Zaczęłam ostatnio przeglądać różne tradycje pod kątem jednej rzeczy, która mnie mocno uderzyła - niemal każda religia, każdy system duchowy, zakłada że człowiek jest w jakimś sensie "kruchy" albo "niekompletny" bez połączenia z czymś wyższym. W hinduizmie bez łaski boga nie wyjdziesz z samsary, w islamie każde tchnienie jest z woli Allaha, w chrześcijaństwie bez łaski nie ma zbawienia. Nawet buddyzm, który nie ma osobowego boga, mówi ze sam z siebie nie dasz rady - potrzebujesz sanghi, dharmy, buddy jako przewodników. Nazwałam to sobie roboczo "Księgą Kruchości" - ten wspólny motyw zależności człowieka od mocy transcendentnych. Chcę pogadać o tym szerzej: skąd to sie bierze? Czy to jest jakiś pierwotny lęk zakodowany w człowieku, czy morze faktyczna obserwacja że coś takiego istnieje i ludzie to po prostu "wyczuli"? I co ciekawe - jak ta zależność jest opisywana w sensie energetycznym czy informacyjnym? Bo to chyba klucz do porównania różnych tradycji.
No to jest bardzo ciekawe ujcęie. Sam od lat myślę o tym w kategoriach energetycznych i coś w tym jest. Jakby człowiek był odbiornikiem, który bez sygnału z zewnątrz po prostu nie działa pełną mocą. W wielu tradycjach - i tybetańskim buddyzmie i w tantrze i w sufizmie - ten kontakt z transcendencją opisywany jest dosłownie jako przepływ czegoś. Baraka w sufizmie, szakti w tantrze, lung w tybetańskich tekstach. To nie jest metafora, dla wyznawców to jest realna substancja czy energia ktora płynie. Pytanie czy to że wszystkie kultury to "widziały" to dowód że coś jest, czy po prostu każdy człowiek ma tę samą potrzebę psychologiczną i ubiera ją w lokalne słowa.
Chyba nie rozumiem jednej rzeczy. Jeśli człowiek jest "kruchy" bez tej transcendencji,to dlaczego niektóre tradycje mówią że oświecenie albo zbawienie jest możliwe właśnie przez porzucenie wszystkich zewnętrznych podpórek? Theravada buddyzm przecież mówi żebyś sam przeszedł tę ścieżkę, bez tarczy czyjjś łaski. jak to pasuje do tej "Księgi Kruchości"?
aha, mnie zawsze w tym temacie zastanawiało co sie dzieje na poziomie praktyki z tymi ludźmi którzy żyją tą zależnością bardzo intensywnie. Mistyczny islam, taki suficki, kabała, tantryczna praktyka - tam wyznawca dosłownie oddaje się tej wyższej mocy, rozpuszcza sie w niej. A to przecież nie metafora, oni mówią że ego przestaje być centrum. To jest radykalnie inne doświadczenie niż takie "wierzę i chodzę w niedzielę". Czy ta "Księga Kruchości" to tylko kwestia doktryny, czy mamy też mówić o tym jak to wygląda na poziomie przeżycia?
Hej, a czy ktoś wie coś więcej o tym jak to wygląda w tradycjach słowiańskich? Czytałam że nasi przodkowie tez mieli ten motyw zależności od sił natury/bogów ale tam to chyba działało trochę inaczej niż w monoteizmie? Bardziej jak umowa niż jak poddaństwo?
Mam takie pytanie do całej dyskusji - czy ta "kruchość" o której piszemy to jest zawsze cos co tradycja opisuje jako wyjście od człowieka w stronę boga/transcendencji czy sa systemy gdzie ten przepływ idzie głównie w drugą stronę? Bo jak patrzę na gnozę to tam jest bardzo mocny motyw że iskra boska jest uwięziona W człowieku i cały kierunek jest zeby ją wyswobodzić,wyciągnąć w górę. Człowiek jest kruchy ale jdenocześnie jest miejscem gdzie siedzi cos boskiego. To chyba odwraca trochę całą logikę zależności?
