To 'immanentna transcendencja' Starhawk jest ciekawe, bo strukturalnie przypomina pojęcie 'emanacji' u Plotyna - Jedno nie jest ani w świecie, ani poza nim, ono się po prostu przelewa przez wszystko. Neoplatonizm był potem kanonem dla dużej części zachodniej mistyki, od kabały po hermetyzm. Więc może Starhawk, nawet o tym nie wiedząc, odziedziczyła Plotyna przez Dion Fortune, która Plotyna czytała.
Leopold, to jest teza, którą lubię, ale jest w niej pewien problem - mianowicie Plotyn był jednak dość androcentryczny. Materia u niego jest tym, co najdalej od Jednego, a materia była stereotypowo kobieca. Więc przejście od Plotyna do Goddess Spirituality wymagało sporego odwrócenia akcentów. Czy Dion Fortune rzeczywiście to odwróciła, czy po prostu nałożyła kobiecość na stary schemat?
Przepraszam, że wtrącę pytanie - co to znaczy praktycznie dla kogoś, kto zaczyna z Goddess Spirituality? Bo słucham o Starhawk, Fortune, Plotynie i trochę się gubię w tym, czy chodzi o teologię czy o praktykę. Czy te rozróżnienia mają znaczenie, kiedy ktoś po prostu chce nawiązać kontakt z boginią?
Mam pytanie do Irgi i Leopolda - czy w tej tradycji neoplatońskiej jest w ogóle miejsce dla bogów osobowych? Bo Jedno u Plotyna jest absolutnie bezosobowe. A Bogini w Wicca ma twarz, imię, charakter. Jak to się pogodzeć?
Mam głupie pytanie, ale nie mogę się powstrzymać - jeśli bogowie są 'immanentni', to czy to znaczy, że są w nas? Bo wtedy prośba do bogini to jest jakby rozmowa z częścią siebie, tak? I nie wiem, czy to jest budujące czy trochę smutne.
Ulcia90, ta metafora z wodą jest bardzo dobra. Ale to wciąż mnie zostawia z pytaniem, które mam od początku tego wątku - czy bogowie potrzebują nas, żeby istnieć? Tzn. czy Izyda bez wyznawców gdzieś jest, czeka, jest aktywna? Czy gaśnie? W shintoizmie chyba jest tak, że kami potrzebują rytuałów.
To pytanie o Izydę bez wyznawców mnie nie odpuszcza. Bo w shintoizmie jest tak, że kami jest w miejscu - w skale, w rzece, w drzewie - i nie potrzebuje wiernych, żeby tam być. Ale jednocześnie, jak jest zaniechane sanktuarium, to coś jakby się zmienia w tym miejscu. Więc czy bóg jest niezależny od ludzkiej uwagi, czy może... słabnie? To nie jest retoryczne, naprawdę chcę wiedzieć.
To pytanie Leszka93 jest bardzo starym pytaniem teologicznym i nie ma na nie jednej odpowiedzi, bo różne tradycje odpowiadają inaczej. W teologii procesu Whiteheada - który był też inspiracją dla części ezoteryki - bóg i świat wzajemnie na siebie wpływają. Bóg 'rośnie' przez doświadczenia świata. To byłoby radykalnie immanentne rozwiązanie. Ale w ortodoksyjnym teizmie, czy to żydowskim, czy islamskim, Bóg jest absolutnie niezależny od stworzeń - actus purus, pełny akt, bez braku, bez wzrostu. Izyda nie jest łatwa do umieszczenia w żadnej z tych kategorii.
Słuchajcie, wracam do tego, co mówiła Mlecznia o czarnych boginiach - Kali, Czarna Madonna, Hekate. Właśnie sobie uzmysłowiłem, że wszystkie te postaci łączy coś, o czym nie mówiliśmy: one są na granicy śmierci i narodzin, ale są też wyraźnie matkami. Kali jest matką mimo śmiercionośności, Hekate jest opiekunką rodzących. Czy to nie jest właśnie ta immanencja w czystej postaci - być w samym środku przejścia?
