śniło mi się, że byłam w ciąży i trafiłam do szpitala na poród. nie widziałam żadnej sali porodowej, tylko poczekalnie... a potem jakby ktoś pstryknął palcami i już trzymałam na rękach chłopczyka. duży, ładny, spokojny, blondzinek, jakiś taki... idealnie czysty i zdrowy. miałam w głowie tylko jedno pytanie: „no ale jak to, przecież miało boleć?”. byłam kompletnie oszołomiona tym wszystkim.
potem biegałam po korytarzu z telefonem i nie mogłam dodzwonić się do rodziny, nie trafiałam w klawisze, nie mogłam wkrecić numeru. przyjechała tylko część rodziny, a miało być wiadomo wszyscy, bo zaraz po porodzie miała być jakaś uroczystość z okazji przyjścia dziecka na świat. ktoś zrobił mi zdjęcia, jedno kiedy byłam jeszcze w ciąży, uśmiechnięta i dobrze wyglądałam, i drugie już po wszystkim.
potem pojechałam z tym dzieckiem do rodziców mojego chłopaka, który zmarł niespełna rok temu na chorobę. chciałam powiedzieć do jego mamy: „Zosiu, Jaś nam się urodził”... ale ugryzłam się w język i powiedziałam tylko, że została babcią. ona na to: „no tak, chyba nie zupełnie”... i zabrała mnie i moją siostrę na jagody, które rosły koło jej domu. zrywałyśmy je przez chwile i od razu jadłyśmy prosto z krzaka.
wróciłyśmy do domu, zajrzałam do pokoju dziecka, spało sobie spokojnie, poprawiłam mu kołderkę. i wtedy poczułam dziwne wrażenie, że to dziecko jest podobne do Jasia. pomyślałam sobie w myslach: „czy Jaś wyglądał tak samo, jak był taki malutki?”
Sny potrafią zostawać w głowie na długo, a ten wygląda na jeden z takich.
Oj, ciekawe to wszystko, co opisujesz... takie sny człowieka elektryzują i długo nie dają spokoju
