I właśnie to jest dla mnie najbardziej interesujące w tym co zebrałyśmy. Nie to, że ktoś potrafi to wyjaśnić, ale to, że ten kształt w ogóle istnieje. Pulsowanie, synchronizacja, spokój. To nie brzmi jak przypadek.
Ja próbowałem kilka razy przed snem połączyć się z ziemią przez wizualizację. Leżałem i wyobrażałem sobie korzenie idące od stóp w dół. Dwa razy po tym coś czułem, ale nie wiem czy to był ten typ snu, czy po prostu dlatego że o tym myślałem przed zaśnięciem.
To rozróżnienie między spontanicznym a indukowanym jest ważne, ale myślę, że postawione trochę za ostro. W wielu tradycjach przygotowanie przed snem nie jest oszukiwaniem, tylko ustawianiem intencji. Pytanie czy efekt się zmienia, nie czy wolno tak robić.
Zaczęłam przez ostatni tydzień notować sny i szukam czegoś, co wróciło do mnie wcześniej. Nie miałam snu z pulsującą ziemią, ale miałam kilka razy wrażenie we śnie, że podłoga pode mną jest żywa. Nie ziemia, podłoga. Czy to ta sama kategoria czy coś innego?
Właśnie o tym myślę od dawna. Śpimy na piętrach, na betonie, na materacach. Jesteśmy fizycznie odcięci od ziemi przez całe życie. Może przez to sny stają się jedynym miejscem gdzie ten kontakt w ogóle jest możliwy?
Słucham tej dyskusji i mam jedno pytanie do wszystkich, którzy opisywali te sny. Czy w którymkolwiek z nich pojawiła się jakaś skala? Czy poczucie, że ziemia jest ogromna, niezmierzona, i że ty jesteś wobec niej bardzo mały? Bo w tradycjach, w których pracuję, ten element skali jest ważny.
To co opisujecie jako 'właściwy rozmiar' jest bardzo bliskie temu, o czym chciałam powiedzieć. W tradycjach, w których pracuję, ten moment kiedy czujesz się małą wobec czegoś ogromnego i nie boisz się tego, nazywa się często progiem. Nie straszy, bo nie jesteś wrogiem tej skali. Jesteś jej częścią. Ale chcę się upewnić że dobrze rozumiem te sny. Czy to poczucie małości pojawiało się już od początku snu, czy następowało stopniowo, w miarę jak ziemia zaczynała 'oddychać'?
Wracam do tego co mówiłam o podłodze, bo teraz czytam Irisy opis i zastanawiam się czy u mnie też był ten próg. Filtrowanie przez beton może oznaczać że kontakt był, ale coś go blokowało zanim zdążył stać się pełny. Może nie osiągnęłam tej skali małości bo była jakaś przeszkoda pomiędzy.
To mi się kojarzy z uziemieniem, które gdzieś słyszałem. Ale zawsze myślałem że to tylko metafora terapeutyczna. Tu wszyscy mówicie jakby to był dosłowny, fizyczny stan we śnie. Czy naprawdę czujecie to cieleśnie, czy jednak to jest bardziej emocjonalne?
Wtrącę się tu, bo wydaje mi się że to rozróżnienie między somatycznym a emocjonalnym może być trochę mylące. W pracy magicznej to co czujemy cieleśnie we śnie często jest językiem, którym podświadomość przekazuje rzeczy emocjonalne albo duchowe. Nie chodzi o to, że jedno zastępuje drugie, tylko że jedno przez drugie przemawia. To pulsowanie Gracji mogło być jednocześnie fizycznym odczuciem i przekazem.
Słucham tego i myślę że może właśnie dlatego te sny są tak trudne do opowiedzenia. Tarot też ma w sobie to coś, że żaden opis karty nie odda pełnego sensu, bo sens jest w połączeniu symbolu, uczucia i momentu. Może sny o ziemi działają podobnie, są zbyt wielowymiarowe żeby zmieścić się w linearnej relacji.
Wróćmy do tej bariery betonu co Karinka opisała, bo to mnie nie opuszcza. Jeśli mamy odcięcie fizyczne na jawie i to przekłada się na odcięcie we śnie, to co z ludźmi, którzy regularnie chodzą boso, pracują w ogrodzie, śpią na zewnątrz? Czy ktoś wie czy takie osoby opisują te sny inaczej albo częściej?
To bardzo ciekawy trop. Bo może te sny są specyficzne dla pewnego rodzaju oderwania od natury i są odpowiedzią na konkretny brak, a nie jakimś przekazem dostępnym dla wszystkich jednakowo. Nie mówię że są mniej ważne, ale może kontekst życia ma wpływ na to kiedy i czy w ogóle się pojawiają.
Czytam te ostatnie posty i wracam do swoich notatek. Właśnie znalazłam zapis sprzed kilku miesięcy, który mi umknął. Podłoga żywa, ale daleka. Napisałam wtedy 'jakby pamiętała że kiedyś była ziemią'. Nie wiedziałam co z tym zrobić, odłożyłam. Teraz brzmi zupełnie inaczej.
