Ale właśnie to rozmyte lustro czasem jest bezpieczniejsze. Miałam raz sytuację, gdzie powiedziałam komuś bliskiemu o praktyce i jej wpływie na moje życie, i dostałam reakcję, której się nie spodziewałam - nie krytykę, tylko lęk. I ten lęk tej osoby zaczął mi się wklejać w moją własną ocenę tego, co robię. Więc zewnętrzna perspektywa tak, ale trzeba ostrożnie dobierać skąd.
Wracam do wątku, który mi tu gdzieś umknął w tej rozmowie. Mówiliśmy o próżni po rytuałe i o liminalności. Ale jest jeszcze jedna kwestia, której nie ruszyliśmy - co z rytuałami, które nie tyle przestają działać, co zaczynają działać inaczej niż zakładałeś? Bo mnie to spotkało i to był bardziej dezorientujący przypadek niż zwykłe "to nie daje efektu".
To chyba jest clou całej rozmowy od samego początku. Czy mamy w ogóle jakikolwiek sposób, żeby odróżnić "rytuał przeszedł w inną fazę" od "rytuał jest martwy, ale trzymam się go ze strachu"? Bo te dwie rzeczy mogą wyglądać identycznie z zewnątrz i prawie identycznie od środka.
Mam pytanie do wątku, który trochę nam tu umknął. Mówiliśmy dużo o tym, co czujemy, gdy rytuał gaśnie. Ale co z sytuacją, gdy nie czujesz nic? Nie pustki, nie żalu, nie ulgi - po prostu rytuał staje się neutralny, jak mycie zębów. Robiłam pewną praktykę przez kilka miesięcy i w pewnym momencie zorientowałam się, że wykonuję ją całkowicie mechanicznie, bez żadnego zabarwienia emocjonalnego. To znak końca, zmiany, czy po prostu normalizacja?
