Kadzidła to trochę osobna sprawa bo tu nie masz czystego zapachu, masz zapach plus dym plus spalanie jako całość. Sama zmieniłam się z lasek na żywice na węgielku właśnie dlatego że mam pełniejszą kontrolę - wiem co palę, mogę mieszać, mogę regulować ilość. Ale rozumiem że to wymaga pewnego przyzwyczajenia i nie każdemu to odpowiada.
Żywice na węgielku! Nigdy tego nie próbowałam, a teraz jestem ciekawa. Czy to trudne w obsłudze? I jakie żywice są według was dobre na początek do rytuałów, jeśli ktoś wcześniej używał tylko gotowych kadzideł?
Wracając trochę do wcześniejszego wątku bo mnie to nie opuszcza - czy ktoś miał doświadczenie ze świadomym 'resetowaniem' skojarzenia? Tzn. zapach który wcześniej był do czegoś przypisany i chciałaś go przebudować pod coś nowego? Ciekawi mnie czy to jest w ogóle możliwe.
Zależy co rozumiemy przez 'przebić się'. Moim zdaniem nie chodzi o to żeby nowe całkowicie zastąpiło stare, tylko żeby w konkretnym kontekście rytuału nowe było dostępne. I kontekst robi tutaj naprawdę dużo - miejsce, pora, to co robisz przed. Jak wszystko inne jest inne niż przy starym użyciu, zapach może pójść nowym torem. Przynajmniej tak to u mnie działało kiedy przenosiłam jeden olejek z jednej praktyki do drugiej.
A wracając do kadzideł - bo to mnie teraz ciekawi bardziej niż myślałem. Czy żywice dają inny zapach w zależności od temperatury węgielka? Bo zakładam że jak węgielek jest świeżo rozpalony i gorący, to inaczej niż jak już trochę wystygnie. Miał ktoś z tym doświadczenie?
Ja z żywicami mam jeden problem - dym. Mam małe mieszkanie i nawet przy uchylonym oknie po żywicach na węgielku muszę wietrzyć dobre pół godziny. Olejki eteryczne w dyfuzorze dają mi więcej kontroli jeśli chodzi o intensywność. Tylko że ten ryta łnosci przechodzenia przez proces spalania i dymu jest inny i to czuć. Czy jest jakiś sposób żeby mieć żywice bez tego całego dymu albo to bez sensu?
Słucham całego wątku o żywicach i zastanawiam się czy ktoś miał doświadczenie z mirą? Bo mirra jest wymieniana wszędzie w kontekście oczyszczania i ochrony, ale jak próbowałam jej po raz pierwszy to zapach był dla mnie zupełnie nieoczekiwany - ciężki, prawie mdlący. Nie wiedziałam czego się spodziewać i trochę mnie to zaskoczyło negatywnie. Ciekawi mnie czy to kwestia jakości, przyzwyczajenia czy po prostu nie każdemu mirra pasuje.
Mirra ma też różne odmiany - jest mirra somali, jemeńska, oman i kilka innych. Różnią się składem i intensywnością. Hirabol mirra jest lżejsza i mniej gorzka niż klasyczna Commiphora myrrha. Jeśli klasyczna mirra cię przytłacza, możliwe że hirabol by ci lepiej odpowiadała. Ale też - ciężar mirry jest często właśnie tym co sprawia że używa się jej w konkretnych kontekstach a nie innych. Nie wszystko ma być lekkie.
Do wątku o mirze - myrra ma wysoki poziom furanoeseudenolu i innych seskwiterpenów które mają działanie na układ limbiczny podobne do kadzidła oliwkowego, ale o innym profilu. Stąd to poczucie ciężkości które opisuje Glifia99 - to nie jest tylko kwestia smaku, to realny efekt na układ nerwowy. Nie każdemu to odpowiada i nie ma sensu się zmuszać jeśli reakcja jest negatywna.
To ciekawe co pisze Irisa91 bo właśnie to poczucie że zapach ma historię - nie tylko twoją osobistą, ale długą historię użycia przez wiele kultur - daje mi inaczej działający rodzaj skupienia niż nowsze aromaterapeutyczne kompozycje. Nie wiem jak to opisać inaczej niż że czuję że stoję w jakimś ciągu. Olibanum, mirra, cedr libański, wetiwer - to są zapachy które mają za sobą tysiące lat użycia rytualnego i to coś znaczy nawet jeśli nie umiemy tego zmierzyć.