To co napisałam w poprzednim poście o podłodze, która 'pamiętała że kiedyś była ziemią' - siedzę nad tym już dobre pół godziny. Zastanawiam się czy to nie jest właśnie klucz do całego tematu. Nie tyle że ziemia oddycha teraz, ale że materiał z którego zbudowane jest nasze otoczenie niesie w sobie jakąś pamięć. Kamień, gleba, beton z piasku - czy to mogłoby oznaczać że kontakt jest ciągły, tylko przytłumiony?
Czytam i uświadamiam sobie że w moim intensywnym śnie byłam na trawie, na ziemi bez żadnej warstwy pośredniej. Może dlatego był taki mocny. A teraz się pytam - czy ktoś miał taki sen na kamienistym gruncie albo na skale? Bo skała to też ziemia, ale inne jakości.
Słuchajcie, mam pytanie może podstawowe, ale nie rozumiem jednej rzeczy. Czy wy mówicie że ziemia dosłownie oddycha i komunikuje się z nami przez sen, czy to jest metafora tego co czujemy? Bo to dla mnie ważne żeby wiedzieć czy mam traktować te sny jako wiadomości czy jako własne projekcje.
Wchodzę w ten wątek, bo Wahadlarz zadał pytanie, które mnie też prześladuje przy tarocie. Kiedy karta coś pokazuje, zawsze jest ta sama zagadka - czy to zewnętrzne czy wewnętrzne. I z czasem doszłam do tego, że może to złe pytanie. Może ważniejsze jest: co z tym zrobię. I chyba ze snami o ziemi jest podobnie.
A ile czasu to zajmuje zwykle? Bo czytam ten wątek od początku i chciałabym spróbować, ale nie wiem czy to kwestia jednej nocy z kamieniem pod poduszką czy kilku tygodni.
Wracam do tego co Karinka napisała o podłodze co pamiętała. To mi odpowiada na pytanie które nurtowało mnie od kiedy zaczęłam ten temat. W moim śnie ziemia też nie była jak coś nowego. Była jak ktoś, kto był zawsze i tylko czekał aż przestanę go zagłuszać. Nie przychodziła do mnie, nie szukała kontaktu - po prostu istniała i ja w końcu to poczułam.
To co Gracja napisała - 'istniała i ja w końcu to poczułam' - działa na mnie mocno. Bo może to zmienia całą rozmowę o indukowaniu. Nie musisz indukować kontaktu, bo kontakt jest ciągły. Możesz tylko ćwiczyć zdolność do jego odczuwania.
Ale to rodzi kolejne pytanie, które mnie nurtuje od początku tego wątku. Jeśli sygnał jest ciągły i tylko my się zakłócamy, to dlaczego nie każda noc przynosi taki sen? Dlaczego jednej nocy ziemia oddycha i mówi, a przez tygodnie nic? Co zmienia się w nas między tymi nocami?
Czytam tę rozmowę o materiałach i wracam do początku wątku - do snu Gracji. W tym śnie ziemia oddychała i ona to czuła przez ciało. Pytam się zupełnie poważnie: czy osoby które miały te mocne sny o oddychającej ziemi - czuły je w konretnym miejscu ciała? Plecach, stopach, dłoniach? Bo może lokalizacja mówi coś o tym, jaki rodzaj kontaktu to był.
To jest świetne pytanie i nigdy tak nie myślałam o tym śnie. Teraz jak próbuję sobie przypomnieć - tak, to było przede wszystkim w stopach i w czymś co czuję jako splot słoneczny. Jakby ziemia oddychała i te dwa miejsca w ciele rezonowały z tym rytmem. Górna część ciała była raczej obserwatorem, nie uczestnikiem.
U mnie w intensywnym śnie który opisywałam wcześniej czułam to przez całe plecy i tył głowy, bo leżałam. Jakby cała tylna strona ciała była membraną. Nie stopy. Może to zależy od pozycji w śnie?
Chcę wrócić do jednej rzeczy, bo to pytanie siedzi mi od kilku postów. Gracja napisała wcześniej że ziemia czekała aż przestanę ją zagłuszać. Mnie się nigdy nic takiego nie przyśniło i teraz się zastanawiam - czy to znaczy że ja ją ciągle zagłuszam? I jak w ogóle można sprawdzić w sobie, czy się jest tym typem człowieka który zagłusza, nie wiedząc o tym?
Właśnie pomyślałam że mam sny prawie wyłącznie o ludziach, rozmowach, konfliktach. Przyroda pojawia się jako tło, nigdy nie robi niczego. Nigdy nie oddycha, nie mówi, nie pulsuje. Czytam ten wątek i mam poczucie że opisujecie całkowicie inny typ śnienia niż mój. Czy można to w sobie zmienić albo otworzyć? Czy to wrodzony sposób śnienia?
