Mam pytanie, bo ostatnio siedzę nad tym i nie mogę dojść do ładu. W domu mamy ciągłe napięcia miedzy domownikami, dosłownie co chwila coś wybucha. I zastanawiam się, czy to w ogóle ma sens robić cokolwiek rytualnie w takich warunkach. Znaczy, nie chodzi mi tylko o skupienie, bo to oczywiste, że trudniej. Bardziiej interesuje mnie, czy sama ta negatywna energa srodowiska coś blokuje, czy to bardziej kwestia intencji i stanu osoby, która rytuał wykonuje. bo słyszałam różne teorie i nie wiem, co o tym myśleć
To zależy co rozumiesz przez \"blokuje\". Bo jeśli chodzi o to, że rytuał w ogóle nie zadziała, to bym tak nie stawiała sprawy. Ale środowisko domowe naprawdę ma znaczenie. Nie bez powodu w tradycjach słowiańskich, ale też na przykład w Hoodoo, przed jakimkolwiek dzialaniem oczyszczało się przestrzeń, a nie tylko siebie. Konflikty zostawiaja w pomieszczeniach coś co niektorzy nazywają ładunkiem emocjonalnym, inni po prostu złą atmosferą. Efekt jest podobny bez względu na nazwę. pytanie mam do ciebie inne - czy te konflikty są cały czas czy falują?
Też o to chciałam zapytac, bo to dość istotne. Bo jedno to dom, w którym się ciągle kłócą, a drugie to taki gdzie przez jakiś czas jest napiecie po konkretnym zdarzeniu. Z mojego doświadczenia to są dwei różne sytuacje energetycznie.
Coś w tym jest. Czytałam kieydś o badaniach nad tzw. residual energy w kontekscie psychologii środowiskowej, to nie jest nawet stricte ezoteryka. Chodzi o to, że chroniczne napiecia w zamkniętej przestrzeni faktycznie wpływają na stan psychofizyczny wszystkich domowników, a to przekłada sie na jakość każdej intencjonalnej praktyki. Rytuał nie istnieje w próżni, wykonujemy go my, w konkretnym miejscu, w konkretnym stanie. I tutaj dochodzimy do sedna - czy jestes w stanie choćby na chwilę wejść w odpowiedni stan, zanim zaczniesz, mimo tego co sie dzieje dookoła?
No nie wiem a czy to w ogole mozliwe zeby wejść w taki stan kiedy za ścianą ktos trzaska drzwiami? Serio pytam, bo mi sie to wydaje bardzo trudne. Rozumiem teorie ale praktycznie jak to ma wyglądać? 😉
Możliwe, ale wymaga dużo więecj pracy niż w spokojnym otoczeniu. I nie chodzi o to, żeby udawać, że konfliktu nie ma. raczej o to, żeby świadomie odciąć się od bieżącego szumu przed samym rytuałem. Tylko że to jest naprawdę wyczerpujące robić za każdym razem. Więc pytanie do osoby zaczynajacej temat jest takie - co konkretnie probujesz robić? Bo od tego dużo zależy co w tej sytuacji miałoby sens.
Mam podobnie w domu i tez to czuje. Ostatnio próbowałam zapalic swiece i posiedzieć spokojnie i serio po pieciu minutach weszla mama i zaczęło się od nowa. Nie wiem czy to przypadek czy wlasnie to, że jakieś dzialanie wygenerowało reakcje. Moze to glupie co mowie ale czy ktos mial takie odczucie, że jak próbuje cokolwiek zrobić, to srodowisko jakby odpowiada?
Właśnie, i to jest chyba kluczowe. Jesli źródło napiecia, czyli sami ludzie i ich relacje, nie zmienia się, to oczyszczanie przestrzeni działa jak mycie okna podczas ulewy. Możesz myć ile chcesz. Nie twierdzę, że to bez sensu, bo może dawać chwilowe ulgi i jakiś efekt. Ale nie zastąpi pracy z samą dynamika między domownikami.
A to nie jest tak, że rytualy właaśnie maja pomagać w zmienianiu takiej dynamiki? Bo ja zawsze myslalam że to po to to jest. Że jak zrobisz coś intencjonalnie, to sytuacja zaczyna się zmieniac.
To mnie zastanawia bo słyszałam o rytuałach ktore są właśnie po to, żeby uregulowac relacje w domu. W tradycji slowianskiej chyba byly takie działania związane z domem i gospodarstwem, nie tylko z jednostka. Czy coś takiego miałoby tu zastosowanie? Nie znam się za bardzo na tych tradycjach, ale wydaje mi sie że inaczej podchodzono do domu jako całości.
I chyba to jest właśnie ten problem tutaj, prawda? Że reszta domowników pewnie nie ma pojeccia ani ochoty na jakiekolwiek dzialania. Więc jedna osoba próbuje zrobić cos sama w srodowisku ktore jej aktywniie nie sprzyja. 🙁
Ale czy to znaczy, że w ogóle nie warto próbować? Bo tak można powiedzieć o wielu sytuacjach życiowych. działasz sam, środowisko nie sprzyja. Mnie bardziej ciekawi, czy jest jakis sposób na zbudowanie sobie takiej bańki, dosłownie kacika czy miejsca w domu gdzie ta ogólna atmosfera ma mniejszy wpływ. Słyszałam o tworzeniu czegoś w rodzaju osobnej przestrzeni intencjonalnej w ramach jednego pomieszczenia. 😛
To brzmi wykonalnie. ehh, mam maly pokój i jest kąt, do którego nikt poza mną nie zagląda. zastanawiam się czy byłoby sensowne zacząć od wyznaczenia właśnie tego miejsca, zanim w ogóle wrócę do jakichkolwiek rytuałów. Taak kolejność wydaje mi się logiczna ale nie wiem czy nie myślę za prosto.
