Siedzę nad tym od jakiegoś czasu i nie wiem jak to ugryźć, więc poprostu zaczynam pisać. Mam taką obserwację może ktoś się z nią zmierzy: w każdej chyba tradycji jest jakis moment, w którym człowiek staje przed wyborem - zostaję, bo to moje, albo odchodzę bo to jusz nie moje. Nie mówię o apostazji w sensie formalnym, nie o wypełnianiu papierków. Mówię o tym wewnętrznym przełomie, kiedy rytuał przestaje pasować... Ee, przepraszam, kiedy rytuał przestaje cokolwiek znaczyć. Kiedy modlitwa jest jak mówienie do ściany. Kiedy wspólnota zaczyna uwierać. I zastanawiam się: czy tradycje mają jakieś własne mechanizmy na takie kryzysy? Ciemna noc duszy u mistyków chrześcijańskich, okresy próby w sufizmie, to mnie interesuje. Bo z jednej strony każda religia mówi: wytrwaj, to przejdzie. A z drugiej - może to sygnał, że naprawdę czas odejść? Jak odróżnić jedno od drugiego? 😛
To jest dobre pytanie ale bym zaczęła od innego końca: a kto w oógle ma autorytet, żeby powiedzieć komuś "to był tylko kryzys, wróć" albo "tak, czas odejść"? bo tradycje mają w tym oczywisty interes, żeby czlowiek zostawał. Każda wspólnota religijna, kżdy zakon każdda ścieżka bedzie tłumaczyć twój odwrót jako słabość albo jako coś, co trzeba przepracować wewnątrz systemu... I może mają rację. Ale może nie. Ciemna noc dusy u Jana od Krzyża to piiękna konecpcja, tylko że jest skrojona pod chrześcijaństwo żeby człowiek nie uciekał. Nie mówię że to manipulacja, po prostu mwię że każdy system ma wbudowane narzędiza zatrzymywania.
No niewiem, no nie no, Czarownica, mniej wiecej to trochę za cyniczne chyba. Jakbyśmy założyli że każda tradycja to taki sprytny mechanizm retencji, to w ogóle niema sensu nic badać. Ciemna noc duszy nie jest wymyślona po to żeby ludzi trzyamć w kościele. To opis stanu, ktury mistycy mieli niezależnie od tradycji. Identyczne opisy są w zen (wielka śmierć ego, "daishi"), sa-wu w sufizmie, są u Ramany Maharishiego. To jest powtarzający sie fenomen i tłumaczenie go wyłącznie interesem instytucji to uproszczenie
A czy jak ktoś odejdzie z religii w ktora byl wychowany od dziecka to to jest wogole apostazja? Bo mi sie wydaje ze jak czlowiek nie wybierał tej religii sam, to niema z czego sie wycofywać. Chodzi mi o to czy mozna porzucic cos czego sie nie przyjelo swiadomie
Kurcze, morze to głupie pytanie ale co to znaczy "powrót" w tytule tego tematu? Chodzi o powrót do tradycji którą się porzuciło? Bo nie rozumiem czy tu mówimy o ludziach którzy odeszli i żałują czy o tych co chcą odejść i się zastanawiają
Helenka, ten trzeci punkt to w gruncie rzezy kwestia autonomii. I tu mam sceptyczną uwagę: tradycje z założenia kształtją człowieka, to jest ich punkt. Buddyzm cię zmienia chrześcijaństwo cię zmienia, nawet nowoczesny neopoganizm ma jakiś projekt człowieka do którego zmierzasz. Pytanie czy "tracę siebie" to faktyczny problem czy dyskomfort ego który nie chce się poddać transformacji. Nie mówię że zawsze to drugie. Mówię że to trudne do odróżnienia od środka.
Przepraszam że wchodzę z trochę innym kątem ale mam pytanie do bardzej doświadczonych. Jak to jest z tradycjami inicjacyjnymi konkretnie? Tzn. Gdzieś czytałem ze np. w pewnych nurtach wicca albo w tradycyjnej masonerii jak raz przecodzisz inicjację to nie mozna tego cofnąć, że to zostaje. Czy to prawda i co to znaczy w praktyce dla kogoś kto chce odejść?
