Siedzę ostatnio nad tym pytaniem i nie daje mi spokoju. Mamy holotropowe oddechy Grofa, mamy pranajamę, mamy rebirthing, mamy te wszystkie techniki, gdzie pracujesz ze świadomym oddechem przez dłuższy czas. I każda z tych tradycji traktuje to inaczej. W pranajamie to część sádhany, czyli codziennej praktyki duchowej, często przed medytacją. W reberthingu to już bardziej terapia. Ale Grof powiedział wprost, że holotropowe oddychanie wywołuje stany podobne do tych z ceremonii z psylocybiną. Więc kiedy to staje się rytuałem? Czy samo powtarzanie w określonym czasie i miejscu wystarczy? Mnie to nie przekonuje. Rytuał to coś więcej niż nawyk. Ale co dokładnie?
To zależy chyba od tego, jak definiujesz rytuał. Bo jeśli weźmiesz np. Victora Turnera i jego koncepcję liminalności, to rytuał to moment przejścia, gdzie normalna struktura społeczna się zawiesza i coś się zmienia w uczestnikach. I holotropowe oddychanie to ma. Masz wyraźne wejście, fazę gdzie dzieje się coś poza codziennym doświadczeniem, i wyjście. Sitter czuwa. Często jest muzyka dobrana intencjonalnie. Przestrzeń jest przygotowana. Brzmi jak rytuał, nie?
Robiłem holotropowe kilka razy i mogę powiedzieć, że to zdecydowanie nie jest zwykła medytacja. Za pierwszym razem wylałem coś, czego nie spodziewałem się w sobie od lat. Płakałem przez godzinę i sam nie wiem, co to było. Ale nie nazwałbym tego od razu rytuałem. Bardziej... spotkaniem z czymś, co już było, tylko czekało. Nie wiem, czy sama technika ma tu znaczenie, czy to kontekst grupy, przestrzeń, intencja przed sesją.
Wchodzę, bo mnie ten temat dotyczy od innej strony. Pracuję z czakrami i często używam oddechu do ich aktywacji, zwłaszcza anahat i manipury. Ale nigdy nie myślałem o tym w kategoriach rytuału. Dla mnie to raczej higiena energetyczna. Codzienne. Bez spektaklu. Czy to znaczy, że to NIE jest rytuał tylko dlatego, że jest powszednie?
była intencja, tak. Każda osoba przed sesją cicho mówiła sobie w myślach to, z czym przychodzi. Ale nie było żadnego wypowiadanego głośno słowa, żadnych świec. Tylko muzyka i prowadzący, który mówił żebyśmy przez kilka minut poczuli ziemię pod plecami. Teraz jak to opisuję, to brzmi jak rytuał, ale wtedy nie czułem tego tak. Czułem się raczej jak na seansie terapeutycznym.
Czy nie jest tak, że my sami decydujemy, czy coś jest rytuałem? Jak ktoś wchodzi do kościoła i klęka, to robi to samo co ktoś inny, kto klęka na jodze przy powitaniu słońca. Jedno jest modlitwą, drugie ćwiczeniem. Albo odwrotnie. Forma jest podobna, a sens zupełnie różny. Z oddechem chyba jest tak samo.
Hej, słyszałem o tej technice Wimma Hoffa i tam jest jakiś specjalny oddech, tak? Mam wrażenie że to bardziej sport niż ezoteryka ale może się mylę. Czy to też wchodzi w ten zakres o który pytasz?
Ja to zawsze myślałam że rytuał to musi być coś z przedmiotami, może ze świecami, z czymś na ołtarzu. A tu piszecie, że sam oddech może być rytuałem. To trochę zmienia moje myślenie, bo ja sama codziennie rano robię kilka głębokich oddechów przy oknie, zanim zacznę dzień. Jakoś nigdy nie pomyślałam, że to może mieć jakiś głębszy sens.
Przepraszam, że się wtrącę, ale czytałam gdzieś, że w jodze kundalini jest taka technika, Breath of Fire, i podobno można nią aktywować wyższe czakry. Czy to jest wtedy rytuał, jeśli robisz to z intencją energetyczną, nie tylko oddechową?
Czytam ten wątek od początku i jakoś nie mogę tego poukładać. Więc to jest tak, że jak oddycham świadomie i mam jakąś intencję, to to jest rytuał? A jak po prostu siedzę i oddycham bez myślenia, to nie jest? Wydaje mi się że to zbyt proste podsumowanie, ale nie wiem jak inaczej to ująć.
To nie jest tylko akademia. Przy pracy z czakrami często jest tak, że te osoby, które za bardzo myślą o tym co chcą osiągnąć, po prostu blokują przepływ. Oddech jest inny. Nieintencjonalny, znaczy puszczony, wchodzi głębiej. Przynajmniej tak to czuję.
Przepraszam że wtrącam, ale mam pytanie, które mnie nurtuje od początku tego wątku. Czy to w ogóle ma znaczenie jak to nazwiemy? Rytuał, praktyka, technika, cokolwiek. Jakby efekt był ten sam, to po co ta dyskusja semantyczna?
Jest jeszcze jedna sprawa, o której nie mówiliśmy. Powtarzalność. Ja robiłem holotropowe trzy razy i za każdym razem to było inne. A te rytuały progowe, o których pisałem wcześniej, chyba muszą być powtarzalne żeby działać na poziomie głębszym niż jednorazowe przeżycie? Czy nie?
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam takie pytanie, może trochę z boku. Czy można nieświadomie stworzyć rytuał? Tzn. jak ktoś przez lata robi tę samą sekwencję oddechową w stresie i to działa, to czy to z czasem stało się rytuałem, nawet jeśli ta osoba o tym nie wie?
Tak, myślę że można. Właściwie to jest jeden z najbardziej interesujących aspektów tej całej rozmowy. Że rytuały mogą wyrastać z nawyków, które po przekroczeniu pewnego progu zaczynają mieć inny ciężar. To nie jest tylko kondycjonowanie, to jest coś, co ma już własną strukturę.
No to może odwrócę pytanie. Czy jest jakaś praktyka oddechowa, która waszym zdaniem na pewno NIE jest rytuałem? Tzn. taka, która mimo regularności i intencji nadal zostaje techniką i nic więcej? Bo ja mam wrażenie, że im dłużej rozmawiamy, tym bardziej każde świadome oddychanie wchodzi do tej kategorii, a to chyba nie do końca o to chodzi.
