Słucham tego i myślę o ojcu, o którym wspominałem wcześniej. On nigdy nic nie napisał, nigdy nie powiedział. A jednak to działało przez trzydzieści lat. Może to kwestia temperamentu - jedni potrzebują słowa, inni nie?
Wracam do wątku o pracy, bo właściwie temat tytułu jest o tym, a my przez chwilę odpłynęłyśmy. Mam pytanie do tych, które miały swoje praktyki w biurze - czy kiedykolwiek ktoś z pracy zapytał, co robisz? I co wtedy?
Raz zapytała mnie koleżanka, czemu zawsze sama parzę herbatę, skoro w kuchni stoi ekspres. Powiedziałam, że lubię proces. Ona się roześmiała i powiedziała, że rozumie. Koniec rozmowy. Prawda ukryta w prawdzie - rzeczywiście lubię ten proces, tylko nie mówiłam, w jakim sensie.
To mi przypomina coś z zupełnie innej beczki - czytałem kiedyś, że astronauci przed misjami mają bardzo konkretne sekwencje, które wykonują nie ze względu na protokół, tylko dlatego, że sami je wypracowali przez lata. Część z nich nigdy ich nie opisała nikomu. Nie żeby coś ukryć, tylko dlatego, że nie widzieli potrzeby.
Zostanę przy tym wątku z astronautami, bo on otwiera coś, o czym właściwie jeszcze nie rozmawiałyśmy wprost - środowisko skrajne, gdzie ciągłość fizyczna jest niemożliwa, a i tak szukasz sposobu na ciągłość wewnętrzną. To jest chyba sedno tytułu tego wątku, nie? Podróż jako stan, w którym normalny grunt odpada i musisz go gdzieś stworzyć od nowa, codziennie, z tego, co jest.
To zależy od tego, jak długo dana praktyka trwa. Początkowo fizyczny gest rzeczywiście jest czymś w rodzaju zaproszenia - daje sygnał, że teraz jest inaczej. Ale po latach to się odwraca i czasem samo przejście ze stanu A do stanu B dzieje się bez żadnego zewnętrznego gestu. Chociaż przyznam, że nie spotkałam się z tym u każdego.
Oswojenie środowiska to interesujący wątek. Widziałam gdzieś wzmiankę o koncepcji tzw. "threshold rituals" - rytuałów progowych, gdzie sam akt przekroczenia progu jest znaczący. Niektóre tradycje mają konkretne gesty przy wchodzeniu do nowego miejsca - nie jako ochrona, ale jako zaznaczenie: to teraz moje terytorium, choćby tymczasowo. Ciekawe, czy intuicyjnie nie robimy czegoś podobnego, kiedy lądujemy w obcym hotelu.
Może dlatego, że to jest zmiana w przestrzeni, którą widzisz przez cały pobyt? Masz dowód, że coś przekształciłaś - nie wróciło na miejsce samo. To trochę jak fizyczny ślad swojej obecności.
Nie zabrzmiało dziwnie. "Przepisać" jest akurat dobre słowo na to. Mam ziołowy przykład - przez lata suszyłam lawendę w jednym miejscu w domu, przy oknie w kuchni. Kiedy się przeprowadziłam, przez kilka tygodni nie miałam gdzie jej powiesić i czułam, jakby cały rytm związany z tym był zawieszony. Nie chodzi o lawendę samą w sobie. Chodzi o to, że tamto okno było moje.
A jak znalazłaś nowe miejsce - poczułaś, że to jest to, czy musiałaś je trochę "przetestować" zanim stało się swoje? Pytam, bo zastanawiam się, czy istnieje jakiś próg oswojenia, który musi być przekroczony, czy to dzieje się stopniowo, bez żadnego wyraźnego momentu.
Zostaje zapach. Tego nikt nie kontroluje tak ostro jak przestrzeni wizualnej. Miałam przez kilka lat nawyk nakładania konkretnego balsamu do rąk przed ważnymi spotkaniami - nie z żadnego rytualistycznego założenia, po prostu tak mi wyszło. I po czasie już samo otworzenie tej butelki robiło coś z koncentracją. Może to tylko warunkowanie, ale działało.
Wracam na chwilę do pytania o przestrzenie zawodowe, bo czuję, że to jest sedno tego, co nas tu trzyma w tym wątku. Pracuję zdalnie od kilku lat, więc mam luksus organizowania sobie przestrzeni jak chcę - ale wcześniej przez lata siedziałam w korporacji i pamiętam, że najbardziej dyskretne rzeczy były paradoksalnie najskuteczniejsze. Jeden kamień w kieszeni. Jeden konkretny kubek, z którego piłam przed czymś trudnym. Nic, czego nie można wytłumaczyć pragmatycznie.
Ten filtr istnieje i działa od dawna. Ale historycznie to nie jest żadna nowość - ukrywanie praktyk w przestrzeni publicznej to był standard przez wieki, nie wyjątek. Ciekawe jest to, że niektóre gesty, które przetrwały jako "kulturowe", pierwotnie były właśnie tym - ukrytymi markerami. Stukanie w drewno, pewne ułożenie rzeczy na stole przed podróżą. Weszły do mainstreamu i straciły konotację, ale mechanizm jest ten sam.
