Chciałam napisać o czymś, co mnie nurtuje od dłuższego czasu. Mam sen, który wraca może raz na kilka tygodni, czasem rzadziej. Zawsze jest trochę inny - inne miejsca, inne osoby, inne szczegóły. Ale kiedy się budzę, mam dokładnie to samo uczucie. Ciężkie, jakby ktoś mi powiedział coś bardzo ważnego i zabrał to zanim zdążyłam zapamiętać. Nie smutek, nie strach - takie... niedopełnienie. I za każdym razem jest tak samo intensywne. Jakby sen nie miał na celu opowiedzieć mi historii, tylko dostarczyć to jedno uczucie. Czy ktoś ma podobnie? Zastanawiam się, czy to uczucie nie jest właśnie przesłaniem, a nie treść.
To co opisujesz bardzo mi coś przypomina. Słyszałam kiedyś takie ujęcie, że sen to tylko opakowanie, a emocja, z którą się budzisz, to właściwy list. Treść jest jak koperta - możesz ją wyrzucić, ale wiadomość zostaje. Mnie przez długi czas nawiedzał sen zupełnie inny za każdym razem wizualnie, ale zawsze budziłam się z poczuciem, że stoję na granicy czegoś i nie wolno mi przekroczyć. I to uczucie trwało ze mną cały dzień. Pytanie do ciebie - to niedopełnienie, które opisujesz, czy ono zanika w ciągu dnia, czy zostaje?
Czytam i też mam tak od lat. Mój sen jest zawsze o poszukiwaniu - szukam kogoś albo czegoś w różnych miejscach. Miejsce się zmienia, ale budzę się zawsze z takim uczuciem ulgi zmieszanej z tęsknotą. Ulga, bo skończyło się szukanie, i tęsknota jakby za tym, że jednak szukałam. Dziwne. Nigdy nie wiedziałam, że można analizować samo uczucie po przebudzeniu, nie sen. To otwiera zupełnie inne drzwi. Ale jak wy to robicie? Jak pracujecie z takim uczuciem, żeby coś z niego wyciągnąć?
Ja mam inaczej - mój sen jest prawie zawsze taki sam i uczucie po nim tez. Budzę się z taką złością, jakby ktoś mnie obudził w połowie zdania. Nie pamiętam szczegółów, tylko to że coś mi przerwano. I ta złość jest głupia trochę bo nie wiem na co. Czy to może znaczyć że sen próbuję coś skończyć i nie może?
Przepraszam że wchodzę z innej strony, ale czy to nie może być po prostu kwestia fazy snu, w której się budzimy? Bo słyszałem że w zależności od tego, czy budzisz się w fazie REM czy poza nią, możesz mieć zupełnie inne odczucia. Nie twierdzę że to wyklucza duchowe znaczenie, ale ciekawi mnie, czy ktoś z was sprawdzał swoją porę przebudzenia i porównywał z uczuciem.
Chcę wrócić do tego, co mówiła Wrotycz o uczuciu czegoś zgubionego dawno temu. Mnie to uderzyło, bo w tradycjach, które znam, jest przekonanie że pewne uczucia ze snów to nie są nasze własne emocje z tego życia. To są ślady po duszy, która przechodziła przez inne doświadczenia. I te ślady nie mają formy obrazu ani słowa, bo obraz i słowo przypisane są do konkretnego ciała i konkretnego życia. Uczucie jest starsze. Wrotycz - czy to niedopełnienie ma w sobie coś znajomego, jakbyś już to kiedyś czuła, tylko nie w tym życiu?
Słucham tej rozmowy i z jednej strony coś mnie ciągnie, żeby powiedzieć że to są po prostu sny i emocje które w nas zostają. Z drugiej strony sama mam coś podobnego i nie mam dobrego wytłumaczenia. Budzę się zawsze z takim lekkim wstydem po pewnych snach, nawet jeśli sen nie był niczym wstydliwym. Ten wstyd jest bez treści, bez obiektu. Nie wiem co z tym zrobić, bo nie ma do czego go przypisać.
Rzadko piszę, ale ten wątek mnie zatrzymał. Mam sen od wielu lat, prawie identyczny wizualnie, i uczucie po nim zawsze jest takie samo. Spokój. Ale nie zwykły spokój - taki, który jest trochę nieswojo, jakby nie należał do mojego normalnego życia. I budzę się nim trochę zdystansowana od wszystkiego wokół. Przez kilka godzin świat wydaje się mniej ważny. Nie wiem czy to dobrze czy nie.
Czytałam całą tę rozmowę i uderzyło mnie coś. Wszyscy opisujecie uczucia, które są bardzo precyzyjne i trudne do nazwania - niedopełnienie, wstyd bez obiektu, spokój nie z tego świata. Czy myślicie, że to właśnie ta trudność w nazwaniu jest kluczowa? Że sen dostarcza czegoś, co istnieje poza językiem, i emocja jest jedynym nośnikiem, który może to przenieść przez granicę jawy?
Mnie to wszystko trochę przeraża szczerze mówiąc, ale nie mogę przestać czytać. Mam pytanie do tych, którzy to przeżywają - czy te uczucia ze snów są zawsze nieprzyjemne czy mogą być też piękne, tylko dziwne? Bo znam kogoś kto budzi się zawsze z płaczem po pewnym śnie, ale mówi że to nie jest smutny płacz. I nie wiem co jej powiedzieć.