Przeczytałam wszystko i trochę mi się kręci w głowie od tych pojęć ale chcę spytać o coś praktycznego bo chyba tego brakuje w rozmowie. Jeśli przyjmiemy że ta zależność od transcendencji jest jakoś realna, to co z tego wynika dla zwykłego człowieka ktory nie jest mistykiem ani teologiem? Czy ta "kruchość" jest czymś co się po prostu odczuwa, jakiś brak, niepełność? Bo ja mam czasem takie uczucie ze czegoś mi brakuje i nie mam pojęcia jak to nazwać.
o rany, okej ale mnie nurtuje inna sprawa - dlaczego religie tak bardzo kładą nacisk na to żebyś WIEDZIAŁ że jesteś zależny? 🙁 Jakby ważne było samo uznanie tej zależności. W katolickim akcie skruchy, w islmaskim szahadzie, w buddyjskim schronieniu w trzech klejnotach - wszędzie jest ten moment kiedy mówisz: jestem mały, to jest większe, i przyjmuję to. Czy to jest warunek żeby cooklwiek zaczęło działać? Może ten mechanizm jest wlasnie kluczem do tego całego systemu?
Wszystko fajnie, ale mi brakuje w tej rozmowie czegoś - jeśli człowiek jest kruchy i zależny, to skąd różnice w tym kim jest ta transcendencja od której zależy? W chrześcijaństwie to osobowy Bóg ktory cię kocha. W taoizmie Tao jest bezosobowe, nie kocha, po prostu jest. W adwaita wedancie Brahman to w ogóle nie jest "ktoś inny" - to jest twoja prawdziwa natura. jak to się ma do tego wspólnego motywu kruchości? Bo chyba natura tej zależności jest zupełnie inna jeśli zależy się od kogoś kto cię kocha, od czegoś obojętnego, albo od czegoś co w rzeczywistości jest tobą samym?
Nie wiem czy dobrze rozumiem, ale ten watek z adwaitą to jakby powiedziec: jesteś zależny żeby zrozumieć ze nie jesteś zależny? To brzmi jak zen. Czy w zen jest coś podobnego z tym motywem kruchości, bo ktoś coś wie? Pytam bo tam chyba też jest ten nagły przeskok, satori, gdzie coś odpada.
Z tym zen to tak powiedzieć - tam jest coś co zwą "wielką śmiercią", wielkie umieranie ego przed satori. I to jest właśnie ten moment kruchości doprowadzonej do absolutu. Mistrz celowo cię rozbija koanem, pozbawia wszystkich wewnętrznych podpórek ktore wymyśliłeś zeby się trzymać. Więc ta zależność jest tam, tylko odwrócona - zamiast szukać oparcia, uczysz się wytrwać bez oparcia w ogóle. Ale czy to eliminuje zależność od tradycji i mistrza? No niespecjalnie, przynajmniej na początku drogi
no nie, odpowiem na to bo to ważne. Tak, i to bardzo. jak mam okres kiedy zaniedbuje praktykę to jest takie uczucie jakby wszystko bylo trochę bardziej szare i niepewne. Nie mam pewności czy to "transcendencja" w sensie teologicznym czy po prostu rytm i ugruntowanie, ale efekt jest realny. I właśnie dlatego jestem ostrożna z interpretacjami bo nie wiem czy to jest zależność od czegoś zewnętrznego czy od własnego stanu który ta praktyka pomaga utrzymać.
No tak, ta żałoba po osobowym bogu to naprawdę rzecz. Słyszałem od kilku ludzi co przyszli do zen z chrześcijaństwa ze najtrudniejsze nie było zrozumienie buddyjskiej filozofii tylko właśnie ta pustka po tym ze niema juz do kogo gadać. Medytacja w ciszy to co innego niż modlitwa ktora zakłada ze ktoś słucha. ten kto słucha odpada i trzeba się z tym jakoś ułożyć.
ojej ojej, ta skala relacyjny/zanurzeniowy brzmi sensownie ale... hmm, nie wiem czy aby to nie takrze i tak zależy od człowieka a nie od tradycji? Bo znam osoby które sa absolutnie relacyjne w buddyzmie, traktują Buddę jak kogos bliskiego, i osoby w katolicyzmie które piszą w dziennikach jakby Bóg był im zupelnie obcy. może sami wnosimy ten typ zależności do tradycji?
kurde ale to by znaczyło ze jak ktoś jest z natury taki bardziej... 🙂 zależny emocjonalnie to trafi na tę zależność w każdej tradycji niezależnie od jej struktury? to trochę smutne. chociaż z drugiej strony może to jest właśnie ta "kruchość" z tematu, ze po prostu niektórzy ludzie są bardziej krucho połączeni ze światem i szukają czgeoś co ich utrzyma?