Myślę, że ta granica jest właśnie w uwadze. Jak robisz coś mechanicznie, bez żadnego wewnętrznego zaangażowania, to jest przesąd-odruch. Jak ten sam gest robisz ze świadomością, że coś przez to komunikujesz - sobie, przestrzeni, cokolwiek - to zaczyna działać inaczej. Nie twierdzę, że to jedyna definicja, ale dla mnie to jest najbliższe.
To mi trochę przypomina coś, co czytałam o japońskiej koncepcji "ma" - tej przerwy, ciszy między dźwiękami czy zdarzeniami, która sama w sobie jest znacząca. Nie wiem, czy to bezpośrednio tu pasuje, ale w podróży te małe szczeliny - czekanie na bramce, kilka minut w windzie, wejście do hotelowego pokoju zanim się jeszcze włączy telewizor - mogą być właśnie tym.
Mam pytanie do Werbeny, bo wróciłam do jej wcześniejszego posta o tym, że jedno okno stało się "jej" przez lawendę. Czy to zadziałało dlatego, że czynność była powtarzalna, czy dlatego, że konkretnie to miejsce miało jakiś charakter? Pytam, bo zastanawiam się, czy rytuał oswaja przestrzeń, czy raczej szuka przestrzeni, która jest już w jakiś sposób podatna.
To jest pytanie, na które chciałbym też znać odpowiedź. Bo jak się przeprowadzam do nowego miejsca, to zawsze jest jakiś kąt, który "bierze" szybciej niż inne. I nie wiem, czy to ja tam więcej siadam, czy tam siądaę, bo już coś jest.
A po co wiedzieć? Serio pytam, nie retorycznie. Bo mam wrażenie, że ta potrzeba rozplątania jest trochę pułapką - im bardziej analizujesz, tym bardziej tracisz to, co tam było.
Wracając do pytania Teodozji - zastanawiam się, czy ta niewygoda z niewiedzą nie jest po prostu dyskomfortem z tym, że coś działa na nas, a nie my na coś. W podróży szczególnie to czuję. Jestem w miejscu, którego nie znam, nie mam swojego kąta, i nagle jakieś przejście albo okno w kawiarni coś robi. I nie mam nad tym kontroli.
To jest chyba najuczciwszy opis tego, czym jest podróż jako kontekst rytuału - brak kontroli nad przestrzenią. W domu układasz wszystko pod siebie, w trasie jesteś gościem i musisz pracować z tym, co jest. Zupełnie inny rodzaj uważności.
Ja mam jedno małe przyzwyczajenie z podróży - jak wchodzę do pokoju hotelowego, to najpierw otwieram okno, choćby na chwilę. Zawsze. Nie wiem, kiedy to zaczęłam, ale teraz jak raz tego nie zrobię, to czuję się jakby pokój był nie mój. Głupie, ale tak jest.
Mnie zastanawia ta Sylwestra uwaga o głowie pełnej rzeczy. Bo może właśnie małe gesty w podróży służbowej działają inaczej niż te domowe - nie dlatego, że jesteś skupiony, tylko dlatego, że są kontrastem. Odruchowe, mechaniczne prawie, a mimo to oddzielają jeden stan od drugiego.
A czemu ma ci "odpowiadać"? Pytam serio. Bo mam wrażenie, że szukasz definicji, w której poczujesz się dobrze, a nie tej, która pasuje do rzeczywistości. Rytuały bez skupienia istnieją - liturgia katolicka opiera się na powtórzeniu, nie na intencji każdego gesta przez każdego uczestnika przez cały czas.
Mam poczucie, że tak właśnie jest. Jak robię coś sama i nikt innego tego nie świadkuje - nawet przestrzeń jest obca - to ja sama jestem jedynym punktem ciągłości. Muszę nosić to w sobie, nie w miejscu. I to jest zupełnie inny rodzaj pracy.
To mi brzmi jak odpowiedź na pytanie, które się tu przez chwilę przewijało - czemu w ogóle w podróży robimy cokolwiek rytualnie. Bo bez tego nie ma żadnej ciągłości. Jesteś w innym mieście, innym łóżku, innym czasie strefy - i jedyne co jest twoje, to ty.
Hm. To jest ciekawa zmiana perspektywy. Bo zazwyczaj myślę o rytuałach jako o działaniu na coś zewnętrznego - przestrzeń, energię, sytuację. A to, co mówisz, to rytuał jako działanie na siebie. Trochę jak kotwica.
To nie jest sprzeczne z działaniem na zewnątrz. Możesz jednocześnie stabilizować siebie i wpływać na to, co wokół. Tyle że w podróży to pierwsze jest bardziej widoczne, bo nie ma tego oparcia w znajomym miejscu. I myślę, że dlatego praktyki podróżne są takie ciekawe do obserwowania - pokazują, co tak naprawdę niesiesz ze sobą, a co zostawiasz w domu.
