Zaczęłam się ostatnio zastanawiać nad czymś, o czym rzadko się mówi wprost - czy rytuały, które robimy przez lata, zmieniają się razem z nami, czy może wręcz przeciwnie, z czasem stają się bardziej zakorzenione i trudno je modyfikować? Pytam, bo sama zauważam, że to co robiłam kilkanaście lat temu było o wiele bardziej rozbudowane, ceremonialne, a teraz często wystarczy mi chwila skupienia i kilka konkretnych gestów. I nie czuję, że to jest skrót, raczej jakieś oczyszczenie z tego co zbędne. Ale jednocześnie widzę osoby w starszym wieku, które wręcz rozbudowują swoje rytuały, dokładają kolejne elementy, nie są w stanie czegoś pominąć. Ciekawi mnie zwłaszcza aspekt przestrzeni - mieszkam w kawalerce i od dawna nie mam czegoś w stylu dedykowanego ołtarza czy kąta do praktyki. Wszystko jest mobilne, składane, chowane do szuflady. I zastanawiam się, czy to w ogóle coś zmienia, czy lokalizacja i rozmiar naprawdę mają znaczenie, czy to bardziej kwestia nawyku myślowego.
Dokładnie to samo u mnie z tą przestrzenią. Mieszkam z rodziną, nie mam własnego pokoju do praktyk, wszystko odbywa się albo przy kuchennym stole późno w nocy, albo w łazience jeśli już naprawdę potrzebuję ciszy. I wiesz co, przez długi czas myślałam, że to jest jakiś defekt, że robię to "gorzej" niż trzeba. A potem zaczęłam czytać o praktykach miejskich, o tym jak ludzie w japońskich mikroapartamentach tworzą małe domowe ołtarze - butsudan - które dosłownie zamykają się jak szafka. Coś się we mnie przestawiło. Bo tam nie chodzi o to żeby mieć pokój pełen kryształów, tylko o intencję i powtarzalność. Choć mam wrażenie, że starsze osoby które znam, i które praktykują od lat, mają jakiś silny opór przed upraszczaniem. Jakby każdy element miał historię i nie można go odpuścić.
Ten opór przed upraszczaniem to jest coś, o czym naprawdę można by długo rozmawiać. W tradycjach szintoistycznych jest coś podobnego - kami wymaga konkretnego rytuału, konkretnych ofiar, konkretnej kolejności, i żadne "przecież wiem co mam na myśli" nie zastępuje formy. Ale to nie jest tak, że forma jest ważniejsza od sensu. Raczej forma JEST sensem, jest nośnikiem. Więc kiedy starsze osoby kurczowo trzymają się każdego kroku, może to nie być skostnienie, tylko głębsze rozumienie, że rytuał bez struktury to już nie jest rytuał, tylko medytacja albo modlitwa. Choć z drugiej strony - czy te dwie rzeczy naprawdę tak bardzo się różnią?
Mam trochę inne zdanie w tej kwestii. Widzę to tak: rytuał, który nie może się zmienić, z czasem staje się martwy. Wykonujesz go bo musisz, nie dlatego że coś w tobie się poruszyło. Znam osoby, które od trzydziestu lat robią dokładnie to samo, w tej samej kolejności, o tej samej porze, i gdy zapytasz dlaczego - nie potrafią odpowiedzieć. Mówią "bo tak się robi". To już nie jest praktyka, to jest przyzwyczajenie. A przyzwyczajenie nie ma tej samej jakości co świadome działanie. Choć nie wiem, może się mylę i jest w tej automatyczności jakiś głębszy sens, którego nie widzę z zewnątrz.
Moim zdaniem jest duża różnica między robieniem czegoś automatycznie a robieniem z przyzwyczajenia które jest świadome. Przez wiele lat robiłam rytuały z ksiąg, z dokładnymi instrukjami, i byłam przekonana że jesli czegoś nie zrobię to cały efekt się posypie. Teraz wiem że to był lęk, nie praktyka. Teraz jak robię cokolwiek, nawet najkrótsze, to jest to moje, skrojone pod siebie. I co ciekawe - działa lepiej, chociaż jest prostsze. Więc chyba właśnie o to chodzi, że z latami powinno się uwalniać od zewnętrznych schematów a nie dokładać kolejnych warstw.
Słucham tej rozmowy i myślę o tym trochę z innej strony. Chodzi mi o ciało - dosłownie. W młodości możemy siedzieć w pozycji półlotosu godzinę, klęczeć na twardej podłodze, trzymać ręce uniesione. W późniejszym wieku ciało mówi swoje. I wydaje mi się, że bardzo dużo tradycyjnych rytuałów zakłada młode, sprawne ciało. Więc "miniaturyzacja" o której piszecie może być nie tylko wyborem czy filozofią, ale zwykłą koniecznością fizyczną. I to jest w sumie piękne - że ciało samo wymusza adaptację. Ciekawe, czy ktoś z was doświadczył takiej sytuacji, że musiał coś zmienić nie dlatego że chciał, ale dlatego że po prostu nie dał rady fizycznie wykonać tak jak wcześniej?
No ale jak to jest z tym miejscem, bo ja nie rozumiem jedno - jeśli nie ma stałego miejsca, to czy energia w ogóle się gromadzi? Bo po co budować cokolwiek przez lata skoro za każdym razem zaczynasz od zera w nowym kącie? Trochę to bez sensu.
Mam pytanie do wszystkich piszących o miniaturyzacji - czy naprawdę wierzycie, że uproszczony rytuał w kawalerce ma tę samą "wagę" co pełny, przeprowadzony w dedykowanej przestrzeni? Serio, bez owijania w bawełnę. Bo mam wrażenie, że trochę się tu wszyscy nawzajem pocieszamy, że "nie musisz mieć ołtarza, liczy się intencja", ale może jednak coś tracimy na tej miniaturyzacji i wolimy tego nie przyznać?