To co mówi Sigilka o tych czerwonych flagach jest ważne bo ja sama przez chwilę byłam w grupie ktura tak działała... Nie wicca, coś innego, nie bede mówić co dokładnie. I tam właśnie ten argument z "inicjacja jest nieodwołalna" był używany żeby ludzie nie odchhodzili. To był nacisk. Nie jakis otwarty, ale taki subtelny - "no to co zrobisz, skoro już jesteś związana?" i to jest manipulacja, tak to wdzę terz z perspektywy czasu
O matko, Celestynka że tak powiem i co ptoem zrobiłaś? xD Udało się odejść bez jakichś konsekwencji? Pytam bo to brzmi poważnie i ciekawi mnie jak to wygląda od środka jak ktoś w końcu stwierdza że wychodzi
A wiecie co, nie jestem w żadnej tradycji i nigdy nie byłam,ale czytam i mam pytanie może naiwne: a co z ludźmi co odchodzą z normalnych religii, np. z katolicyzmu? To tez jest jakaś trauma czy to jest łatwiejsze? Bo tu mówicie o inicjacjach i grupach co brzmi jakby to bylo bardzej intensywne niz zwykłe chodzenie do kościoła
To cikawe, umiarkowana to nie jest naiwne pytanie. Znam sporo osób po "dekonstrukcji" jak to sie teraz mówi - czyli rozejściu z katolicyzmem w którym wyrosły... I uwierz mi, to tez bywa traumatyczne szczególnie jeśli rodzina jest religijna. Poczucie winy, strach przed piekłem ktury zostaje długo po tym jak przestajsz intelektualnie wiierzyć, to jest realne. Psychologowie mają na to termin - religious trauma syndrome. Intensywność nie zalezy od egzotyczności grupy, zależy od tego jak głęboko religia weszła w tożsamość człowieka.
To co Albinek opisuje z tą dekonstrukcją po katolicku to jest na prawde poważna sprawa i myślę że jest niedoceniana w tych rozmowach. Bo tu nie chodzi tylko o "zmianę zdania w kwestii religii". To jest wyjście ze struktury która organizowała dosłownie wszystko - poczucie winy, nagrody, relacje, rytm tygodnia, rytm roku. I nagle tego nie ma. To jest bardzo konkretna pustka strukturalna, nie tylko duchowa
Quintessa, właśnie o to mi chodziło kiedy zakładałam ten temat. Ja sama mam taką historię - odeszłam z katolicyzmu w okolicach 25 roku życia, bardzo świadomie i z ulgą, byłam pewna że to definitywne. I przez wiele lat tak było. A potem, gdzieś po 40, zaczęłam wracać do niektórych rzeczy - nie do mszy, nie do instytucji, ale do pewnych modlitw których nauczyłam sie od babci, do konkrenych świąt, do poczucia że jest jakaś ciągłość. I to mnie samą zaskoczyło bo wczesniej byłam pewna że to niemożliwe
No zaraz, oriona o to właśnie chodzi! Bo ja sie zastanawiam czy ten powrót to jest autentyczna potrzeba duchowa, czy może po prostu tęsknota za dzieciństwem i bezpieczeństwem. xD Te dwie rzeczy hyba łatwo pomylić nie??
