Zaczęłam ten wątek, bo kilka razy trafiałam na pytania od osób, które mają trudną relację z jedzeniem i nie wiedziały jak podejść do rytuałów, gdzie pokarmy odgrywają centralną rolę. ojej no, sama przez jakiś czas miałam podobny problem i wiem, że to nie jest proste. Większość opisów rytualnych, które gdziekolwiek można znaleźć, zakłada, że jesteś w stanie bez problemu użyć chleba, soli, miodu, owoców, zboża - i tyle. Jakby ludzie z zaburzeniami jedzenia w ogóle nie istnieli. Chciałam zebrać tu praktyki, które nie opierają się na tym elemencie albo dają realne alternatywy - nie na zasadzie "możesz zastąpić chleb jabłkiem", bo to często za mało. Jeśli ktoś ma doświadczenia z tej strony, bardzo mnie to interesuje.
To ważny temat, bo faktycznie większość tradycji magicznych i rytualnych wywodzi strukturę ofiary pokarmowej z bardzo dawnych wzorców - neolitycznych, agrarnych. Chleb, sól, ziarno, miód. ale jak się zagłębisz w tradycje, które nie były rolnicze albo były stepowe, szamańskie, to tam pokarmy wcale nie grają pierwszych skzypiec. W tradycjach syberyjskich czy środkowoazjatyckich dym, dźwięk, ruch i oddech są równorzędnymi nośnikami intencji. Inna sprawa, że wiele osób z zaburzeniami jedzenia ma też trudność nie z samym jedzeniem jako takim, ale z tym co ono symbolizuje - i to wymaga zupełnie innego podejścia do rytuału niż tylko zmiana rekwizytu.
Czytam i zastanawiam się, czy nie za bardzo skupiamy się na tradycjach z zewnątrz, szukając gotowych rowiązań. Bo rytuał w swojej istocie to przecież forma + intencja. sama forma jest plastyczna 😉 Znam kogoś, kto całkowicie przebudował swoje praktyki wokół wody i ognia, wykluczając wszelkie elementy pokarmowe. Mówi że dla niej to działa tak samo. Ale ja się zastanawiam - czy to jest sprawa tego, że dana forma jest "lepsza" sama w sobie, czy po prostu że człowiek w nią wierzy i ona jest dla niego bezpieczna?
Słyszałam o podejściu, gdzie zamiast ofiary pokarmowej używa się tego, co się wytwarza własnym ciałem - na przykład oddechu, który jest celowo kierowany, albo potu po wysiłku rytualnym. ojej, w niektórych tradycjach rdzennych Ameryki pot z potu lodge jest traktowany jako ofiara i wymiana z duchami. Nie wiem tylko, czy dla kogoś z zaburzeniami jedzenia, który często ma też trudny stosunek do własnego ciała, to jest faktycnie łatwiejsza ścieżka, czy po prostu inaczej trudna?
Ogień i woda są prawie zawsze wymienne z pokarmem, bo symbol jest ten sam - oczyszczenie, transformacja, przepływ. Dużo trudniej obejść rytuały, które są strukturalnie ofertoryjne, gdzie ofiara pokarmowa ma konkretne znaczenie teologiczne - na przyklad w tradycji haitańskiego vodu, gdzie dana ofiara jest przypisana do konkretnego lwa. Tam zastąpienie czegoś nie jest po prostu kwestią "inna forma ta sama intencja" - tam forma jest treścią. Ale jeśli ktoś pracuje poza zamkniętymi tradycjami, ma dużo więcej swobody.
Wtrącę się, bo mam trochę inne doświadczenie. Przez kilka lat miałam bardzo ciężki okres i rytuały były dla mnie wtedy jednym z punktów zakotwiczenia. Nie robiłam niczego z jedzeniem - cały mój rytuał opierał się na zapalaniu świecy, krótkim oddechu intencyjnym i wypisywaniu na papierze. To brzmi bardzo prosto, ale miało dla mnie ogromne znaczenie właśnie przez tę prostotę. Nie musiałam niczego przygotowywać, nie musiałam wchodzić w kontakt z niczym, co było dla mnie trudne. Zastanawiam się, czy to jest coś, o czym mówimy - celowe upraszczanie rytuału jako forma dostosowania?
Czytam tę rozmowę i mam jedno pytanie, które mnie nurtuje od jakiegoś czasu. Czy kiedy mówimy o bezpiecznych alternatywach dla jedzenia w rytuale, to mamy na myśli wyłącznie kwestię wyzwalaczy sensorycznych, czy też coś głębszego? Bo mi się wydaje, że dla wielu osób problem z jedzeniem rytualnym to nie tylko widok chleba - to jest cały system znaczeń wokół "dawania", "ofiarowywania", "żywienia duchów". Ktoś z anoreksją może mieć problem już z samą ideą, że cokolwiek daje, że jest "wystarczająco dużo" żeby ofiarować. hmm, to zupełnie inny wymiar.
Mam pytanie do Bryzy, bo zaczęłaś ten temat. Czy chodzi ci o rytuały, które można robić samemu, czy też o uczestniczenie w rytuałach zbiorowych, np. świętowanie przesilenia z grupą, gdzie prawie zawsze jest uczta? Bo to są dwa różne problemy.
