Zastanawiam się od dłuższego czasu, jak właściwie podchodzić do rytuałów z kultur, do których się nie należy. Konkretnie chodzi mi o praktyki związane z cyklem menstruacyjnym, bo to temat, który ostatnio zaczął się przewijać w różnych miejscach i chciałam zobaczyć, co wy o tym myślicie. W wielu tradycjach - rdzennych amerykańskich, hinduskich, słowiańskich - czas menstruacji był traktowany jako coś wymagającego osobnej przestrzeni, wyciszenia, czasem odizolowania od pewnych czynności. Nie chodzi mi o to, żeby teraz oceniać, czy to było "złe" czy "dobre", bo to zależy od kontekstu. Ale kiedy współczesna kobieta sięga po te praktyki, to co ona właściwie bierze? Sam rytuał wyrwany z systemu, czy coś głębszego? I gdzie jest granica między autentycznym czerpaniem z tradycji a zwykłym podszywaniem się pod coś, do czego się nie ma dostępu?
To jest pytanie, z którym sama się zmagam od lat, więc nie mam gotowej odpowiedzi. Ale mogę powiedzieć, co obserwuję. W tradycji słowiańskiej czas menstruacji był nazywany różnie - "nieczyste dni" to tylko jedna z interpretacji, i to akurat mocno późniejsza, już po chrystianizacji. Wcześniejsze ślady sugerują raczej, że to był czas szczególnej przepuszczalności, kiedy kobieta była bliżej pewnych sił. Nie słabości, nie hańby, tylko innego stanu. Problem z przejmowaniem tych rzeczy przez kogoś z zewnątrz jest taki, że bierzesz fragment systemu bez jego kontekstu. Że tak powiem - bierzesz jeden liść i myślisz, że masz drzewo.
Mnie interesuje inny kąt. Kiedy patrzę na to, jak różne kultury traktowały czas menstruacji w kontekście snów i stanów granicznych, widzę pewien wzorzec. Np. u różnych rdzennych narodów Ameryki Północnej kobiety w tym czasie były traktowane jako mające szczególny dostęp do wizji i snów - i dlatego odizolowywano je nie jako kara, ale żeby nie "rozpraszały" tego stanu na innych. To zupełnie odwraca to, jak my na to patrzymy przez pryzmat europejskiego wstydu. Ale wracając do pytania Filomeny - czy ktoś z was w ogóle próbował coś takiego praktykować? Prowadzić np. dziennik snów specjalnie w tym czasie?
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale nie wiedziałam, że to w ogóle ma związek ze snami. To znaczy, że menstruacja wpływa na sny? Bo to brzmi jak coś, co można by sprawdzić bez żadnych rytuałów, po prostu obserwując siebie.
Moszyński to jedno, ale są też prace bardziej współczesne - np. prace Joanny Pietrzak-Thébault o polskich pieśniach obrzędowych albo opracowania dotyczące obrzędowości Hucułów i Łemków, które są nieco lepiej zachowane właśnie dlatego, że były bardziej izolowane. Co do tego, czy to był "rytuał ze świadomością" - tego nie wiem i pewnie nikt nie wie. Ale to jest pytanie, które mnie trochę dręczy, bo wydaje mi się, że rozróżnienie między "świadomym rytuałem" a "gestem bez refleksji" to trochę nasze współczesne nałożenie kategorii na coś, co może po prostu działało inaczej.
Obserwuję tę dyskusję od początku i mam jedno pytanie do Mokoszki - mówiłaś o "przepuszczalności" w tym czasie. Czy masz na myśli przepuszczalność w sensie duchowym, czy też energetycznym? Bo te dwa słowa oznaczają dla mnie coś trochę innego i zastanawia mnie, w jakiej ramie to jest rozumiane w tradycji słowiańskiej.
