Ten dystans, o którym mówisz, to jest coś, co w niektórych tradycjach jest celowo wywoływane. Nie jako przeszkoda, tylko jako punkt wejścia. Widzisz siebie z zewnątrz, więc przez chwilę nie jesteś w pełni zidentyfikowany z tym, co robisz - i to może być moment, w którym coś rzeczywiście się otwiera, zamiast działać na autopilocie.
A da się to jakoś opisać, co to znaczy, że coś jest "twoje" niezależnie od przedmiotów? Bo rozumiem intuicyjnie, ale chciałabym to lepiej uchwycić. Czy to jest intencja? Gest? Coś innego?
To mi przypomina coś, o czym czytałam w kontekście tradycji japońskich - że rytuał podróżny był często powiązany z momentem przekroczenia progu, nie z konkretnym miejscem docelowym. Sama droga była traktowana jako przestrzeń obrzędowa. Nie wiem, czy to bezpośrednio tu pasuje, ale ta myśl, że rytuał nie potrzebuje konkretnego miejsca, tylko konkretnego momentu - to jest coś.
Słuchając tej rozmowy pomyślałam, że może moje otwieranie okna w hotelach to jest właśnie ta wersja progu. Nie symbolizuję niczego świadomie, ale robię to zawsze na początku, zanim cokolwiek innego. Zanim odłożę walizkę.
Mam z tym pewien zgrzyt, bo trochę za łatwo to brzmi. Jakby wystarczyło cokolwiek robić konsekwentnie i już jest rytuał. Ale czy nawyk to to samo co rytuał? Myję zęby konsekwentnie, ale bym tego nie nazwała praktyką. Co sprawia, że jedno jest nawykiem, a drugie czymś więcej?
