Pracuję jako ilustratorka i od jakiegoś czasu mam taki problem, że rytuały które sama sobie wymyśliłam zaczęły mnie dosłownie paraliżować zamiast pomagać. Zaczęło się niewinnie - zapalałam świecę przed rysowaniem, parzyłam konkretną herbatę, siadałam zawsze w tym samym miejscu. eh przez kilka miesięcy to działało świetnie, miałam wrażenie że sama ta sekwencja czynności przestawia mnie w jakiś tryb pracy. A potem nagle przestało. nie mogłam zacząć rysować jeśli skończyła mi się ta konkretna herbata albo świeca była nie tego koloru. Serio, siedziałam i gapiłam się w białą kartkę bo coś było nie tak z moją "ceremonią". ktoś miał coś podobnego? Zastanawiam się czy to w ogóle jest kwestia rytuału czy raczej czegoś innego co się za nim kryje.
To co opisujesz to klasyczny przykład tego jak rytuał przechodzi z fazy wspierania w fazę uzależnienia od warunków zewnętrznych. Mam na myśli coś konkretnego - na początku rytuał działa jako sygnał dla umysłu, coś w stylu "teraz jest czas na tworzenie". Z czasem jednak umysł zaczyna traktować elementy rytuału nie jako sygnał, ale jako warunek konieczny. I to jest spora różnica. W tradycjach szamańskich czy druidycznych mówi się o tym że rytuał ma służyć praktykującemu, nie odwrotnie. jeśli zaczynasz być sługą swojego własnego rytuału to coś poszło nie tak. Ale powiedz mi więcej - czy te blokady pojawiły się stopniowo czy nagle, z dnia na dzień?
Sama przez to przechodziłam, tyle że jeśli chodzi o rozkładania tarota przed sesjami twórczymi. Miałam swój konkretny układ kart, konkretny czas, konkretne miejsce. I też w pewnym momencie zaczęłam odczuwać coraz większy lęk że jeśli czegoś nie zrobię "tak jak trzeba" to praca będzie zepsuta. To trochę bardziej skomplikowane niż się wydaje, bo rytuał rzeczywiście zmienia stan umysłu, ale nie przez magię elementów zewnętrznych - raczej przez powtarzalność i intencję. Problem zaczyna się wtedy kiedy intencja gdzieś po drodze znika, a zostaje sama forma.
A nie jest tak że samo pojęcie rytuału kreatywnego jest trochę przereklamowane? czytałam kiedyś o tym jak różni artyści mają swoje dziwne nawyki przed pracą i wszyscy to gloryfikują - Schiller trzymał zgniłe jabłka w szufladzie, Beethoven liczył ziarna kawy. Ale czy to rytuał czy po prostu ekscentryzm? Serio pytam, bo sama nie wiem jak to rozróżnić.
Ja mam inne podejście do tego i nie wiem czy się ze mną zgodzicie. Wydaje mi się że kamienie mogą tu dużo pomóc, szczególnie przy pracy twórczej. Cytryn albo karneol są podobno związane z kreatywnością i przepływem energii. Może problem nie jest w samym rytuale tylko w tym że nie ma w nim odpowiednich elementów które naprawdę wspierają przepływ?
Czytam tę rozmowę i mam pytanie może głupie, ale nie rozumiem jednej rzeczy. Skoro rytuał ma "otwierać przestrzeń" jak to ktoś wyżej napisał, to po co w ogóle rytuał zamiast po prostu... siąść i pracować? Serio, pytam bez złośliwości. Sam zaczynam z rytuałami i trochę się gubię w tym co jest ich sensem. Bo z tego co czytam, to chyba łatwoo można zrobić z tego coś co przeszkadza zamiast pomagać.
Ciekawy wątek, choć przyznam że podchodzę do tego bardzziej z perspektywy numerologicznej. Zastanawiam się czy ktoś z was świadomie dobiera czas rytuału, nie tylko jego elementy. Mam na myśli konkretne godziny, dni tygodnia, fazy księżyca - szczególnie przy pracy twórczej która ma jakiś cykl. Bo może problem Marselli leży też w tym że rytuał był zawsze taki sam niezależnie od czasu, a czas ma wpływ na to jak odbieramy nasze własne praktyki.