To co Mlecznia mówi o Czarnej Madonnie jest dla mnie bardzo bliskie. Byłam kilka lat temu na Jasnej Górze - nie jako pielgrzym, ale z ciekawości - i coś w tej sali było. Jakaś obecność, której nie umiem nazwać. Nieważne, jak to się teologicznie interpretuje. A potem czytałam, że podobne uczucia mają ludzie w świątyniach Kali. Może miejsca przechowują obecność? To byłoby bardzo immanentne, prawda - obecność zakodowana w kamieniu, w ikonie?
Miejsca przechowujące obecność to nie jest tylko poetycka metafora - w hermetyzmie jest pojęcie 'spiritus loci', ducha miejsca, który jest jakby osadem długotrwałego kultu, zbiorowej intencji. Ficino pisał o tym dosłownie. I interesujące jest to, że to pojęcie wróciło w dwudziestowiecznej geomancji i feng shui - zupełnie inne tradycje, ale ta sama intuicja. Miejsca nabierają charakteru przez to, co się w nich przez lata działo. Pytanie brzmi: czy to jest immanencja bóstwa, czy immanencja ludzkiej psychiki zbiorowej?
Leopold, właśnie - to jest pytanie, które mnie blokuje w całej tej dyskusji. Skąd wiadomo, że to bóg jest immanentny, a nie po prostu my wszyscy jesteśmy psychicznie zsynchronizowani w jakimś miejscu i sami tworzymy to wrażenie? Nie pytam złośliwie, serio nie wiem, jak to odróżnić.
To, co Ulcia90 mówi o powtarzających się doświadczeniach u różnych osób - czy to nie jest właśnie argument za immanencją? Jeśli coś się przebija przez różne kultury, języki, epoki... to może nie jest projekcja ludzka, ale coś, co po prostu jest, i różne kultury to nazywają różnymi imionami? Pytam, bo sama nie wiem, ale tak mi to wychodzi w głowie.
Ale Irga, jeśli mamy wzorce zakodowane w ludzkiej psychice od początku - co jest źródłem tych wzorców? Bo nie mogły się same zakodować. W każdej tradycji, którą znam, jest przekonanie, że coś z zewnątrz wpłynęło na człowieka, ukształtowało go. Nawet w ewolucji - skąd ta tendencja do sacrum? To chyba nie jest przypadkowe.
Słucham tej dyskusji od dłuższego czasu i chcę zapytać o coś praktycznego, bo ten wątek trochę odleciał w filozofię - jeśli ktoś czci, powiedzmy, boginię w tradycji wicca, to czy ta debata o transcendencji i immanencji w ogóle ma dla niego znaczenie? Czy można po prostu praktykować bez rozstrzygnięcia, co bogini 'naprawdę jest'?
Ale czy ta filozofia potem nie zmienia praktyki? Bo jeśli uznam, że bogini jest tylko aspektem mojej własnej psychiki, to moje nastawienie do rytuału będzie zupełnie inne, niż gdybym uznał, że ona jest bytem niezależnym, który naprawdę może mi pomóc albo nie. To chyba zmienia relację, nie?
Kinia05, to co mówisz o podobnych efektach niezależnie od teorii - to mnie bardzo ciekawi, bo sama zaczęłam od afirmacji, potem poszłam w tarot, a teraz trochę w rytuały i ciągle nie wiem, jak to nazywać. Nie mam spójnej teorii o boginiach, ale coś działa. Czy to znaczy, że może się nie zastanawiać i po prostu robić?
Mogę nie odpowiadać wprost na to pytanie, bo myślę, że oboje mają rację - i Kinia05, i Wieszczbiarz01. Tak, efekty bywają podobne niezależnie od teorii. Ale teoria zmienia głębię relacji. Kiedy widzę w bogini tylko projekcję, moja relacja z nią jest inna niż gdy widzę w niej byt, który mnie poprzedza i który mnie przekracza. Pytanie, która relacja jest bardziej prawdziwa, pozostaje otwarte. I może to jest właśnie definicja transcendencji w kontekście tej rozmowy - to, co cię poprzedza i przekracza, niezależnie od nazwy.