Wchodzę tu z inną obserwacją. Cały wątek kręci się trochę wokół tego co jest lepsze - naturalne czy syntetyczne, historyczne czy nowe, heavy czy lekkie. Ale może warto by się zastanowić nad tym czy konsekwencja użycia danego zapachu jest ważniejsza niż jego 'jakość'. Tzn. czy regularny rytuał z przeciętnym olejkiem da lepsze efekty niż nieregularny z idealnym? Mam wrażenie że to może być niedoceniana część całej układanki.
Wchodzę w ten wątek o zakotwiczeniu bo to mnie od dawna interesuje. Mam olejek z drzewa sandałowego który dostałam lata temu i już sama jego woń uruchamia coś zupełnie innego niż kiedy kupiłam nową butelkę tego samego producenta. Jakby historia użycia wchodziła w zapach. Nie wiem jak to nazwać inaczej.
Mam co do tego inne zdanie. Kiedy stara butelka się skończyła i musiałam kupić nową, celowo przez jakiś czas kładłam nową obok pozostałości starej, żeby zapachy 'chodziły' razem w tym samym czasie i miejscu. Nie wiem czy to coś dało biochemicznie, ale dla mnie mentalnie zadziałało. Nowe weszło w ciągłość ze starym.
Wrócę na chwilę do mirry, bo Irisa91 pisała wcześniej o seskwiterpenach i myślę że tam jest klucz do tego o czym rozmawiamy teraz. Ciężkie cząsteczki lotne - seskwiterpeny, diterpeny - mają nie tylko inny profil zapachu, ale też inną kinetykę. Wolniej się ulatniają, dłużej utrzymują w powietrzu i tkankach nosowych. To może być powód dla którego zapachy bazowe jak mirra, paczula, wetiwer budują głębsze zakotwiczenia niż nuty środkowe albo głowowe - po prostu są dłużej obecne podczas danego stanu.
Właśnie tak to czuję w praktyce. Kiedy podaję kadzidło to pierwsze co czuję to żywiczne i lekko cytrusowe nuty olibanum, a potem po kilku minutach to ciemnieje i robi się bardziej ziemisto. Zawsze myślałam że to kwestia spalania, a nie lotności składników. Ale to co pisze Irisa91 pasuje do tego co obserwuję.
Dobra ale ja mam pytanie praktyczne żeby nie odpłynąć za bardzo w biochemię - czy to znaczy że jak ktoś robi krótkie rytuały, powiedzmy 10-15 minut, to cytrusy i lekkie zapachy będą działać lepiej niż ciężka żywica? Bo przy krótszym czasie baza może nawet nie zdążyć się w pełni rozwinąć.
To zależy od tego co rozumiemy przez 'działać lepiej'. Jeśli chodzi o szybkie pobudzenie skupienia przed krótką pracą, to tak, lekkie zapachy mają sens. Ale jeśli chodzi o budowanie skojarzeń rytualnych w czasie, to krótkie sesje z bazowymi zapachami mogą być nawet skuteczniejsze - bo za każdym razem jest ten sam długo utrzymujący się zapach, który towarzyszy całemu rytuałowi od początku do końca i jeszcze po nim.
Dziękuję za to wyjaśnienie, naprawdę otwiera mi to oczy! Właśnie zastanawiam się teraz nad tym co sama stosuję - mam zwyczaj używania lawendy i zawsze traktowałam ją jako 'spokojną' nutę, ale czytam teraz że lawenda ma zarówno linalol jak i linalyl octan, więc jest i góra i trochę bazy. Czy to może być powód dlaczego tak dobrze działa przy medytacji - że jest wielowarstwowa?
Troche odbiegam od chemii bo nie znam sie na tym az tak, ale mam pytanie o cos innego. Czy ktos pracowal z zapachami ktore sa typowe dla konkretnej pory roku? Bo ja ostatnio probuje uzywac inaczej pachnidel latem i zima i mam wrazenie ze ten sam olejek w roznym sezonie dziala inaczej. Moze to jest sugestia ale przy igle jodlowej latem mam inne skojarzenia niz zima.
To co mówi Kamilka51 zgadza się z moim doświadczeniem z żywicami - copal w zimie jest bardziej żywiczny i słodki, latem robi się bardziej suchy i lekko cytrusowy. Pytanie czy ktoś celowo dostosowuje wybór zapachu do sezonu i czy to ma znaczenie w kontekście rytualnym.
