Trafiłam ostatnio na wzmianki o czymś co sie nazywa Księga Wymęki, podobno chodzi o jakies średniowieczne podejście do oczyszczania duszy przez cierpienie fizyczne i psychiczne. Chciałam zapytać czy ktoś orientuje się w tym temacie, bo znalazłam bardzo mało po polsku. generalnie znam ten watek od strony chrześcijańskiego monastycyzmu, wiesz, biczowanie sie, posty do granic wytrzymałości, czuwania nocne, ale mam wrażenie ze to nie tylko chrześcijaństwo. Wydaje mi sie ze coś podobnego jest w tradycji sufickiej i w niektórych odlamach hinduizmu. Komuś sie to kojarzy z czymś konkretnym?
Temat ciekawy, ale od razu powiem - ta "Ksiega Wymęki" to nie jest jeden konkretny tekst, przynajmniej nie w sensie kanonicznym. to raczej zbiorcze określenie pewnej praktyki, którą możemy śledzić przez całą historię monastycyzmu wschodniego i zachodniego. Kluczowe pojęcie to asceza, a w jej ramach - mortyfikacja ciała. W tradycji chrześcijańskiej mamy na to konkretne podstawy teologiczne: ciało jest siedliskiem pożądania, a przez jego umartwienie duch miałby się wyzwalać i postrzegać rzeczywistość duchową wyraźniej. Ale tu jest pewien paradoks, bo im bardziej mnich sie umartwiał, tym bardziej skupiał sie na ciele, nie?
Hej, wybaczcie że sie wtrącam, ale zagadam do autora tematu, bo nie do końca rozumiem. Czy ta Księga Wymęki to jest prawdziwa ksiazka ktora mozna gdzies przeczytać, czy to bardziej takie umowne pojęcie? Trochę gubiłem się w tym co napisałaś
No i tu sie zaczyna ciekawy spór. Bo jesli pytasz czy to fizjologia czy duchowość, to zakładasz ze to sa dwie różne rzczy. A może nie są? Może mózg w stanie skrajnego wyczerpania faktycznie cos "odblokuje", jakis kanał odbioru którego normalnie nie używamy? Nie mówię ze tak jest, bo to bylo by naciąganie, ale nie ma co automatycznie strzelać do mechanizmu tylko dlatego ze jest fizyczny.
przepraszam ale chcę sie upewnić ze dobrze rozumiem, bo jestem bardziej od strony tarota a nie monastycyzmu hehe. Czy to oczysczenie przez cierpienie o którym piszecie ma cos wspólnego z ideą że ból "wypala" złe energie albo złe karma? Bo mam wrazenie ze w wielu tradycjach jest taki motyw, w hinduizmie, w pewnych rytualach voodoo tez chyba, i to brzmi jakby cierpenie miało funkcje oczyszajacą na poziomie energetycznym a nie tylko psychologicznym.
Ja słyszałam o kobiecie,praktykujące Theravada, ktora robiła tzw. dhutanga, to są surowe praktyki ascetyczne opisane przez Buddę jako opcjonalne, i podobno miała po kilku tygodniach intensywnego postu i medytacji w lesie coś co opisywała jako "widzenie struktury rzeczy". Ale ona była pod opieka doświadczonego nauczyciela i podkreślała ze bez tego to mozna sie zwyczajnie rozsypać psychicznie. Tutaj jest chyba ważny kontekst instytucjonalny, takie praktyki nigdy nie były robione samotnie i na własną rękę.
dobra ale jeszze raz o tego roszzerzenia percepcji bo to mnie interesuje najbardziej. Czy ktos wie jak to wygladalo praktycznie u tych starych mnichów?? Tzn czy oni sami opisywali co sie działo w ich głowie? jak to bylo z tymi wizjami, bo chyba Hildegarda z Bingen miała wizje i podobno tez sie macerowała. takie moje luźne przemyślenie
Hildegarda jest świetnym przykładem ale uwaga, bo ona sama podkreślała ze jej wizje przychdoziły przy pełnej przytomności, nie w stanie odurzenia ani skrajnego wyczerpania. 😛 Interesujące prawda? Z kolei Jan od Krzyża, ktory pisał o "nocy ciemnej duszy", opisywał raczej cierpienie wewnętrzne, duchowe ogołocenie, a nie tyle fizyczne samookaleczenie. Tam bol był bardziej metaforą oczyszczenia przez brak Boga, przez tęsknotę, przez pustkę. To chyba inna kategoria niz biczowanie sie.
