Nie wiem czy to tylko mój problem, ale mam wrażenie, że to jest jedna z tych rzeczy o których mało kto mówi otwarcie. Zaczyna się rytuał, człowiek czuje że to ma sens robi go tydzień, dwa... a potem któregoś wieczoru po prostu nie wstaje od kanapy i już. I najgorsze jest to że potem czujesz się z tym dziwnie jakby była jakaś wina. Ktos tu mial podobnie? Bo szukam rozwiązania, które faktycznie działa dłużej niż miesiąc.
To jest mega powszechne naprawdę. Sam przez lata myślałem, że mam problem z motywacją albo że to znak że rytuał \"nie działa\". A potem przeczytałem cos ciekawego o tym, jak Japończycy podchodzą do powtarzalnych praktyk - jest taki koncept \"shu-ha-ri\", ktory pochodzi z aikido, ale przenosi sie też na każdą regularną praktykę. najpierw uczysz się formy co do joty, potem ją trochę naginasz, a na końcu tworzysz własną wersję. I ten pierwszy etap, czyli \"shu\" może trwać miesiącami i jest z założenia nudny. pytanie brzmi - co robisz jak wchodzisz w tę nudę?
Może się wtrącę z boku, ale mam inne zdane niż to co tu pada. Nuda w rytuałach to nie jest problem do rozwiązania - to jest informacja. Jak coś staje się nudne, to albo ten rytuał już swoje zrobił i możesz iść dalej, albo robisz go na autopilocie i zatracił dla ciebie znaczenie. I jedno i drugie wymaga reakcji tylko innej. Frania czy ta nuda pojawia się od razu po 2 tygodniach, czy stopniowo rośnie?
Jest jedna rzecz, o której rzadko się mówi jesli chodzi o utrzymania praktyki, a mianowicie zbyt szybkie oswajnaie symboliki. Na początku zapalasz świecę i jest w tym cos... nieoczywistego. Po tygodniu to jest tylko kawałek wosku. Nie dlatego że jesteś leniwa, ale dlatego że mózg dosłownie przestaje przetwarzać powtarzające się bodzce jako nowe - to mechanizm zwany habituation i on jest ewolucyjny, nie ma jak go wyłączyć. Można go tylko okrążyć.
A jak sie go okrąża? Bo bzmi jakbys miał coś konkretnego na myśli.
Znam jedną odpowiedź na to pytanie, choc wiem że nie wszystkim spodoba. Stoicy mieli ćwiczenie zwane premeditatio malorum - wyobrażasz sobie że czegoś nie masz, zaim zaczniesz. Można to zaadaptować: zanim zaczniesz rytuał, wyobraz sobie że go nie robisz przez rok. Co tracisz? To nie jest myślenie magiczne, to jest sposobem na przywrócenie uwagi temu, co stało się oczywiste. Mnie działa od kilku lat.
Ale to brzmi jak dodatkowa robota przed wlasiwa robota. i tak jest ciezko sie zebrać a tu jeszcze trzeba siedziec i wyobrazac sobie brak. nie mówię że to zły pomysl, tylko że to jeszcze jeden krok miedzy mna a zrobieniem tego co mam zrobic.
U mnie to zdecydowanie pierwsze. Zaczynam bez problemu, nawet z jakimś ładunkiem. Problem zacczyna się gdzieś w połowie i narasta. Jakby entuzjazm się \"zjadał\" sam siebie.
To co opisuje Frania brzmi jak coś co w psychologii sportu nazywają efektem środkowego - motywacja jest wysoka na starcie i na końcu, ale w środku drogi spada. Długodystansowcy mają na to konkretne techniki, m.in. dzielenie dystansu na mniejsze odcinki z osobnymi mikro-celami. Może analogicznie - nie myślisz o \"robieniu rytuału miesiącami\", tylko o dotarciu do najbliższego nowiu albo do konkretnej daty? eh skrócenie horyzontu bez skracania praktyki.
A czy ktoś próbował po prostu zmienić rytm zamiast częstotliwości? Mam na mysli - zamiast codziennie, robić co trzy dni, ale za to dluzej i bardziej świadomie? Mnie sie wydaje że właśnie ta codziennosc mnie wykańcza nie sam rytual.
Ja mam pytanko trochę z innej strony - czy wy w ogóle czujecie roznice miedzy rytualem który robicie z przyzwyczajenia a tym kiedy naprawde jesteście w tym? Bo ostatnio zastanaiwam się czy jak robie coś mechanicznie to czy to ma sens kontynuwać czy lepiej zrobic przerwę.
To rozróżnienie które dał Franuś jest kluczowe i chciałabym żebyśmy przy tym zostali chwile. Bo to co opisuje Runiarka i co opisywała wcześniej Frania to może być zupełnie co innego. Jak to odróżnić u siebie? Czy ktoś miał moment w którym wiedział \"to jest chwilowy suchy odcinek\" kontra \"ta praktyka już mi nie służy\"? 🙂
To pytanie Runiarski zostawilo mnie z czmyś trudnym do ubrania w slowa. Miałam taki moment, i to nie byl jakis spektakularny sygnał, po prosu skończyłam i siedziałam jeszcze przez chwilę zamiast od razu wstać. Nie wiem czy to dobry wyznacznik, ale chyba tak rozpoznaję że \"byłam tam\". jak robię na autopilocie, to wstaję jeszcze w trakcie i już myślę o czymś zupełnie innym.
