To jest trochę inne niż to co sobie wcześniej wyobrażałam czytając ten wątek. Myślałam, że wy jakoś aktywnie to porównywaliście, a tu wychodzi, że to było spontaniczne rozpoznanie. To chyba jednak coś zmienia w tej dyskusji?
Zmienia dość dużo. Spontaniczne rozpoznanie jest trudniejsze do wyjaśnienia przez sugestię czy dopasowywanie. Norbert, mam jeszcze jedno pytanie - czy kiedy on to powiedział, twoja pierwsza reakcja była "mnie też to spotkało", czy raczej "o ciekawe, coś podobnego mi się przydarzyło"? To niby to samo, ale emocjonalnie zupełnie inne.
Ten skok, o którym mówisz - mnie to coś przypomina. Miałam kiedyś podobne doświadczenie z mamą, opowiedziała sen i zanim skończyła, już wiedziałam że to mój sen. Nie słowami, tylko tym uczuciem. Zastanawiam się czy to nie jest właśnie ta emocjonalna część, która jest wspólna - nie obraz, nie znaczenie, tylko ten moment rozpoznania.
A co z sytuacją Norberta i jego kumpla - gdyby obaj zajrzeli do słownika po tym samym śnie, to by wyszło im to samo znaczenie? I czy to by cokolwiek potwierdzało, czy raczej właśnie zaprzeczało temu, o czym tu gadamy?
To jest właśnie ta nakładka, o której mówił Jung - nie konkretne zdarzenia, tylko faza. Koniec czegoś bez nazwania nowego. I co ciekawe, obca twarz na znajomej osobie to bardzo klasyczny obraz dla tej fazy. Nie dlatego, że słownik tak mówi, tylko dlatego, że psychika ma ograniczony repertuar obrazów dla tego stanu.
Dobra, ale to trochę rozbija mi wcześniejsze myślenie. Jeśli ten sam obraz może znaczyć różne rzeczy, to co tak naprawdę połączyło Norberta i jego kumpla? Samo to, że obaj przechodzili jakiś koniec? Bo to brzmi bardzo ogólnie.
Norbert, a wracając chwilę do samego snu - ta osoba, która miała inną twarz, to była ta sama osoba co u ciebie? Tzn. wasze bliskie osoby to były różne kobiety czy ten sam archetyp?
I to jest chyba kluczowe zdanie w tej całej rozmowie. Podobna struktura, nie ten sam sen. Może właśnie o to chodzi w tym rozpoznaniu - że rozpoznajemy nie treść, tylko formę. I to jest coś, czego żaden słownik nie opiszę, bo słownik operuje na treści.
A czy to rozpoznanie pojawiło się od razu, jak zaczął mówić - czy dopiero w połowie, kiedy już wiedziałeś o co chodzi? Bo to może być ważne. Czy rozpoznałeś formę, zanim usłyszałeś szczegóły?
To brzmi jak sytuacja, gdzie obaj doszliście do wniosku na podstawie naprawdę małej ilości informacji. Nie mówię, że to źle, ale zastanawiam się - czy to uczucie "wiem o co chodzi" nie jest zawsze trochę na kredyt?
I tutaj właśnie wracamy do tego, od czego ten wątek się zaczął - czy istnieje jakiś wspólny klucz. Bo jeśli rozpoznanie jest emocjonalne, to żaden słownik nie pomoże. Ale jeśli jest strukturalne, to może coś takiego jak archetyp naprawdę działa jako punkt odniesienia.
No i to jest chyba najuczciwsza odpowiedź w tym wątku. Że trafiło ci "koniec", bo byłeś w trakcie końca czegoś. To nie znaczy, że ta interpretacja jest zła - ale to znaczy, że to ty jej wybrałeś, nie że ona wynikła ze snu.
Norbert, a możesz powiedzieć więcej o tym, co konkretnie was połączyło? Bo czytam ten wątek od początku i wciąż nie do końca rozumiem - czy to było konkretne zdanie, obraz, emocja? Bo to może dużo zmienić w tej dyskusji.
Ten opis "kogoś znajomego, ale zapomnianego" to jest niesamowite sformułowanie. Mnie to też się zdarzało - ta twarz, którą czujesz, że znasz, ale mózg jej nie kataloguje. Czy to może być jakiś aspekt samego siebie?
Poczekaj, bo to mnie ciekawi - to znaczy, że ta sama treść snu może oznaczać coś diametralnie innego w zależności od emocji po przebudzeniu? Nie po samym śnie, ale po przebudzeniu?
Mnie to zastanawia, bo w tym śnie z twarzą - budziłem się spokojnie. Nie przestraszony, tylko z takim dziwnym poczuciem, że coś ważnego zostało. Nie wiedziałem co. I to właśnie sprawiło, że zacząłem o tym rozmawiać z ludźmi.
To chyba jeden z najważniejszych szczegółów w tym wątku, który pojawił się stosunkowo późno. Że nie był to sen niepokojący - był niezrozumiały. I właśnie ta niezrozumiałość cię ruszyła, nie lęk.
I to może tłumaczyć, czemu tak szybko złapałeś to "wiemy o co chodzi" z tamtym kumplem. Bo nie szukałeś wyjaśnienia koszmaru, tylko nazwy dla czegoś, co już czułeś. A on dał ci słowo - "zapomniany znajomy". I to wystarczyło.
A czy to musi być albo-albo? Bo mam wrażenie, że ta rozmowa co jakiś czas wpada w pułapkę: albo jest coś uniwersalnego, albo jest czysto indywidualne. Może obraz działa na obu poziomach jednocześnie - ma zakotwiczenie, które sprawia, że ludzie niezależnie od siebie trafiają na podobne skojarzenia, i jednocześnie każdy z tego zakotwiczenia ciągnie coś swojego. To nie wyklucza ani słownika, ani osobistego odczytu.