Dobra, ale czy ktoś może mi powiedzieć bardziej konkretnie - czy jest cokolwiek, co można robić w tym czasie, co ma sens? Tzn. nie chodzi mi o to, żeby odtwarzać cudzą tradycję, ale żeby coś zrobić. Bo ta dyskusja jest super, ale ja siedzę i czekam, aż coś z tego wyjdzie praktycznego.
Trochę się pogubiłem w tej rozmowie, bo przyszedłem bardziej z ciekawości. Ale mam pytanie, może naiwne: czy jest jakaś różnica między kobietą, która np. czyta o tych tradycjach przez lata i dopiero potem coś zaczyna praktykować, a kobietą, która bierze coś gotowego z internetu? Bo to chyba nie jest to samo, ale nie wiem, gdzie przebiega granica.
I tu wracamy do tego, co wcześniej mówiłam o słowiańskich śladach, bo one są w innej pozycji niż np. tradycje rdzennych Amerykanów czy hinduskie linie przekazu. Nikt nie powie mi "nie masz dostępu do słowiańskich praktyk", bo nie ma żywej społeczności, która by strzegła tych granic. Ale z drugiej strony - właśnie dlatego jest więcej przestrzeni do projekcji, bo nie ma żadnej korekty. Można zbudować cokolwiek i powiedzieć, że to "słowiańskie". I to jest problem dokładnie odwrotny niż zawłaszczanie czegoś żywego - tu jest ryzyko, że budujemy fikcję i wierzymy, że to historia.
Myślę, że to zależy od tego, z jaką uczciwością to robisz wobec siebie. Jeśli powiesz "biorę tę formę i tworzę z niej coś nowego, nie odtwarzam oryginału" - to jest jedna sprawa. Problem zaczyna się, gdy ktoś mówi "praktykuję starożytny rytuał menstruacyjny Słowianek", a tak naprawdę posklejał kilka fragmentów z różnych źródeł i dodał własne intuicje. Nie dlatego, że to złe samo w sobie, ale dlatego, że to nieprawdziwe. I ta nieprawdziwość potem wraca.
Czekajcie, bo chcę się upewnić, że dobrze rozumiem. Mówicie, że problem nie polega na tym, że rytuał z innej kultury "nie zadziała", tylko że możesz nie wiedzieć, jak interpretować to, co się dzieje? Że gubisz klucz do odczytu własnych doświadczeń?
Słucham tej rozmowy i rozumiem coraz mniej, ale w dobrym sensie - tzn. widzę, że to jest bardziej skomplikowane niż myślałem. Mam jedno pytanie do Filomeny, bo to ona zaczęła ten temat: kiedy piszesz "kiedy studiować, a kiedy się wstrzymać" - to masz na myśli głównie te etyczne aspekty, o których mówi Mokosza, czy raczej te praktyczne, o których mówi Sennaria? Bo mam wrażenie, że to są dwa różne pytania.
Nie, raczej z czystej ciekawości. Ale słuchając was mam takie dziwne wrażenie, że wy mówicie o czymś, co dotyczy nie tylko rytualów stricte. Tzn. ten problem z "brakiem klucza do odczytu" brzmi jak coś, co można by powiedzieć o każdym systemie symbolicznym, który weźmiesz z zewnątrz. Nie wiem, czy to jest trafna obserwacja, czy kompletnie obok.
I właśnie to jest dobry moment, żeby wrócić do głównego pytania Filomeny. Bo "kiedy studiować, a kiedy się wstrzymać" to jest pytanie o tempo. Eliade spieszył się z syntezą. A może w praktyce rytualnej, zwłaszcza przy cudzych tradycjach, ten pośpiech jest głównym problemem? Tzn. nie tyle "nie bierz tego", ile "nie bierz tego za szybko".
To pytanie Filomeny o "moment gotowości" jest trudne, bo zakłada, że istnieje jakiś punkt, w którym możesz stwierdzić: teraz wiem wystarczająco dużo. A ja nie sądzę, żeby to tak działało. Raczej chodzi o to, czy masz dość pokory, żeby wiedzieć, czego jeszcze nie wiesz.
