Śniło mi się tej nocy, że ginęłam w wypadku samochodowym. Jechałam ze swoim mężem jakąś konkretną trasą, którą znam, i nagle samochód przed nami zaczął przyspieszać, za nami ktoś siedział na zderzaku, mąż też dodał gazu i... tyle. Musiało dojść do dachowania, bo widziałam to wszystko jakby przez obiektyw kamery, która się rozbija. Nie bolało nic, nie mogłam się ruszyć, nie krzyczałam, byłam jakby zamrożona. Nie wiem nawet, co było bezpośrednią przyczyną, ale przy takich prędkościach to może być dosłownie wszystko, dziura, kamień, zbłąkane zwierze.
I nagle dotarło do mnie we śnie, że już odchodzimy. Pomyślałam o dziecku, rodzicach, rodzeństwie, że zaraz przyjadą karetki i policja i że za jakiś czas nas pochowają. I wiesz co, poczułam żal, że to już koniec, że tyle jeszcze mogłabym zrobić. Ale jednoczesnie byłam dziwnie spokojna, bez histerii, bez paniki.
Sen był bardzo realistyczny, aż mnie ciarki przeszły po przebudzeniu. Nigdy wcześniej nie śniło mi się, że umieram. Szczerze mówiąc trochę mnie to niepokoi i zastanawiam sie, co to w ogóle może oznaczać.
Chciałam zapytać z czystej ciekawości... czy jest Pani z kimś w jakimś sporze albo konflikcie?
Nie mam słów... po prostu obłędne to jest
Oniemiałam...
