To co opisuje Dobrusia z tym korytarzem jako horyzontem, który się cofa, mnie uderzyło. Sam mam miejsca w snach, gdzie odległość nie działa normalnie, ale nigdy nie pomyślałem o tym w kategoriach zaproszenia czy gotowości. Zakładałem po prostu, że to błąd snu, jakiś szum. A tu okazuje się, że może to jest mechanizm ochronny samego miejsca?
Słucham tej rozmowy i myśle ze może to wcale nie musi być 'albo albo'. Mam rytuały, gdzie sie rozmawia z miejscem jak z bytem, ale to nie znaczy ze ono naprawde odpowiada niezależnie od nas. Może dom we snie jest żywy dokładnie w takim stopniu w jakim my przynosimy do niego życie. Czy to ma sens?
To rozpoznanie przed zobaczeniem to coś, co mnie uderza. Bo to znaczy, że ciało wie wcześniej niż wzrok, tak? Czy to nie jest właśnie ta część, która mogłaby wskazywać, że ten dom jest gdzieś zakodowany głębiej niż w pamięci wzrokowej?
Tego się nie spodziewałam. Jest taki dom, stryjek wspominał raz, że dziadkowie mieli dom na wschodzie, przed przesiedleniami. Nigdy nie widziałam zdjęcia, nikt nie wracał do tematu. Nie wiem nawet gdzie dokładnie. Czy to mogłoby być coś takiego?
Dom na wschodzie przed przesiedleniami to jest zupełnie inny wymiar tej rozmowy. Tarot ma archetypową kartę, która sie wiąże z powrotem do źródła i z pamięcią, której nikt świadomie nie przechowuje. Nie chce wyrokować, ale ta zbieżność jest uderzająca. Czy ten sen nasilił się kiedyś przy okazji jakiejs rodzinnej uroczystości albo kiedy rozmawiałas z kimś o przeszłości?
Śledziłam tę rozmowę od dłuższego czasu i nie zabierałam głosu, bo nie miałam nic konkretnego do dodania, ale teraz mam. Prowadzę notatki z moich snów od kilku lat i za każdym razem kiedy pojawiał się dom, który 'działał' na mój ruch, wchodziłam w intensywniejszy kontakt ze wspomnieniami rodzinnymi w kolejnych tygodniach. Nie wiem czy to związek przyczynowy, ale zbieżność za każdym razem mnie zatrzymuje.
Nie od razu. Bardziej dezorientujące niż przytłaczające. Miałam takie poczucie, że coś się po cichu układa w kolejności, której nie wybrałam. Dopiero jak to minęło, widziałam, że to miało sens. W środku tego było trochę niepokojąco.
Zastanawiam się, czy ten dom na wschodzie, który Dobrusia wspomniała, mógłby w ogóle być tym samym, który otwiera ściany w snach. Czy to musi być dosłowny dom? Babcia mówiła, że miejsca pamiętają przez tych, którzy z nich wyszli, i ta pamięć nie jest słowami, tylko czymś, co przenosi się ciałem, nieświadomie.
Wróce do samego domu bo troche odpłyneliśmy. Dobrusia mówiła ze ściany otwierają się zanim ona coś zrobi, sama obecność wystarcza. Jeśli to jest pamięć rodowa, to ten dom może reagowac na konkretną energetyczną sygnaturę rodziny, nie na Dobrusiię jako osobę, tylko na to, czym jest jako część rodu. Czy to zmienia jak o tym myślisz?