o Budda to ciekawe! bo nie wiedzialam ze on wgl mial ten etap z asecza, zawsze mislałam ze od razu szedł taką środkową ścieżką. To znaczy ze próbował i sie wycofał??? to zmienia trochę obraz tej całej historii
Czytam Was od paru dni z zainteresowaniem ale mam takie proste pytanie do wszystkich, może troche nie na poziomie dyskusji ale co wy sami o tym sądzicie? Czy wierzycie ze ból i wyrzeczenie mogą naprawde otworzyć cos w człowieku duchowo? Albo inaczej czy ktoś z was miał jakieś przeżycie które sugerowało ze cierpienie go do czegoś prowadzi, nie muszę byc fizyczne, może choroba, żałoba, cokolwiek. Bo teroia jest teoria ale zastanawiam sie jak to sie przekłada na życie.
Właśnie siedzę i myślę nad tym pytaniem ktore zadałam i na prawdę chciałabym usłyszeć coś konkretnego, bo tu dużo teorii a mało osobistych doświadczeń. Ja sama nigdy nie robiłam nic tak ekstremalnego, ale pamiętam jak przez kilka dni byłam bardzo chora, gorączka pod czterdzieści, i w tym stanie miałam takie obrazy, jakieś bardzo żywe sny na jawie, jakby ktoś mi przykręcił telewizor z innym kanałem. Wtedy nie myślałam o tym przez pryzmat duchowości, ale teraz jak czytam Was od paru dni to zastanawiam się czy to jest ten sam mechanizm o którym mówicie.
niech będzie, ale gorączka a dobrowolna asceza to jednak co innego, nie? przy gorączce masz stan zapalny, halucynacje delirium, bakterie albo wirusy robiące cos z neuroprzekaźnikami. mnich ktory pości miesiącami ma inny profil biochemiczny. Nie mówię że żadne doswiadczenie nie jest prawdziwe, ale czy napewno to ten sam mechanizm?
a skoro juz mowimy o staach granicznych to zagadam do Ballena albo Hilka bo mi to codzi po glowie od jakiegos czasu. czy w tych tradycjach monastycznych bylo jakies rozróznienie miedzy cierpieniem ktore "działa" a takim ktore jest po prostu cierpieniem i nic duchowego za nim nie stoi? Bo to chyba kluczowe, nie? Nie każdy kto sie biczuje staje sie mistykiem
no to co musi byc jeszcze? bo to jest właśnie to co mnie interesuje i caly czas krecę sie wokół tego nie dostając odpowiedzi
to jest takie troche jak z medytacja!! Bo słyszałam ze jak bardzo chcesz osiagac jakies stany w medytacji to wlasnie ich nie osiagasz a jak po prostu siedzisz bez oczekiwan to cos sie dzieje. Czy to jest ten sam paradoks? bo jesli tak to to jest w ogóle powtarzalny wzorzec w tych wszystkich tradycjach 😮
chciałem zapytać czy ktoś wie jak te doświdczenia były potem dokumentowane bo chyba nie kazdy mnich pisał takie ksiazki jak Hildegarda,prawda? Penwie większość to anonimowi ludzie którzy nic nie zostawili i po prostu nie wiemy co przeżywali. Czy sa jakies inne zrodla poza tymi sławnymi mistykami?
Od paru stron to czytam od dawna i mam takie wrażenie że wy wszyscy mówicie o cierpieniu jako drodze ale nikt nie zapytał czy jest jakaś droga bez cierpienia która prowazi do tego samego. Bo w afirmacjach i pracy z podświadomością też sie mowi o rozszerzaniu percepcji ale przez radość i otwartość, nie przez wyrzeczenie. czy to są dwie równoległe ścieżki do tego samego czy zupelnie inne cele?
