Moj kot który opisywałam - jak się układał przy mnie - to jest dla mnie właśnie to 'dla i ze jednocześnie'. Ja się uspakajałam, on też był spokojny, coś między nami się dzieło. Nie umiem tego inaczej opisac. Może to wystarczający powód żeby nie szukać jednej nazwy.
Ale czy nie jest tak że jak mówimy 'rytuał ma sens', to pytamy o coś więcej niż efekt? Znaczy - sens rytuału to chyba nie tylko to że coś się zmienia, ale że zmienia się z jakiegoś powodu, w jakimś kierunku, z jakąś intencją. I jeśli zwierzę w tym uczestniczy ale nie ma intencji, to czy to jest jeszcze rytuał czy już tylko ceremonia?
A może właśnie o to chodzi - że przy zwierzęciu wspólnota to ty i ono. Dwuosobowa, ale jednak. I że sens rytuału tworzy się w tej relacji dwóch, nie w zewnętrznym świadku. Mnie ta myśl podoba się bardziej niż szukanie obiektywnego kryterium.
No dobra, Amethysta, ale tu wchodzi pytanie które mnie trochę gryzie od początku tej rozmowy. Jeśli wspólnota to ty i zwierzę, i sens rytuału tworzy się w tej relacji - to co z sytuacją kiedy robisz coś rytualnego przy zwierzęciu które jest wyraźnie niezainteresowane? Które wychodzi, odwraca się, śpi? Bo kotka Andromedki weszła i się ułożyła, co można interpretować jako jakieś uczestnictwo. Ale co jeśli zostaje tylko człowiek?
Mój kot czesto wychodził i wracał. I nie traktowałam tego jako znak ze coś nie tak. Myślę że zwierzęta nie rozumieją co to rytuał, ale reaguja na atmosfere, na spokój, na zmiane w człowieku. Jak byłam skupiona i cicha, on wracał. Jak miałam rozbiegane myśli, to nie.
A ja tu widzę pułapkę. Jeśli sens rytuału tworzy się niezależnie od tego czy zwierzę uczestniczy - wchodzi, wychodzi, śpi gdzieś indziej - to tak naprawdę zwierzę staje się pretekstem. Intencja jest ku niemu, ale nie z nim. To znowu wraca do pytania Gertrudy - rytuał 'dla' czy 'przy'.
Glifia, ale rytuał za dusze zakłada że dusza istnieje po śmierci i może odebrać intencję. To bardzo konkretne założenie teologiczne. Przy zwierzęciu żywym - czy zakładamy że jego 'część' odbiera intencję nawet kiedy ono fizycznie jest w innym pokoju? To już jest inne założenie.
Czyli jak nie masz gotowego systemu wierzn, to rytuał dla zwierzecia jest troche... w powietrzu? Bo sam efekt psychologiczny u człowieka to jednak nie to samo co rytuał dla konkretnej istoty.
Talizman, nie wiem czy to takie zero-jedynkowe. Bo kiedy zaczęłam robić cokolwiek z intencją dla kotki, to nie miałam kompletnego systemu z góry. Nie powiedziałam sobie 'wierzę że jej dusza odbiera to energetycznie'. Po prostu robiłam. I coś z tego wynikało - może tylko u mnie, może nie tylko. Ale to 'nie wiem' nie przekreśla działania.
I właśnie to jest ciekawe. Część tradycji które pracują z duchami zwierząt nie zaczynała od teorii, tylko od praktyki. Teoria przyszła po obserwacji że coś się dzieje. Odwrotna kolejność niż my teraz prowadzimy tę rozmowę - my szukamy uzasadnienia zanim zaakceptujemy praktykę. Może to jest specyfika tego jak myślimy o rytuale współcześnie.
Okej, to mnie Syriusza trochę przekonała. Ale wróćmy do czegoś bardzo konkretnego - bo ta rozmowa robi się coraz bardziej filozoficzna. Czy ktoś z was miał sytuację gdzie rytuał zrobiony dla zwierzęcia przyniósł efekt który byłoby trudno wyjaśnić zmianą w człowieku? Nie mówię że niemożliwy do wyjaśnienia, ale przynajmniej zaskakujący.
Ale tu wchodzi pytanie które mnie ciekawi od jakiegoś czasu - czy zwierzęta może są po prostu bardziej otwarte na tego rodzaju oddziaływanie właśnie dlatego że nie myślą kategoriami, nie blokują, nie interpretują? Słyszałam że dzieci też lepiej reagują na pewne rzeczy właśnie z tego powodu. Czy ktoś o tym myślał?
To jest dobry punkt. Jeśli zwierzęta są bardziej wrażliwe na atmosferę i energię - a to chyba mało kto będzie kwestionował na poziomie behawioralnym - to rytuał który jest chaotyczny, pełen napięcia albo robiony z lęku może na nie wpływać inaczej niż zakładamy. Niekoniecznie dobrze.
I wracamy do pytania z początku wątku tylko z innej strony. Nie tyle 'czy rytuały dla zwierząt mają sens', ale 'kiedy i pod jakimi warunkami'. Bo jak Glifia mówi - efekt może być odwrotny do intencji. I to by zmieniało całą rozmowę o tym czy warto to robić.
Wiedunia, właśnie to pytanie mnie najbardziej zatrzymuje. Bo jeśli efekt może być odwrotny do intencji - to znaczy że zwierzę nie jest tylko pasywnym odbiorcą, tylko aktywnie na to reaguje. A to już jest argument za tym że ma sens robić cokolwiek z uwagą. Tylko że to też przesuwa odpowiedzialność na nas, na jakość tego co wnosimy. Nie wiem czy każdy kto chce 'zrobić rytuał dla kota' bierze pod uwagę że może mu zrobić krzywdę chaotyczną energią.
Poczekaj, bo to jest punkt który chcę dobrze zrozumieć. Mówisz że chaotyczna energia może zaszkodzić zwierzęciu - ale w jakim sensie? Fizycznie, behawioralnie, energetycznie? Bo to są trzy zupełnie różne twierdzenia i każde wymaga innego uzasadnienia.
Benedyk, ale czy każdy rytuał musi mieć odbiorcę który jest odrębny od wykonującego? W tradycji szamańskiej praca z duchem zwierzęcym nie zakłada że to fizyczne zwierzę 'odbiera' rytuał jak przesyłkę. Chodzi o to żeby otworzyć kanał - i to nie jest wyłącznie subiektywne doświadczenie wykonującego. To jest kontakt z czymś. Problem w tym że nie mamy dobrego języka na to w polskiej tradycji ezoterycznej.
Jaromir ma rację że to nie jest bez różnicy. Ale zauważam że my cały czas pytamy 'do czego' i 'jak' - i to jest typowo zachodnia potrzeba linearnego uzasadnienia. W tradycji pueblo na przykład - zwłaszcza Hopi - relacja z duchami zwierząt nie zakłada rozróżnienia między tym co fizyczne a tym co duchowe. Kachina nie jest oddzielna od zwierzęcia. Jest tym zwierzęciem w innej modalności. Stamtąd rytuał nie ma 'odbiorcy' bo podmiot i odbiorca są tym samym.