Wracam do tego co powiedziała Tekla o wentylacji rytuału bo to mnie bardzo uderzyło. Mam pyytanie praktyczne: jak często robić takie świadome złamanie? eh, raz na miesiąc, przy każdym nowiu, losowo? Bo jeśli robię to za często to chyba nie ma rytuału w ogóle, a jeśli za rzadko to wracamy do punktu wyjścia.
To jest naprawdę ważne rozróżnienie i nie mam na nie gotowej odpowiedzi, ale mam pewną obserwację. Kiedy chodzi o opór przed pracą, to zwykle po zaczęciu robi się lepiej. Siadasz i po kilku minutach wchodzisz w rytm. Natomiast lęk rytualny wygląda inaczej - możesz siedzieć godzinę i wcale nie jest lepiej, bo cały czas kątem oka pilnujesz czy wszystko jest "tak jak trzeba" eee, to jest inne napięcie.
Marzenka zadaje dobre pytanie i to jest coś co naprawdę warto przetestować. Ale żeby to sensownie zrobić, trzeba mieć jakiś punkt odniesienia - co znaczy że rytuał "działa"? Dla każdego to może być coś innego. Jedna osoba czuje przepływ, inna po prostu siada i zaczyna pisać bez myślenia. Jak wy to mierzycie u siebie? Serio pytam, bo to nie jest oczywiste.
ojej Quintessa właśnie powiedziała coś co mnie rozbawia i jednocześnie trafia w sedno. Notowanie jako rytuał. To chyba pokazuje że rytualizacja jest jakiś naturalnym odruchem - kiedy coś działa albo sprawia że czujemy się bezpieczniej, to robimy to regularnie i zaczyna stawać się rytuałem nawet bez intencji. Zastanawiam się czy to w ogóle jest problem czy tylko problem kiedy idzie za daleko.
Tekla, to co piszesz o progu między tym co było a tym co jeszcze nie istnieje to chyba najlepsze zdanie w tym wątku jeśli chodzi o opis tego co czuję kiedy siadam do pracy. Mam dokładnie to poczucie i teraz rozumiem dlaczego mój rytuał był tak ważny - dawał mi jakieś potwierdzenie że ten próg przekroczyłam. Problem zaczął się kiedy rytuał stał się samym progiem, a nie przejściem przez niego.
To "klik" to chyba mit, który funkcjonuje w bardzo wielu miejscach jednocześnie - w coachingu, w terapii, w praktyce rytualnej. Jakbyśmy wszyscy czekali na jakiś sygnał startowy który nigdy nie przychodzi w tej formie jakiej oczekujemy 😉
A co robi w takim razie? Bo to zdanie mnie zatrzymało. Jeśli rytuał nie prowadzi do pracy, to jaką funkcję według ciebie pełni? Naprawdę pytam, nie retorycznie.
Hej, ale czy to nie jest tak że rytuał ma też swoją własną logikę niezależną od zadania które po nim następuje? Jeśli zaczynam go dostosowywać do każdego projektu osobno, to czy to jeszcze jest rytuał czy już tylko technika rozgrzewkowa?
Natka zadała właśnie pytanie które mnie trochę zatrzymuje. Bo mam wrażenie że rozróżnienie między "rytuał się wypełnił" a "opór w przebraniu nudy" jest kluczowe i jednocześnie bardzo trudne do sprawdzenia od środka. Skąd wiesz które to jest?
Zatrzymuję się na tym zdaniu Tekli - "czy wiesz co chcesz od swojego rytuału". Bo ja chyba nigdy tego nie zdefiniowałam. Robiłam go bo działał, albo bo tak mi pasował. Nie pytałam go o nic konkretnego, jeśli to ma jakiś sens jako zdanie.