Słucham was i zastanawiam się czy to nie jest tak że każdy z nas mówi o czymś trochę innym. Energetyczka mówi o ograniczeniach ciała z czasem, Cynamonka o ograniczeniach przestrzeni, Mimoza o tradycjach gdzie czas trwania ma znaczenie. Ale może te ograniczenia właśnie powodują że rytuał "dorośle"? Że przestaje być spektaklem nawet dla samego siebie?
Moment, bo zgubiłam się trochę - czy mówimy o tym że rytuały się z wiekiem upraszczają i to jest dobre, czy o tym że to niekoniecznie jest dobry znak? Bo mam wrażenie że rozmowa idzie w dwie strony naraz.
A czy ktoś z was próbował zmienić porę rytuału - nie z wyboru ale z konieczności, np. praca w systemie zmianowym albo mała dzeicko? Zastanawiam się jak bardzo ta powtarzalność czasu jest naprawdę niezbędna, bo nie wszyscy mają luksus stałej pory.
To mi przypomina coś co czytałam o praktykach w ekstremalnych warunkach - jak ludzie w obozach jenieckich utrzymywali rytm religijny z absolutnie minimalnych elementów, czasem tylko z gestu, słowa, konkretnej chwili w ciągu dnia. I że ten mikrorytuał miał dla nich taką samą wagę jak wcześniej pełna ceremonia. Może nawet większą, bo był świadomy w stu procentach.
To zestawienie Frankla z wiekiem - to jest bardzo konkretna teza. I chyba zbliżamy się do czegoś co jest w centrum tego tematu. Czy upraszczanie rytuałów z wiekiem to objaw siły - że już nie potrzebujesz zewnętrznej formy - czy objaw erozji? I jak to odróżnić? Bo efekt zewnętrzny jest identyczny: mniej przedmiotów, krótszy czas, mniejsza przestrzeń.
Czytam ten wątek od początku i właśnie przy tym pytaniu Halnego muszę się odezwać. Bo ja mam dokładnie ten dylemat. Przestałem robić wiele rzeczy które kiedyś robiłem i powiem szczerze - nie wiem do końca dlaczego. Może odpuszczam, może idę głębiej. Albo jedno i drugie naraz i jedno zakrywa drugie.
I tu wracamy do pytania z tytułu wątku - czy rytuały z wiekiem się wzmacniają czy zmieniają. Może odpowiedź jest taka że zmieniają się warstwy: forma może słabnąć, kurczyć się, upraszczać, ale jeśli intencja i głębokość rosną - to jest to wzmocnienie, tyle że niewidoczne z zewnątrz. Paradoks polega na tym że ktoś z zewnątrz widzi uproszczenie i może to oceniać jako porzucenie.
I to jest powód dla którego rytuały prywatne są tak trudne do oceny - nie masz żadnego zewnętrznego punktu odniesienia. W tradycjach zbiorowych jest wspólnota która widzi, komentuje, czasem pyta. Samotna praktyka nie ma tej korekty. Nie mówię że to złe - mówię że to inna sytuacja epistemiczna. Sami decydujemy co się liczy i sami to oceniamy.
Słucham tego i myślę że to jest właśnie to czego mi brakuje. Nie wspólnoty w sensie grupy, ale właśnie tego "przed i po". Kogoś z kim można pogadać o tym co robiłem i co z tego wyszło. Nie w sensie oceny tylko po prostu rozmowy. I może to jest odpowiedź na pytanie Wery - skąd brać motywację gdy nie wiesz czy to ma sens. Może właśnie z takich rozmów.
I to jest dobra obserwacja - że punkt wejścia nie musi być "właściwy". Ale wracając do tematu wątku: czy z wiekiem ten punkt wejścia w ogóle jest możliwy? Bo mam wrażenie że im ktoś starszy i im dłużej praktykuje, tym trudniej zacząć coś nowego. Nie fizycznie, ale mentalnie. Jest jakiś opór przed przebudową tego co już działa.
To mi brzmi przekonywujaco ale mam jedno "ale" - co z osobami które przez przełomy życiowe straciły praktykę całkowicie i nie wróciły? To też jest odpowiedź na wstrząs, tylko inna. Więc wstrząs sam w sobie nie hartuje - zależy co z nim zrobimy.
I może na tym można by zamknąć ten fragment rozmowy - że rytuały z wiekiem nie tyle się wzmacniają albo słabną, co zmieniają swój ciężar gatunkowy. Nie są już czymś co robisz żeby się sprawdzić albo nauczyć. Stają się czymś przez co musisz przejść żeby wiedzieć kim jesteś w danym momencie. A to że to pytanie w ogóle się pojawia - to chyba jest odpowiedź sama w sobie. Choć pewnie nie ostatnia.
To jest sedno różnicy między praktyką a nawykiem, ale ona nie jest tak ostra jak się wydaje. W tradycji zen jest pojęcie "shoshin" - umysł początkującego - i mistrzowie zen podkreślają że doświadczony praktyk powinien go zachowywać mimo lat praktyki. Ale jednocześnie ten sam zen mówi że forma musi być opanowana do perfekcji zanim można ją przekroczyć. Te dwie rzeczy brzmią sprzecznie, a jednak jakoś współistnieją. Więc może pytanie Cynamonki o rozróżnienie dojrzałości od przyzwyczajenia nie ma jednoznacznej odpowiedzi, tylko różne odpowiedzi w zależności od tradycji.