Zastanawiam się, czy "moment gotowości" nie jest po prostu czymś, co ty sama definiujesz, a potem szukasz potwierdzenia, że masz rację. Bo nie ma zewnętrznego sędziego.
Mam jedno kryterium, które stosuję sama: czy rozumiem, co ma się nie wydarzyć. Tzn. każdy rytuał zakłada, że coś zostanie otwarte, zmienione lub zamknięte. Jeśli nie wiem, co konkretnie robi dana forma - nie tylko co "ma dać", ale co zamyka, jakie granice stawia - to jest sygnał, że jeszcze nie czas.
To przypomina mi coś z badań nad rytuałami przejścia u Turnerów - Victor Turner pisał o liminalności jako fazie, w której wszystko jest możliwe, bo normy są zawieszone. Ale właśnie dlatego wymaga się prowadzenia przez kogoś, kto zna tę przestrzeń. Bez przewodnika liminalność jest tylko dezorientacją, nie transformacją.
Mnie to kryterium Mokoszy trafia bardziej niż Turner, bo jest praktyczne. "Czy wiem, co ma się nie wydarzyć" - to jest pytanie, które mogę sobie zadać przed konkretnym działaniem. Nie przed całą tradycją, tylko przed tym jednym krokiem.
To jest trochę smutne, bo mam wrażenie, że właśnie tego szukają kobiety - że te chwile mają znaczenie, były kiedyś uznawane. A tu się okazuje, że źródła są dziurawe.
Słucham was i mam wrażenie, że gdzieś zgubiłyśmy wątek "nieswojskich kultur" z tytułu. Bo całą rozmowę prowadzimy tak, jakby pytanie brzmiało wyłącznie "czy w ogóle można". Ale może ważniejsze jest pytanie: jak rozróżnić, kiedy sięgasz po coś dlatego, że to działa dla ciebie - a kiedy dlatego, że po prostu wygląda estetycznie i fajnie pasuje do Instagrama.
To zdanie o Instagramie siedzi we mnie od jakiegoś czasu. Bo widzę masę kobiet, które zaczęły "praktykować czerwień" albo "honorować cykl" po obejrzeniu kilku filmików. I nie oceniam tego, naprawdę - tylko zastanawiam się, czy nie ma tam jednak różnicy jakościowej.
A czy ta "nieczystość rytualna" to zawsze było coś negatywnego? Bo ja to słyszałam w kontekście, że to po prostu oznaczało "wyłączenie z normalnego obiegu" - niekoniecznie coś złego.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale nie rozumiem jednej rzeczy. Mówimy o rytuałach z tradycji nieswojskich - ale co to w ogóle znaczy "nieswojska"? Dla kogoś mieszkającego w Polsce od pokoleń lakocka tradycja jest oczywistym "obca". Ale czy słowiańska też może być "nieswojska", skoro nikt z nas nie ma bezpośredniej ciągłości z tymi praktykami?
Może to jest właśnie to pytanie bez odpowiedzi, które trzeba nosić przy sobie. Nie w sensie modnym, tylko dosłownie - że nie da się tego rozstrzygnąć raz na zawsze i potem działać z czystym sumieniem. Że to weryfikuje się w praktyce, nie przed nią.
I to cię powstrzymało? Tzn. rozumiem, że to jest poważny argument, ale czy to był jedyny powód?
To porównanie ze słowem wyrwanym z języka chyba najlepiej podsumowuje całą tę dyskusję. Tzn. niby wszyscy o tym mówimy od wielu postów, że nie chodzi o zakaz, tylko o to, że forma traci sens bez kontekstu - ale dopiero to zdanie Filomeny to jakoś układa. Zostaje pytanie, czy jest jakaś granica między "wzięciem słowa z języka" a "uczeniem się języka od podstaw przez kogoś z zewnątrz". Bo jeśli ktoś spędza lata na studiowaniu tradycji, nawiązuje relacje ze wspólnotą, uczy się - to czy nadal jest to nieuprawnione przejęcie, czy już coś innego?
