten punkt z zapisywaniem tak żeby brzmiało mniej groźnie to bardzo celne. ja mam z tym dokładnie tak samo. i to jest chyba jeden z powodów dla których tradycje używają świadka, bo obecność kogoś drugiego zmusza do konkretności. nie możesz być mglisty kiedy ktoś patrzy
tutaj wchodzi cos co w religioznawstwie nazywa się funkcją konfesjonalną wspólnoty. nie chodzi tylko o to że ktoś słyszy ale o to że wyznanie jest złożone wobec czegoś co ma autorytet weryfikacji. w katolicyzmie autorytet ma kappłan przez sakrament, w buddyzmie ma go sangha przez prawo winaji, w szamanizmie mają go duchy przodków przez linię przekazu. bez autorytetu weryfikacji wyznanie jest monologiem, a monolog rządzi się własnymi zasadami.
zerknijcie na to, chcę się upewnić że dobrze rozumiem, bo ta rozmowa jest gęsta. chodzi o to że wyznanie żeby działało musi mieć: szczerość, świadka, intencję zmiany i jakiś akt zamknięcia? i brak któregokolwiek sprawia że to tylko poczucie ulgi bez faktycznej transformacji? czy dobrze to zebrałam?
dorzucę coś z innej strony. w pracy numerologicznej jest pojęcie roku osobistego 9 jako roku zamknięcia cyklu, i w takim roku wyznania i rozliczenia mają zupełnie inną wagę, jakby były wzmocnione przez cykl a nie tylko przez wolę. ciekawi mnie czy inne tradycje mają podobne poczucie że są momenty sprzyjające temu aktowi i momenty w których ten sam akt daje mniejszy efekt.
W astrologii mamy coś podobnego, Saturn return albo węzłowe przejścia, to są momenty kiedy rozliczenie z przeszłością jest wpisane w sam cykl a nie tylko w decyzję człowieka. I z własnego doświadczenia powiem że spowiedź, cokolwiek przez to rozumiemy, która trafia na taki czas, ma inną teksturę. trudniej ją ominąć. jakby zewnętrzny rytm wymuszał wewnętrzną uczciwość. moze za bardzo kombinuję
ej, a czy ktoś próbował celowo zaplanować takie wyznanie pod konkretną fazę ksęiżyca albo moment cyklu?? bo jak doczytuję ten watek to mi się wydaje ze my często robimy to ad hoc, kiedy już boli za bardzo, a moze byłoby lepiej gdyby to miało swój czas i miejsce zaplanowane z góry
to jeszcze jedno pytanie bo ta rozmowa mnie wciąga a nie mam dużego doświadczenia w tych tematach. 🙁 czy jest jakas różnica między wyznaniem które dotyczy konkretnych czynów a takim które dotyczy raczej wzorców, przekonań, tego kim się było przez długi czas? bo jak śledzę tę dyskusję to mi się wydaje że te dwie rzeczy wymagaja inaczej sformułowanego aktu
ok więc jeśli dobrze rozumiem to wyznanie wzorca jest trudniejsze niż wyznanie czynu, bo czyn możesz opisać konkretnie, a wzorzec to coś co ma korzenie głębiej i nie wiadomo nawet gdzie się zaczyna. ale to rodzi pytanie, od czego wtedy zacząć? bo jak mam wyznać "jestem osobą ktora ucieka od trudnych rozmów od 20 lat" to jak to w ogóle zamknąć?
ale chwila, bo ten "jeden liść" to może być też strategia żeby nie dotykać korzenia. robię cos w małych krokach, każdy krok jest szczery, a całość nigdy nie dochodzi do miejsca które naprawdę boli. nie twierdzę że to świadoma manipulacja ale mechanizm jest realny.
ja sie zastanawiam czy w ogole moznna wiedziec że "dotknęło sie korzenia". bo czytam ta rozmowę i mysle sobie ze kazdy raz kiedy cos wyznaje mysle ze to bylo gleboko a potem po tyodniu wychodzi ze bylo plytko. jak to rozpoznac?
to jest dobre pytanie i z mojego doświadczenia najlepszy wskaźnik to to co dzieje się po. jak po wyznaniu jest ulga i nic więcej, to pewnie płytko. jak po wyznaniu jest jakaś zmiana w zachowaniu, nawet mała i nieplanowana, to dotknęło czegoś prawdziwego.
oj ale to trochę za proste? 🙂 bo mogę wyznać coś płytko i przypadkiem zachować się inaczej bo jestem po prostu zmęczona starym sposobem. a z drugiej strony mogę mieć bardzo głębokie wyznanie i żadnej zewnętrznej zmiany przez długi czas bo zmiany wewnętrzne nie zawsze widać od razu. ciekawa jestem czy ktoś to widzi podobnie
ale czy to nie frustrujące?? wracać rok po roku do tych samych rzeczy i za każdym razem "wyznawać od nowa"? ja bym chciała żeby było kiedyś skończone, ze ten wzorzec zamknięty, przepracowany, idziemy dalej
ale dziennik to jednak inna sprawa niż wyznanie z inetncją. to ze cos zapisujesz i widzisz zmiany retrospektywnie to nie to samo co świadomy akt zamknięcia cyklu. nie mieszajmy refleksji z rytuałem.