Mam znajomą, która chodzi do grupy praktykującej i po prostu mówi wprost: nie angażuję się w część z jedzeniem, biorę udział w reszcie. I ta grupa to uszanowała bez żadnego dramatu. Ale mówi że kluczowe było to, żeby powiedzieć to przed, nie w trakcie - bo w trakcie rytuału każde wyjście poza schemat jest odczytywane jako coś znaczącego symbolicznie, i wtedy zaczyna się zbędna interpretacja.
Prowadzę notatki z różnych praktyk od jakiegoś czasu i natknęłam się na ciekawe rozróżnienie - w niektórych systemach jest rozdzielone to, co jest ofiarą, od tgo, co jest komunią. Ofiara idzie do duchów/bóstw i nie musi być spożyta przez człowieka. Komunia to moment, kiedy człowiek je, żeby poczuć jedność. Dla kogoś z zaburzeniami jedzenia pominięcie lub zastąpienie komunii (np. wypiciem wody zamiast jedzenia, albo po prostu gestem bez substancji) może być możliwe, podczas gdy złożenie ofiary, którą tylko się stawia na ołtarzu, już nie jest tak obciążające. Czy ktoś to rozróżniał w praktyce?
Zastanawiam się czy nie upraszczamy tej dychotomii forma/intencja. Bo z mojego doświadczenia forma robi coś do ciała, do układu nerwowego - ona tworzy warunki, w których intencja może zadziałać. I właśnie dlatego zmiana formy ma znaczenie. Jśli zastąpię chleb kamieniem, to moje ciało będzie inaczej na to reagować. Niekoniecznie gorzej, ale inaczej.
Zapach mnie zastanawia osobno, bo to jedyne zmysły, które idą bezpośrednio do układu limbicznego, bez przejścia przez wzgórze. hmm, czyli zapachy omijają jakby filtr racjonalny. Czy to znaczy, że kadzidło albo olejki eteryczne mogą mieć silniejszy efekt rytualny niż coś, co angażuje wzrok albo dotyk? Nigdy tego na głos nie sformułowałam, ale ostatnio myślę o tym coraz częściej.
To co Emilka opisujee to jest właściwie fenomenologia własnego ciała, tyle że nazwana inacezj. mam wrażenie, że w ezoteryce rzadko się to tak wprost artykułuje - że praca rytualna zaczyna się od obserwacji własnych reakcji somatycznych, a nie od wyboru systemu czy tradycji. Ciekawe ile osób wchodzi od tej drugiej strony i potem się gubi.
W notatkach, ktore prowadzę, mam taki schemat - wchodziłam do różnych tradycji przez ich gotowe ramy, ale zawsze modyfikowałam po czasie. Myślę, że to natralne - zaczynasz od szkieletu, który już ktoś wybudował, bo nie musisz wymyślać wszystkiego od nowa, a potem powoli przekształcasz to w coś swojego. Nie wiem czy da się ten proces pominąć.
Chcę wrócić do wątku zbiorowego, bo mi się wydaje, że tam jest najtrudniejszy moment. Indywidualny rytuał można sobie ułożyć. Ale jak ktoś chce uczestniczyć w społeczności praktykujących - sabbatach, świętowaniu przesilenia, jakichkolwiek grupowych obrzędach - tam prawie zawsze jest uczta. I tam pojawia się sprawa widzialności 😉 Czy mówisz o zaburzeniach, żeby wytłumaczyć dlaczego nie jesz? Czy milczysz i liczysz na to, że nikt nie będzie pytał?
I tu jest chyba jakiś test na jakość grupy. jak reaguje na kogoś, kto ma ograniczenia - czy ogarnie to spokojnie, czy zaczną się pytania i komentarze. Ale rozumiem, że nie każdy ma siłę robić taki test w momencie, kiedy już jest w środku.
Wchodzę trochę z boku bo nie czuję się kompetentny w temacie rytuałów, ale to co piszecie o grupach i widzialności - to mi się wydaje ważne nie tylko w kontekście ezoteryków. Każda grupa ma swoje rytuały wokół jedzenia, niekoniecznie magiczne. Wesele, wigilia, impreza. I tam ten sam problem - jak sobie z tym radzicie poza kontekstem rytualnym, żeby to przenieść na to?
W ceremonialnej tradycji zachodniej, np w niektórych lożach hermetycznych, rozróżnienie między uczestnikiem a obserwatorem rytualnym jest jak najbardziej formalne - obserwator nie jest bierny, ma przypisaną intencję i miejsce w strukturze energetycznej rytuału. W tradycjach rdzennych, zwłaszcza w tych, gdzie ceremonie prowadzą wyznaczeni przewodnicy, jest podobnie - nie każdy roib to samo, ale każdy ma rolę 🙂 Więc to nie jest improwizacja, tylko coś, co zachodnia popularyzacja ezoeryki gdzieś po drodze zgubiła, upraszczając wszystko do "każdy robi wszystko jednakowo".
No ale to rodzi pytanie praktyczne - jak wytłumaczyć swoją rolę świadka grupie, która o tym rozróżnieniu nie wie? Większość kół, na które się trafia, to nie są formalne loże z kodeksem 😉 To jest kilka osób, które zebrały się wokół czegoś wspólnego i niekoniecznie mają terminologię ani strukturę.