Dobra, to spróbuję zacząć od tego kąta. Mam tam akurat małą półkę, którą moge oprużnić. Tylko zasttanawiam się, czy samo wyznaczenie miejsca to coś, co wymaga jakiegoś konkretnego działania na początku czy po prostu zaczynam z nim pracowac i to się buduej z czasem? Bo nie chcę przekombinować. 🙂
Myślę, że jedno nie wyklucza drugiego. jakieś proste działanie inicjujące ma sens, żeby przestrzeń nie była tylko półką z rzeczami, ale miała dla ciebie konkretne znaczenie. Nie musi byc rozbudowane. Czasem wystarczy kilka minut skupienia świadomość intencji, moze kadzidło. Ale z drugiej strony to ty wiesz najlepiej, co dla ciebie działa jako gest otwierający 😀
Zostanę przy tym co powiedziałam wcześniej. Nawet najlepiej utrzymana przestrzeń sakralna nie działa jak szczelna bańka kiedy za ścianą cały czas cos sie wre. Może dawać chwilowe ukojenie, może pomagać wejść w stan skupienia, ale jeśli po wyjściu z tego kąta wracamy do tego samego chaosu, to pytanie, co tak naprawde staramy się osiągnąć. serio nie kwestionuję sensu tego miejsca, ale mam wrażenie, że rozmawiamy o leczeniu objawów.
To rozróżnienie jest wazne, bo chyba duzo osob zaczyna od tycch samych dzialan, ale z zupelnie rónżymi oczekiwaniami. I potem jedni mówią, że cos dziala inni że nie, i nikt tak naprawdę nie porównuje jabłek z jablkami. Mam racje?
A czy ktooś próbował robić coś nakierowanego na harmonię w całym domu, nie tylko w swoim kącie? Nie mówię o tym, żeby ciiągać domowników do rytuałów, tylko o czymś co działa niejako w tle. Słyszałam o różnych praktykach ochronnych dla całego domu, ale nie wiem, czy w sytuacji ciągłych konfliktów to ma jakikolwiek sens.
eh, właśnie o to chodzi, że nigdy nie wiadomo co zadziałało. U mnie podobnie, jak coś sie poprawia, to nie wiem czy to przez moje działania, czy samo w sobie. A jak jest gorzej, to zaczynnam sie zastanawiac, czy nie przeszkadzam sobie sama czyms co robie
To jest chyba jeden z trudniejszych aspektów tego całego tematu, bak możliwości weryfikacji. w metodologii naukowej powiedzielibyśmy, że nie da się odizolować zmiennej. W praktyce możemy obserwować, co robimy i co się dzieje, ale nigdy nie mamy pewności co do związku przyczynowego. i nie mówię, że to argument przeciwko rytuałom, ale mówię, że warto być uczciwy wobec siebie w tym co do tego robimy.
Wczytuje się w tę rozmowę i mam jedno pytanie do Dziedzilii. Czy rozwazalas, zanim zaczniesz budować ten kąt, jakiś etap wstępnego oczyszczenia swojego pokoju? Mam na myśli cos prostego, bez wielkich ceremonii ale z wyraźną intencją zamknięcia tego co było. Kamień turmalin cazrny lub obsydian w tym miejscu tez robi swoje jako coś co pochłania to co już nagromadziło się w przestrzeni. Pytam bo jak coś budujesz od zera, to dobrze zacząć na czystej powierzchni.
U mnie zazwyczaj rozkladam to na kilka dni, szczególnie jeśli przestrzeń ma za sobą długi czas zaniedbania albo trudną energię. Jeden dzień na fizyczne posprzątanie i wyciągnięcie wszystkiego, drugi na kadzenie, trzeci na ustawienie i pierwsze skupienie. nie twierdzę, że tak musi być, ale mi ta stopniowość pomaga, bo mam wrażenie że wtedy bardziej świadomie wchodzę w każdy etap. Z obsydianem uważałabym, żeby go regularnie czyścić bo pochłania naprawdę dużo i może się nasycić.
Obserwuję ten watek od jakiegoś czasu i mam wrażenie, że coraz bardziej schodzimy w strone pytania o to, co tak naprawde robi rytuał czy cos zmienia na zewnątrz, czy tylko w nas. I chyba nie ma jednej odpowiedzi ale ciekawi mnie jak wy sami do tego podchodzicie. Dla mnie to dwa różne poziomy i oba są ważne ale z rozznych powodów
Ale czy te dwa poziomy da się w ogóle tak ostro rozdzielić? Jak jestem roztrzęsiona po kłótni, to moj wewnętrzny stan jest częścią tej zewnęrznej sytuacji. Nie wiem, czy da się powiedzieć, że rytuał działa na mnie niezależnie od tego, co dzieje się wokół.
ehh, No to jak mam to rozumieć w praktyce? Realistyczne oczekiwania to znaczy co? Że robie rytual, czuje się lepiej przez godzine a potem wracam do tej samej atmosfery i wszystko wraca?
Hmm, ale jak długo to ma trwać? Bo obserwuję ten wątek i mam wrazenie, że odpowiedz jest zawsze taka sama: rob i czekaj rób i czekaj. A jesli ktos jest już wykończony tą atmosferą i nie ma czasu na tygodnie eksperymentow?
I to chyba jest uczciwe podejscie. Natomiast mam pytanie do Dziedzilii czy próbowałaś w ogóel rozmawiac z tymi innymi osobami w domu o tej atmosferze? Nie o rytualach po prostu o tym że jest ciężko? no ale Bo zastanawiam sie czy rytuały maja zastępoować tę rozmowę czy iść obok niej.
