ta pętla którą opisuje Runiarka - że zawsze możesz to robić, tylko bardziej ukrycie - to jest właśnie to co mnie od początku niepokoi w temacie. samoakceptacja zakłada że widzisz siebie realnie. ale jeśli wszystkie twoje praktyki mogą nieświadomie służyć do zniekształcania obrazu, to jak magia ma pomagać w samoakceptacji, skoro może tylko utrwalać zniekształcenia?
to jest naprawdę uczciwe pytanie i nie mam na nie prostej odpowiedzi. mogę powiedzieć tylko tyle że w mojej praktyce kilka razy zdarzyło mi się dostać w rytuałach informacje których absolutnie nie chciałem i których bym sobie nie wymyślił. to nie jest dowód na nic metafizycznego, ale jest dowodem na to że przynajmniej czasem coś w tej pracy nie działa jako echo komory. co sprawia że tak jest jednym razem a nie innym - tego nie wiem.
to co Donat opisuje - niechciane informacje, coś czego się nie szukało - pojawia się w literaturze pod różnymi nazwami. w analizie jungowskiej to byłoby coś w rodzaju konfrontacji z cieniem, czyli tymi częściami siebie które aktywnie odpychamy. i może właśnie to jest kryterium które warto sobie zadać przy ocenie własnej praktyki: czy cokolwiek co robię kiedykolwiek pokazuje mi coś czego nie chciałam zobaczyć? jeśli zawsze dostajesz potwierdzenia - to jest sygnał.
to co Chryzoprazka napisała na końcu - że może za bardzo jest 'grzeczna' w swojej praktyce - brzmi dla mnie jak bardzo uczciwe spostrzeżenie. i właśnie to mnie zastanawia: czy samoakceptacja, na którą część z nas pracuje przez magię, nie jest czasem po prostu lepiej opakowanym unikaniem? bo akceptacja siebie brzmi pięknie, ale w praktyce może oznaczać 'przestałam walczyć z tym co trudne' zamiast 'zobaczyłam to i zostałam z tym'.
to rozróżnienie między akceptacją a rezygnacją jest kluczowe i myślę że w tradycjach które znam najczęściej pojawia się jeden test: czy po 'zaakceptowaniu' czegoś twoje zachowanie się zmieniło, czy zostało takie samo? bo prawdziwa akceptacja często paradoksalnie uruchamia zmianę. rezygnacja ją blokuje.
ja się zastanawiam czy w ogóle da się to rozstrzygnąć od środka. w cyklach z którymi pracuję jest takie pojęcie roku dziewiątego - rok zamknięcia, odpuszczenia. i przez długi czas myślałam że w moim roku dziewiątym 'odpuściłam' pewien wzorzec relacyjny. ale jak przyszedł nowy cykl i sytuacja się powtórzyła, to zrozumiałam że odpuściłam tylko myślenie o tym, nie sam wzorzec.
to co Dziedzilia opisuje z tymi cyklami i złudzeniem zakończenia - ja mam poczucie że robiłam to samo z runami ale bardziej dosłownie. trafiaław mi się jakaś runa oznaczjąca zakończenie etapu i to mi wystarczało żeby ogłosić sobie że etap jest zamknięty. bez żadnej realnej pracy.
słucham tej rozmowy i zastanawiam się - czy w takim razie magia w kontekście pracy nad sobą jest dla kogokolwiek faktycznie pomocna, czy raczej daje tyle okazji do samooszustwa że lepiej bez niej? pytam serio, bo z tej rozmowy wyłania mi się dość pesymistyczny obraz.
Stanislawa, rozumiem ten pesymizm, ale myślę że to jest pytanie o proporcje, nie o zero-jedynkę. terapia też daje mnóstwo okazji do samooszustwa - można latami chodzić do terapeuty i budować coraz bardziej wyrafinowane narracje o sobie zamiast czegokolwiek zmieniać. to nie jest argument przeciwko terapii, tylko argument za tym żeby być szczerym wobec procesu. magia ma tu tę samą podatność, nie większą.
zgadzam się z Donat55, ale dodałabym że magia ma jedną specyficzną trudność której terapia nie ma: brak zewnętrznego obserwatora który jest z tobą regularnie i widzi cię w czasie. terapeuta widzi jak się zmieniasz - albo nie zmieniasz - przez miesiące. w solowej praktyce to wszystko zostaje w twojej głowie.
wracając do tego co Stanislawa pytała o pesymizm - myślę że pesymistyczny obraz bierze się z tego że rozmawiamy tu głównie o tym gdzie magia zawodzi, a nie o tym gdzie pomaga. i może właśnie w tym temacie czyli samoakceptacja - pomaga inaczej niż się oczekuje. nie daje gotowej akceptacji, ale może stwarzać warunki do momentów które trudno zignorować.
to co Kalikst mówi o 'momentach trudnych do zignorowania' - czy mógłbyś to rozwinąć? bo ja wiem czego nie chcę widzieć, i niespecjalnie żebym tego nie widziała w kartach. widzę. i nadal to ignoruję przez kilka dni. więc nie wiem czy sam moment wystarczy.
słuchajcie, mam inne pytanie. mówimy o magii i samoakceptacji jakby to był jeden temat, ale chyba są dwa różne pytania: czy magia pomaga zobaczyć siebie realnie, i czy pomaga zaakceptować to co się zobaczyło. bo może jest dobra w jednym, a niekoniecznie w drugim.
a co to znaczy somatyczna? w sensie praca z ciałem? bo nigdy tak o tym nie myślałam że zaakceptowanie czegoś w sobie to może być coś co trzeba przeżyć fizycznie, nie tylko 'zrozumieć'.
