Właśnie - i warto by to rozebrać. Jeśli świadomość jest w śnie, to śniący był jakoś przygotowany lub poinformowany przez sam sen. Jeśli przychodzi dopiero po przebudzeniu, to może to raczej reinterpretacja w nowym świetle. Obu nie powinniśmy traktować tak samo, choć obu nie można też z góry odrzucić.
Właśnie to mnie zastanawia od początku tej rozmowy. Szczegółowość może być złudna - pamięć działa selektywnie i po fakcie wzmacnia to, co nagle stało się ważne. Ale co z detalami, których nie można było znać? Jak ten korytarz - czy to był opis miejsca, które Olaf znał, czy coś nowego?
To co mówi Olaf bardzo dobrze znam z własnego doświadczenia. W śnie, od którego zaczęłam ten wątek, nie 'doszłam do wniosku', że to pożegnanie. Wiedziałam zanim babcia otworzyła usta. Jakby cała przestrzeń snu była nasycona tym znaczeniem. I właśnie to odróżnia go dla mnie od zwykłego, nawet bardzo żywego snu.
Słuchajcie, to co opisujecie - wiedza bez słów, znaczenie nasycające przestrzeń - jest dla mnie nowe jako pojęcie. Czy można to jakoś ćwiczyć? Czy da się nauczyć rozpoznawać tę różnicę, zanim jeszcze cokolwiek się stanie?
Chciałbym wrócić do pytania Promyczki o te sny, które zapominamy. Bo to jest naprawdę duże zagadnienie dla całej tej dyskusji. Skoro mówimy o snach pożegnalnych, to zakładamy, że zapamiętaliśmy akurat ten właściwy. Ale co jeśli ktoś umarł bez snu? Czy po prostu nie dostaliśmy sygnału, czy może dostaliśmy i nie zapamiętaliśmy?
Ktoś mi kiedyś powiedział, że sny pożegnalne rzadko zdarzają się przy odejściach nagłych - że ci, którzy odchodzą powoli, mają więcej czasu na to przebicie. Nie wiem, czy to prawda, ale pasowałoby to do logiki: dłuższy proces = więcej szans na kontakt. Czy ktoś z was miał taki sen po nagłej śmierci?
Słucham i mam pytanie do całej grupy: mówicie o tym jak o czymś dwustronnym - że ktoś 'przychodzi' albo 'jest ciągnięty'. Ale czy kiedykolwiek mieliście sen, w którym to wy byliście tym, który się żegnał - i nie wiedzieliście dlaczego?
Wchodzę w to pytanie Edmunda, bo dotyczy czegoś, co mnie długo zajmowało. Przy interpretacji symboliki snu jedną z pierwszych zasad jest pytanie: kto w śnie jest tobą? Osoba żegnana może być projekcją twojego własnego aspektu. Ale mam zastrzeżenie: kiedy pojawia się ktoś konkretny, ze swoim imieniem, głosem, gestem - i potem okazuje się, że odszedł - ta zasada przestaje wystarczać. Nie można sprowadzić Wujka Tadeusza do symbolu.
To kryterium Aurelli z tą informacją z zewnątrz wydaje mi się najsolidniejsze z całej tej rozmowy. Ale mam pytanie praktyczne: co z detalami, które możemy sprawdzić dopiero po fakcie? Czy to nie tworzy problemu - bo zanim sprawdzimy, nie wiemy, że to był sygnał?
Myślę, że właśnie to jest clou tego tematu i może zostać bez jednoznacznej odpowiedzi. Te sny rozpoznajemy wstecz - i może tak ma być. Nie po to, żebyśmy mogli zapobiec, ale żebyśmy wiedzieli, że pożegnanie się odbyło. Że nie zostaliśmy bez niego.
To co powiedziała Werbena na końcu mocno we mnie siedzi - że te sny rozpoznajemy wstecz i może tak ma być. Ale mam z tym problem. Jeśli funkcją pożegnalnego snu nie jest ostrzeżenie, to czemu w ogóle się pojawia? Co nam daje wiedza o pożegnaniu po fakcie, skoro nie możemy już nic zmienić?
To jest ważne rozróżnienie i myślę, że te sny nie muszą mieć jednej funkcji. Część może być pożegnaniem w ścisłym sensie - po odejściu lub tuż przy nim. Część może być czymś innym: zapowiedzią, ostrzeżeniem, przygotowaniem. Pytanie: czy my możemy z zewnątrz zdecydować, czym był konkretny sen - czy tylko ten, kto go miał, może to poczuć?
Edmund dobrze to wychwycił i myślę, że to jest prawdziwa trudność tego tematu. U mnie była ta przestrzenna nasycona wiedza, u Michalinki cisza i drzwi, u Olafa informacja dane z zewnątrz. To są bardzo różne odczucia - ale wspólny mianownik, który czuję, to brak zwykłej sennej logiki. W snach pożegnalnych coś nie gra w stosunku do reszty snów - i właśnie to 'nie granie' jest sygnałem.
Słucham tego i myślę - to 'nie granie' to chyba właśnie brak tej warstwy, którą nasza głowa dorzuca do normalnych snów. Bo normalny sen jest pełen naszego własnego bałaganu, skojarzeń, lęków. A te sny zdają się od tego oczyszczone?
To ciekawe, co mówi Werbena o budzeniu. Bo to by znaczyło, że sam moment przebudzenia jest już częścią tego doświadczenia, nie tylko treść snu. Czy ktoś jeszcze miał takie przebudzenie - gdzie sam powrót do jawy był jakoś inny?
To mi pasuje do tego, co słyszałem od kogoś pracującego z senną symboliką - że sny inicjacyjne, sny przejścia, sny graniczne mają podobną jakość przebudzenia. Granica w nich jest jakości dosłowna, nie metaforyczna. Pożegnanie to też przejście - tylko nie nasze.
To, co mówi Adept, jest dla mnie bardzo bliskie. W tarocie Śmierć nie jest literalną śmiercią - jest przejściem. I kiedy myślę o tamtym śnie z babcią, to nie czuję go jako snu o końcu, tylko o ruchu. Ona szła w jakimś kierunku i powiedziała mi tylko tyle, ile mogła w miejscu, w którym była. To nie był jej koniec - to była chwila, kiedy była jeszcze w zasięgu.
Zasięg - to słowo jest dla mnie bardzo silne w tym kontekście. Jakby istniał jakiś moment, kiedy połączenie jest jeszcze możliwe, a potem się zamyka. I ten sen jest właśnie tym momentem, kiedy ktoś korzysta z ostatniego okna. Nie wiem, czy to jest prawda, ale to jest najpiękniejszy sposób, w jaki mogłabym to rozumieć.
To ostatnie okno, o którym pisze Promyczkaa, siedzi mi w głowie. Bo jeśli tak to rozumieć, to te sny pożegnalne nie są przypadkowe co do momentu - one dzieją się właśnie wtedy, kiedy to okno jest jeszcze uchylone. Mam jedno pytanie, które mnie dręczy: czy ktoś z was miał taki sen zanim wiedział, że ta osoba w ogóle choruje? Nie zanim odeszła - zanim jeszcze było wiadomo, że coś jest nie tak? Bo mój sen z tatą był kilka dni przed tym, jak lekarze powiedzieli nam diagnozę. I przez długi czas myślałam, że to zbieg okoliczności, ale im dłużej czytam ten wątek, tym mniej jestem tego pewna.