Marzenka pyta o coś co mnie też długo blokowało. W mojej praktyce wyjście z tego kółka polegało na tym, że przestałam traktować rytuał jako coś co ma mnie przestawić ze stanu stresu w stan gotowości. Zamiast tego - rytuał stał się czymś co robię po tym jak się już trochę ustabilizowałam nie zamiast. Czyli najpierw kilka minut żeby w ogóle obniżyć poziom alarmu, a dopiero potem rytuał. Inaczej rytuał walczy z kortyzolem i przegrywa.
Hmm, ale czy to nie jest przypadkiem tworzenie rytuału przed rytuałem? I tak można w kółko cofać się - co przed chodzeniem, co przed zimną wodą. gdzie jest granica między przygotowaniem a prokrastynacją?
Natka i Chryzoprazkaa dotykają czegoś co w pracy z rytuałem nazywam "rytualizacją ucieczki". To jest mechanizm obronny przebrany za przygotowanie. Rozróżnienie jest trudne od środka, ale jest jeden test który mi pomagał - czy po zakończeniu tego przygotowania czuję lekką niecierpliwość żeby zacząć, czy raczej ulgę że jeszcze nie muszę? Niecierpliwość to dobry znak. Ulga - warto się zatrzymać i zapytać co tak naprawdę odkładam.
I w tym miejscu jest sedno blokady twórczej która nas tu interesuje - nie w rytuałach, nie w technikach. W tym że wiemy, ale nie chcemy wiedzieć. Rytuał może dać pretekst żeby nie wiedzieć trochę dłużej. I to nie jest wina rytuału.
A może jest tak, że rytuał kończysz i wtedy dochodzi nowa przeszkoda, już nie rytualna, tylko praktyczna? Sprawdzasz telefon, odpowiadasz na wiadomość, coś jeszcze "tylko na chwilę". I to jest ta waściwa ucieczka, tylko że już bez kostiumów ezoterycznych.
Słuchajcie, ja jestem sceptyczna wobec części tego co tu pada, ale to akurat co Dadzbog i Natka opisują - to jest po prostu mechanizm psychologiczny który nie ma nic wspólnego z tym czy ktoś wierzy w rytuały czy nie. Każdy kto cokolwiek tworzy zna to z autopsji. Ciekawe że rytuał może być jedną z form, a potem żeby nie pisać, można pójść po wodę albo przestawić długopisy. Mózg jest naprawdę pomysłowy.
To co Quintessa opisuje ma konkretną nazwę - impuls delay. Tim Pychyl, który od lat bada prokrastynację, pokazuje że decyzja o odłożeniu pracy nie jest jedna - ona się odtwarza przy każdym progu przejścia. Kończysz rytuał, przed tobą pusty plik i mózg znowu ocenia: czy zaczniemy? I znowu może zdecydować że nie. Rytuał pomaga przejść przez jeden próg, ale jeśli jest ich kilka, to każdy kolejny wymaga jakiegoś własnego wejścia.
A czy te przejścia - to wygaszenie na koniec - to w ogóle traktujesz jako rytuał zamknięcia? Pytam bo ja kompletnie zaniedbywałam kończenie. Miałam rytuał na start, ale nigdy nic na koniec, i zastanawiam się czy właśnie to powodowało że nie mogłam "wyjść" z trybu pracy, wszystko się przelewało.
To pytanie które Edytka stawia sama sobie - czy to rytuał czy sygnał dla mózgu - mnie bardzo zastanawia. Bo może to nie są dwie różne rzeczy? ojej no, rytuał od zawsze był sposobem żeby ciało i umysł wiedziały, że coś się zmienia. Neurologia to po prostu tłumaczy innym językiem, nie zaprzecza.
Marzenka pisze dokładnie to co mi siedzi w głowie od kilku postów. W różnych tradycjach granica między sacrum a profanum była właśnie wyznaczana przez rytuał - nie dlatego że to magia, tylko dlatego że człowiek potrzebuje wyraźnych granic między stanami. Rzemieślnicy w Japonii mieli rytuały na wejście i wyjście z warsztatu. To nie było coś nadnaturalnego, to była higiena uwagi. I jak tu ktoś mówi o rytuałach dla kreatywnych - to właśnie to, chyba.