Runiarka_57, tak, praca somatyczna to praca z ciałem. i to jest coś czego mi długo brakowało w podejściu czysto rytualnym. można wielokrotnie 'zrozumieć' coś na poziomie głowy - że jestem wystarczająca, że jakiś wzorzec mi nie służy - i to rozumienie nie robi absolutnie nic, dopóki ciało trzyma swoje. są podejścia które łączą rytuał z uziemieniem fizycznym właśnie po to, żeby nie zostało tylko na poziomie symbolu.
to co Celestynka pisze jest dla mnie dość zaskakujące, bo zakładałam że magia i praca z ciałem to są dwa osobne światy. ale teraz myślę że może właśnie to jest to czego mi brakowało kiedy próbowałam różnych rzeczy i nic nie zostawało. robiłam rzeczy 'poprawnie' ale chyba wyłącznie w głowie.
ale ja chcę się upewnić że dobrze rozumiem. czy mówicie że magia działa na samoakceptację tylko jeśli połączy się ją z czymś cielesnym? czy że może działać inaczej, ale bez ciała jest po prostu słabsza? bo to duża różnica.
wracam do tego co Iwetka zadała wcześniej, o tych dwóch pytaniach: widzenie siebie i akceptowanie. i zastanawiam się czy nie ma jeszcze trzeciego kroku którego w tej rozmowie nie wymieniłyśmy. bo można zobaczyć, można zaakceptować, ale potem jest jeszcze - co z tym zrobić? i tu mam wrażenie że magia najbardziej zawodzi. tzn. widzenie - tak. akceptacja - może. ale zmiana zachowania, decyzji, wzorca? to już chyba życie, nie rytuał.
Dziedzilia, to ciekawe że wprowadzasz ten trzeci krok, bo ja właściwie uważam odwrotnie. nie wiem czy magia jest dobra w widzeniu - to zależy od tego ile projekcji wnosimy do naszych praktyk. ale widziałem że jest dobra w tym trzecim kroku, w zmianie zachowania, ale nie przez to że mówi ci co robić, tylko przez to że daje ramy. rytuał który powtarzasz cyklicznie przypomina ci o intencji w momencie kiedy życie by cię od niej odciągnęło. to nie jest słabe.
ale czy ta rama nie staje się z czasem automatyczna? bo ja tak miałam że zaczęłam od czegoś co naprawdę robiłam z sensem, a po kilku miesiącach to był po prostu nawyk. już nie pamiętałam dlaczego to robiłam. i wtedy nie wiem czy ta rama cokolwiek przypominała.
przepraszam że wchodzę z innej strony, ale to co Dziedzilia powiedziała o trzecim kroku - czy to nie jest właśnie miejsce gdzie numerologia mogłaby być przydatna? w sensie cykle, okresy sprzyjające zmianie, okresy sprzyjające odpoczęciu od zmiany? bo sama zauważyłam że próba zmiany czegoś w złym momencie cyklu to jest walka z prądem.
słucham tego wszystkiego i mam wrażenie że wychodzi z tego coś takiego: magia jest pomocna w kontekście pracy nad sobą, ale tylko jeśli i tak robisz pracę nad sobą. a jeśli nie robisz, to magia albo nic nie robi albo daje złudzenie że robisz. czy to jest uproszczenie czy naprawdę tak to widzicie?
mnie w tym wszystkim zastanawia jedno: rozmawiamy o magii jako o czymś co pomaga w pracy nad sobą, ale czy ktoś z was miał doświadczenie odwrotne? że praktyka magiczna aktywnie przeszkadzała w samoakceptacji? bo ja miałam okresy kiedy system który stosowałam dawał mi tyle struktury i kategorii że zaczęłam przez niego patrzeć na siebie zamiast na siebie bezpośrednio. i to nie było dobre.
to co Placyda mówi o honorowaniu zamiast rozumienia - to chyba jest sedno tego całego wątku? bo samoakceptacja to może nie jest rozumienie siebie, tylko właśnie to uhonorowanie. i magia może być w tym dobra ale tylko jeśli nie wchodzi w rolę kolejnego systemu do analizy. nie wiem czy dobrze rozumiem ale tak to czuję.
to co Runiarka powiedziała na końcu - o honorowaniu zamiast rozumienia - zostało ze mną. i mam pytanie, może trochę z boku: czy magia w ogóle może honorować coś czego nie rozumie? bo jak siadam do run i coś wyciągam, to nie zawsze wiem co to znaczy, ale jakoś to czuję. i zastanawiam się czy to jest właśnie to o czym mówicie, czy może coś innego.
to co Kalikst pisze budzi mnie bo miałam podobnie. robiłam coś regularnie wokół pewnego tematu i byłam przekonana że to pomaga, a w praktyce to był sposób żeby nie musieć faktycznie z tym tematem siedzieć. rytuał dawał ulgę na chwilę i na tym koniec. więc to pytanie o 'co honorujesz' jest dla mnie naprawdę konkretne.
ale jak rozróżnić że ritułał daje ulgę bo przepracowujesz, od ulgi bo uciekasz? bo mi się wydaje że od wewnątrz to może wyglądać identycznie.