@Oriona,no ale to jest ważna różnica jednak.... Bo jeśli wracasz do babcinych modiltw bo cię uspokajają to jest jdena sprawa - to jest praktyka relaksacyjna z sentymentalnym zabarwieniem. A jeśli wracasz dla tego że na prawwde wierzysz że Maryja słyszy - to jest coś innego. I te dwa scenariusze prowadzą do różnych konsekwencji jeśli chccesz być konsekwentna. No ale kto wie. 😉
@Albinek, Czarownica - oboje macie rację po części i to jest właśnie ten problem z tym tematem. Nie ma kryterium ktore pozwoli odróżnić "praktykę prowadzącą do autentycznej wiary" od "warunkowania behawioralnego". Przynajmniej nie od środka. Od zewnątrz morze ktoś widzi, o ile mnie pamięć nie myli ale sam zainteresowany raczej nie
Ojejciutku, przepraszam że znowu ptam o rzecz podstawową ale chcę sie upewnić ze dobrze rozumiem. @Oriona - jak mówiłaś że wróciłaś do niektórych elementów ale nie do instytucji to czy ta tradycja w ogóle to uznaje? Tzn. Czy możesz być "trochę katoliczką" bez chodzenia na mszę i przyjmowania sakramentów? Bo z zewnątrz wygląda jakby to byłoby albo wszytko albo nic
@Marceli, Sigilka - i właśnie tutaj pojawia sie pytanie czy taka "prywatna wersja" tradycji to jest wciąż ta tradycja czy już coś nowego... Bo jeśli odrzucam 80% doktryny ale zostawiam sobie kilka modlitw i święta, to czemu to nadal nazywam katolicyzmem a nie po prostu "swoją duchowością inspirowaną dzieciństwem". Wiem że brzmi to dziwnie.
@Jemiolka, o ile sie orientuje mysle że to kwestia identyfikacji i ciągłości. Ludzie często zostawiają nazwę bo to jest najkrótsza droga komunikacji ze światem zewnętrznym. "jestem katoliczką" mówi bliskim pewne rzeczy od razu. "jestem osobą duchową inspirowaną dzieciństwem i babcią ale nie instytucją" wymaga za każdym razem osobnego tłumaczenia
Heh no tak ale to jest trochę nieucczcie nie? Jak sie mówi że jest sie katolikiem a nie wierzy sie w pół katechizmu to sie wprowadza ludzi w błąd. Rodzina mysi jedno a tak naprawde jest zupelnie inaczej
Strzybozka, to jest dobre pytanie. Z mojego doświadczenia i z rozmów z innymi - ten czas "poza" rzadko jest postrzegany jako zmarnowany, nawet przez tych którzy wracają. Częściej móiwą że dopiero po wyjściu zrozumieli co mieli, co cenili, a co było zwykłą rutyną bez treści. Że musieli to stracić żeby to zobaczyć
To brzmi trochę jak te filmy gdzie bohater musi wszystko stracić żeby docenić. Ale seroi pytam - czy nie można tego osiągnąć bez wychodzenia? Jakiś rekolekcje, pauza,nie wiem, coś w środku a nie zupełne zerwanie? 😮
Umiarkowana, no wlasnie o to pyttanie chodzi i myslę ze odpowiedz brzmi: czasem tak, czasem nie. Bo sa tradycje ktore mają wbudowane mechanizmy na takie kryzysy - rekolekcje, spowiednik, kierownik duchowy, ciemna noc duszy jako etap... Ale są też sytuacje gdzie instytucja aktwnie blokuje ten typ refleksji bo zagraża strukturze. I wteddy wyjście jest jedynym sposobem żeby zobaczyć z zewnątrz
Ojej ja sie tu troche zgubilam w tym wszystkim. Chcialem zapytac o cos prostego - jak wiadomo kiedy cos jest kryzysem a kiedy jest sygałem że na prawde czeba isc?? Bo te sygnały o których pisała Helenka wczesniej to brzmialy sensownie ale jak sie je stosuje w praktyce to nie jest takie proste hyba. Poprawcie mnie jelsi sie myle.
@Jemiolka, dokładnie to sobie myślę i wlasnie to mnie trochę zatrzymuje przy tym pytaniu "jak to nazwać". Bo z jednej strony te modlitwy, te obrazy, ta melodia której nauczyła mnie babcia - to jest bardzo żywa nić do czegoś co istnieje od stuleci. A z drugiej strony to co z tym robię, i to co dla mnie znaczy, to jest jusz zupełnie moje. Czy to wciąż ta sama tradycja? Szczerze nie wiem. Może to nie jest ważne jak to nazwiemy