Ten sygnał z siedzeniem jest ciekawy i myślę że trafiony. Ale chcialabym zapytać o coś innego w tym co powiedział Franuś bo mnie to nadal gryzie. Jeśli forma działa nawet bez pełnej obecności, to czemu w ogóle pracować nad tym żeby \"być\" w rytuale? Po co się wysilać skoro i tak ma dzialac?
Hmm, to pytanie Runiarki jest dla mnie kluczowe i chciałbym się tu zatrzymać bo wydaje mi się że w tej rozmowie krąży wokół czegoś ważnego bez nazwania tego wprost. Zakładamy że obecność to jest standard i że jej brak to problem. A co jeśil obecność jest możliwa tylko kilka razy w miesiącu i to jest okej? Niektóre tradycje mają praktyki codzienne i odswietne wlasnie po to żeby nie wypalać się na pełnej uwadze każdego dnia.
o matko Dokładnie to samo pytanie zadałem sobie jakiś czas temu i nadal nie mam na nie dobrej odpowiedzi. ale próbowałem podejść do tego troche jak do treningu - jest różnica między odpoczynkiem planowanym a ucieczką od wysiłku. jeśli z góry wiem że dziś robię \"wersję minimum\", to jest to co innego niż kiedy po prostu nie wchodzę w to i liczę że jakos będzie.
A co to w praktyce znaczy \"wersja minimum\"? Bo zaczyna mi się krecic w głowie pomysł żeby miec jakiś zestaw na gorsze dni, tylko nie wim jak miałabym go skonstruować żeby to nadal byl rytual a nie po prostu odpalenie kadzidełka bez sensu.
Ale jak się w ogole dochodzi do tych trzech elementów? eee, Bo wczytuję sie w tę rozmowe i co chwilę ktoś mówi cos w stylu \"samo do ciebie przyjdzie\" albo \"metodą prób i błędów\" i rozumiem że tak to działa tylko to trwa i trwa a ja wciąż nie wiem czy moje trzy elementy to są te wlasciwe czy zupelnie nieodpowiednie.
Wróciłam do tego wątku i czytam od nowa, i zastanawiam się czy my nie mieszzamy dwóch problemów. Jedno to nuda z powtarzalnością drugie to brak czasu albo energii. bo dla mnie główna bariera to nie jest że się nudzę, tylko że jak mam energię to nie mam czasu, a jak mam czzas to nie mam energii 😉 I nie wiem jak to pasuje do tej rozmowy o obecnosci i rdzeniu.
Jest jeszcze trzecia opcja której tu nie nazwaliśmy. Czasem nie chodzi ani o nudę ani o zmęczenie, tylko o to że rytuał przestał pasować do momentu w którym jestes. nie dlatego że jest zły, tylko że ty jesteś w innym miejscu niż byłeś kiedy go zaczynałeś. I wtedy ani zmiana godziny ani wersja minimum tego nie naprawiają.
No i wróciłyśmy do tego co mówiłam na początku - nuda jako informacja. ale teraz brzmi to inaczej niż wcześniej, bo Frania mówi o konkretnym przykładzie. i to jest ważniejsze pytanie niż jak utrzymać zaangażowanie: jak rozpoznać że dany rytuał dobiegł końca? Czy jest jakiś sygnał poza nudą? 🙂
Ale skąd wiadomo że to jest \"kompletność\" a nie po prostu przyzwyczajenie? Bo z zewnątrz chyba oba wygladaja tak samo - robisz coś bez specjalnego ładunku i tyle.
Boze ten waatek jest złoty, dziekuje wam wszystkim za tę rozmowe! Ja sobie to czytam i po raz pierwszy czuję że ktoś opisuje dokladnie to co u mnie. zawsze myslalam że mam jakiś defekt że nie potrafię wytrwać, a tu się okazuje że to jest po prostu... normalny problem. Czy ktos z was ma jakis pomysł dla osoby która lubi zmianę i po prostu szybko potrzebuje czegoś nowego? Czy to w ogóle jest mozliwe żeby taka ossoba praktykowała regularnie?
Śledzę tę rozmowę o cyklach i zaczynam rozumiec dlaczego moje podejście do rytualow przez lata tak bardzo się zmieniało. prowadziłam kiedyś notatki gdzie zaznaczałam przy kazdym rytuale jak się przy nim czułam i po kilku miesiącach widać było wyraźny wzorzec. Rytuały, które robiłam w okolicach nowiu, trzymały mnie dluzej niż te robione w przypadkowych dniach. Nie wiem czy to sprawa samego księżyca czy po prostu tego że cotygodniowy punkt odniesienia dawał poczucie sensu. Ale wróciłabym tu do pytania Frani - jak odróżniasz naturalny koniec od zwykłego odpuszczenia? 😛
Nawiązując do tego co mówiła Czesia o sygnale od ciała kontra wymówka. Mam wrażenie że ten podział jest trochę zbyt prosty. Ciało moze wysyłać sygnał który jest jednoczesnie informacją i wymówką bo my nie jesteśmy tak skonstruowani żeby te dwie rzecyz były zawsze rozłączne. Zastanawiam się czy to pytanie \"czy to sygnal czy wymówka\" nie jest czasem pułapką, bo zmusza do oceniania siebie zamiast do słuchania.
Ojoj ale to wymaga dużo samoswiadomosci zeby tak siebie obserwowac bez oceniania. Szczrze powiem że dla mnie to jest trudniejsze niz sam rytuał. Jak wy to w ogole robicie w praktyce?
A jak ktoś ma problem z tym że nie czuje prawie nic podczas rytualu? Nie żaden opor, nie nuda, po prostu pustka. czy to juz jest ten \"automatyzm\" o ktorym mówiliście wcześniej czy coś innego?