Leopold, ta myśl o głębi relacji mnie zatrzymała. Więc rozumiem, że mówisz coś takiego: efekt może być podobny, ale sama relacja - jej jakość, intymność - zmienia się w zależności od tego, jak traktujesz tę boginię? To trochę jak różnica między rozmową z kimś, kogo szanujesz jako odrębną osobę, a rozmową z własnym wewnętrznym głosem. Brzmi logicznie, ale zastanawiam się, czy to nie jest argument za transcendencją właśnie dlatego, że jest wygodniejszy psychologicznie, a nie dlatego, że jest prawdziwy?
Właśnie ten wątek z Leopoldem mnie ciekawi - czy w praktyce widzisz różnicę między ludźmi, którzy traktują boginię jako byt zewnętrzny, a tymi, którzy traktują ją jak aspekt siebie? Mówię o jakości rytuałów, o tym, co z nich wynoszą? Bo ja w swojej praktyce czakrowej zawsze mam jakiś obiekt koncentracji, który jest 'na zewnątrz' w pewnym sensie - nawet jeśli wiem, że to model. I to działa inaczej niż kiedy koncentruję się wyłącznie na sobie.
Zastanawiam się, czy nie mylimy dwóch różnych rzeczy. Bo można wierzyć, że bogini jest bytem immanentnym - jest w naturze, w nas, w materii - i jednocześnie traktować ją bardzo osobiście, jak kogoś, z kim jest prawdziwa relacja. Immanencja nie musi oznaczać, że to tylko psychika. Panteizm jest personalny w wielu tradycjach. Czy ktoś z was ma doświadczenie z podejściem stricte panteistycznym do żeńskiego bóstwa?
Wróciłabym tu do czegoś, co Strzybozka powiedziała wcześniej - że to, co powtarza się w różnych kulturach, może być argumentem za czymś realnym. Dobrze, ale Hekate jako bogini rozstajów pojawia się w greckiej tradycji, a potem jest przyswajana przez inne systemy. Czy to powtarzanie wzorca nie może być po prostu transmisją kulturową, a nie odkrywaniem czegoś niezależnie? Pytam szczerze, bo ten argument 'wszędzie jest bogini ciemności, więc jest realna' da się też czytać inaczej.
Chcę zapytać o coś, co może brzmieć naiwnie, ale naprawdę mnie zastanawia - czy w tradycjach, gdzie jest bardzo dużo żeńskich bóstw, jak hinduizm, ich relacja do transcendencji jest jakoś inaczej zdefiniowana niż w monoteizmie? Bo jak słyszę o Kali czy Durga, to mam wrażenie, że one są w jakiś sposób transcendentne same w sobie, nie przez powiązanie z jednym bogiem-ojcem, tylko po swojemu. Czy tak to działa?
Zmienia, tak. Bo właśnie zastanawiałam się, czy można w ogóle porównywać transcendencję boga abrahamowego z transcendencją Kali, skoro one działają w zupełnie różnych systemach kosmologicznych. To prawie jak pytanie o to, czy obie są 'wyżej', kiedy samo pojęcie góry jest inne.
Eliksiriaa, to co mówisz o nieporównywalności systemów - to mnie zastanawia. Ale czy nie ma jakiegoś punktu wspólnego? Bo we wszystkich tych tradycjach, które tu omawiamy, jest chyba jedno: bogini dotyka tego, czego ludzie nie są w stanie ogarnąć. Nieważne czy to śmierć, narodziny, noc, chaos - to zawsze jest coś, co wymyka się rozumowemu porządkowi. I może to jest właśnie ta transcendencja, którą dzielą?
Mam pytanie, bo trochę gubię się w tej dyskusji. Mówimy o 'żeńskich bóstwach jako pomostach' - ale czy to nie jest po prostu coś, co my nakładamy na nie, bo szukamy syntezy? Jak można sprawdzić, że akurat żeńskie bóstwa pełnią tę funkcję, a nie na przykład bóstwa rzek albo ognia, które też są w wielu tradycjach zarówno groźne, jak i dające życie?
Czytam to wszystko i zastanawiam się nad jedną rzeczą - ile z tej 'zasady płodności i śmierci razem' to jest naprawdę archaiczna prawda o boginiach, a ile to jest późniejsza interpretacja, którą nałożyli na przykład romantycy albo ruch wicca? Pytam, bo parę razy słyszałam, że koncepcja Potrójnej Bogini jest dużo nowsza, niż się ją przedstawia.