To co opisuje znajoma Kazi jest bardzo podobne do tego, co Silaria66 mówiła o spokoju który dystansuje. Jakby te uczucia ze snów były z innego rejestru niż nasze codzienne emocje. Płacz który nie boli, spokój który niepokoi - one nie pasują do naszej normalnej skali. Mam wrażenie że właśnie ta niepasującość jest informacją samą w sobie.
Wrotycz, tak, dokładnie to miałam na myśli. I odpowiadając na twoje wcześniejsze pytanie - po tym spokoju nie czuję tęsknoty, raczej takie zawieszenie. Jakby przez chwilę dwie rzeczy istniały jednocześnie: moje zwykłe życie i coś jeszcze, co nie ma nazwy. I potem to drugie odpływa.
A czy to bezpieczne zostać tak w tym stanie? Pytam serio, bo trochę się boję że można utknąć w jakimś miejscu między snem a jawą i nie do końca wrócić. Czy to nie jest właśnie ta hipnagogia o której się tu czasem mówi?
Moje jest w klatce piersiowej. Zawsze. Takie coś między uciskiem a ciepłem. Nie boli, ale jest wyraźne. I właśnie ta powtarzalność miejsca też mnie zastanawia - czy to jest przypadek że zawsze tam, a nie na przykład w gardle czy w brzuchu.
Klatka piersiowa to miejsce, które w wielu tradycjach traktuje się jako centrum połączenia z przeszłością duszy. Nie serce jako narząd, ale przestrzeń wokół niego. Interesuje mnie to, co Wrotycz powiedziała wcześniej - że uczucie pamiętało, nawet jeśli ona nie pamięta. Czy to uczucie jest zawsze identyczne co do intensywności, czy bywa mocniejsze albo słabsze?
A u mnie ta złość po śnie jest zawsze tak samo mocna, nie zmienia się. Zastanawiam sie teraz po tym co mówi Wrotycz czy to nie znaczy że moj sen jest o czymś co sie nie zmienia, jakimś stałym miejscu albo sytuacji. Nie rozumiem tego do końca ale coś mi to mówi.
Chcę się upewnić że dobrze rozumiem tę rozmowę. Mówimy o uczuciach które są identyczne przy każdym powtórzeniu snu - i szukacie w tym znaczenia. Ale pytanie, które mnie nurtuje: czy to uczucie przychodzi chwilę po przebudzeniu, czy jest obecne jeszcze w samym śnie? Bo to chyba robi różnicę.
to co mówisz o kontynuacji bardzo mnie uderza. Bo ja zawsze myślałem że uczucie po śnie to jakaś reakcja na sen, coś co produkuje mózg po fakcie. A ty mówisz że ono po prostu jest i zostaje. Czyli jakby sen był naczyniem, a uczucie tym co w nim płynęło?
Ale jak uczucie może być takie samo jak sen jest inny? To chyba niemożliwe, zawsze coś musi je wywołać, jakiś obraz albo sytuacja. Chyba że sen to tylko przykrywka i tak naprawdę chodzi o to uczucie od początku.
Zatrzymuję się przy tym co Goplana mówi, bo to wymaga doprecyzowania. Czy sugerujesz że uczucie jest zawsze ważniejsze od treści snu? Bo to by stawiało pod znakiem zapytania całą pracę z symboliką i obrazami sennymi.
Słucham tej rozmowy i myślę o swoim spokoju który zostaje. Zastanawiam się teraz - czy to możliwe że to uczucie to nie jest wiadomość dla mnie, tylko że to ja ze snu przebijam się do mnie z jawy? Że to nie ktoś do mnie mówi, tylko ja do siebie?
A skąd mamy wiedzieć że to my, a nie ktoś inny kto się przez nas przebija? Przeciez mogą być duchy albo energie które używają snów żeby dotrzeć. Nie mówię że tak jest, ale jak odróżnić jedno od drugiego?
Właśnie to samo chciałem powiedzieć co Szymek. Emocja jest moja, ale nie wiem za co - to brzmi jak opis czegoś co znamy z jawy też. Możemy być na kogoś wściekli i nie wiedzieć dlaczego, prawda? I zwykle okazuje się że powód jest gdzieś głębiej i nie chce się pokazać wprost.
A czy ktoś z was próbował kiedyś zapytać tego snu bezpośrednio? Znaczy, zanim zasnął albo w trakcie - żeby to uczucie samo powiedziało o co chodzi? Może to głupie pytanie ale ciekawi mnie czy da się z nim rozmawiać.
Czytam od dłuższego czasu i nie bardzo się znam na tych wszystkich rzeczach, ale mam jedno proste pytanie - czy jeśli uczucie po śnie jest zawsze smutne, ale po nim czuję sie lepiej przez cały dzień, to co to znaczy? Bo mój sen wraca od lat i jest w nim coś ciężkiego, ale po przebudzeniu jakby mi ulżyło. Nie rozumiem jak to działa.
Nie za bardzo. Wiem że jest ktoś bliski, ale nie widzę twarzy. I jest jakieś pożegnanie, ale nie smutne tylko... czyste? Nie wiem jak to inaczej powiedzieć. A przy przebudzeniu zostaje mi spokój, jak po wypłakaniu się na dobre. I przez cały ranek jest mi jakoś lżej.
To co opisuje Miroslawa71 bardzo mi się kojarzy z tym co w pracy z ciałem nazywamy integracją. Emocja zostaje przeprowadzona przez układ do końca, nie urwana w połowie. Stąd to poczucie ulgi. Większość snów nie kończy procesu - ten kończy. I może właśnie dlatego wraca, żeby wciąż robić tę samą robotę.
