Zastanawiam się od jakiegoś czasu, czy sezonowość naprawdę robi różnicę, czy bardziej sami sobie wmawiamy, że robi. Bo z jednej strony mamy całą tradycję opartą na kole roku, sabaty, przesilenia, równonoce i tak dalej. Z drugiej strony znam ludzi, którzy robią to samo w listopadzie co w maju i twierdzą, że efekty są porównywalne. Sama nie jestem w stanie jednoznacznie ocenić, bo nigdy nie prowadziłam systematycznych zapisków, które by to potwierdzały albo obalały. Macie jakieś konkretne obserwacje? Nie teorię, tylko to co sami zauważyliście.
To jest dobre pytanie, ale myślę, że źle postawione. Bo "sezonowość" to bardzo szerokie pojęcie. Mówisz o porach roku, o fazach księżyca, o konkretnych dniach kalendarza? Bo to są zupełnie różne zmienne i mam wrażenie, że często wrzuca się je do jednego worka, a one działają na innych zasadach.
Słuchajcie, a co z kulturami, które w ogóle nie mają tej naszej europejskiej koncepcji koła roku? Bo cała ta tradycja sabatów, przesilenia i tak dalej, to jest jednak dość specyficzny konstrukt, głównie celtycki, germański, z domieszką wicca z połowy XX wieku. Ludy w strefie tropikalnej nie mają zimy ani lata w naszym sensie, a mają własne kalendarze rytualne, które są równie rozbudowane. Tylko inne pory deszczowe, wschody poszczególnych gwiazd, cykle agrarne. Może chodzi o to, że rytuały muszą być zakorzenione w lokalnym rytmie przyrody, a nie w jakimś uniwersalnym kalendarzu?
Przy runach pracuję dużo z cyklami i tam jest to jeszcze inaczej ułożone, bo Elder Futhark ma swój własny rytm, który nie jest ani księżycowy, ani słoneczny w czystej formie. Cykl aettów może być nakładany na rok, ale nie musi i wtedy sezonowość schodzi na dalszy plan. Znam ludzi, którzy pracują z runami całkowicie poza jakimkolwiek kalendarzem i mówią, że to jest bardziej autentyczne. Nigdy nie byłam przekonana ani w jedną, ani w drugą stronę, ale ciekawy przykład że nie każda tradycja zakłada sezonowość jako coś kluczowego.
Ja wiem, że pewnie gdzieś to jest opisane lepiej niż powiem, ale mi się wydaje, że chodzi o to, że rytm natury to nie jest tylko "tło". Jak jest pełnia, to woda w ziemi się porusza inaczej, ptaki zachowują się inaczej, a ludzie śpią krócej i miewają dziwniejsze sny. To nie jest ezoterycznie, to jest zbadane. Więc może te zewnętrzne warunki naprawdę coś robią, nie tylko nam w głowie?
To ciekawe zestawienie, bo z jednej strony mamy tradycje, które sezonowość mają wpisaną absolutnie fundamentalnie, z drugiej nauka nie jest w stanie tego jednoznacznie potwierdzić ani obalić, a z trzeciej mamy własne doświadczenia, które są tym, co faktycznie działa w rytuałach, bo nie robimy ich pod lupą laboratorium. Może to jest właśnie ten moment, żeby zapytać: kto z was prowadzi jakiekolwiek notatki na ten temat? Nie teorie, tylko konkretne zapisy co, kiedy i jaki był efekt?
To co mówicie o skupieniu zimą, to ja rozumiem. Sama czuję, że jesienią i zimą jakby łatwiej mi się zatrzymać i coś przemyśleć. Czy to znaczy, że powinnam robić ważniejsze rytuały właśnie wtedy? Czy to nie jest trochę wygodnickie podejście, robić tylko kiedy jest łatwiej?
Ale jest inny aspekt tej kwestii. Część tradycji celowo umieszcza trudne praktyki w trudnych porach roku właśnie po to, żeby był opór. Posty w pełni lata, czuwania w zimie, kiedy wszystko mówi ci żebyś spał. To nie jest masochizm, to jest świadomy kontrast między tym co łatwe a tym co wymaga wysiłku.
A czy da się w ogóle pracować z jednym spójnym systemem, skoro tych systemów są dziesiątki i każdy mówi coś trochę innego?
Trochę mi się kręci w głowie od tej dyskusji. Żebyście mi powiedzieli, bo czytam to wszystko i nie wiem, od czego w ogóle zacząć. Czy macie jakiś pomysł, jak sprawdzić, czy sezonowość "działa" u mnie konkretnie, bez robienia eksperymentów przez kilka lat?
To jest dobra zasada przy prowadzeniu dziennika w ogóle. Oddzielać opis od interpretacji. W pracy z kartami uczę się tego od lat i dalej mi się to miesza. Piszesz "wylosowałem Wieżę" i już masz pokusę, żeby od razu dodać "więc coś się rozpadnie". A tymczasem faktem jest tylko karta.
A czy da się to odzyskać, to dosłowne zakorzenienie? Czy jest sens próbować, skoro żyjemy w zupełnie innych warunkach?
Ja mam balkon i nawet próbowałam sadzić zioła, ale nie wiedziałam, że to może być coś więcej niż po prostu hobby. Teraz zastanawiam się, czy można to świadomie włączyć do czegoś rytualnego, czy to nie jest za bardzo naciągane.
Właśnie, bo jest szkoła, która mówi odwrotnie. Że rytuał ma synchronizować, a nie badać napięcia. Że jak jesteś rozjechany z sezonem, to właśnie rytuał ma cię przestawić. Nie na siłę, ale przez powtarzane działanie. To jest ta zasada, że ciało idzie pierwsze, a psychika za nim. Ile razy zaczynałem coś robić bez entuzjazmu, a po jakimś czasie stan się wyrównywał.
Jest jeszcze jeden wymiar tej sezonowości, o którym nie mówiliśmy, a przynajmniej nie wprost. Długość dnia i nocy. To nie jest tylko symbolika, to dosłownie wpływa na hormony, sen, poziom energii. Badania nad chronobiologią pokazują, że ludzie mają inne profile kortyzolu zimą i latem. Więc kiedy ktoś mówi, że zimą idzie mu gorzej z koncentracją albo latem jest bardziej impulsywny, to nie jest wymówka.
Ta rozmowa idzie w dobrą stronę. Mnie od początku w tym temacie interesuje właśnie to, czy sezonowość to odkrywamy, czy ją nakładamy. Bo Cohen mówi o biologii jako podłożu, Barni o synchronizacji przez rytuał, Bylica o danych zmysłowych. I to wszystko są różne modele tego samego pytania.
I chyba nie da się na to pytanie odpowiedzieć raz na zawsze. Bo każdy z tych modeli coś wyjaśnia, a czego innego nie. Przy runach mam podobny dylemat. Hagalaz to grad. Grad realnie niszczy zbiory. Ale jak wylosuję Hagalaz w maju, to czy to znaczy, że coś zniszczy moje plany, bo rytuał się synchronizuje z przyrodą, czy to znaczy, że mój umysł selekcjonuje fakty potwierdzające tę interpretację?
Ale to nie jest tak, że jedno wyklucza drugie, nie? Może fizjologia to substrat, intencja to kierunek, a kalendarz to struktura. Razem tworzą coś, czego żaden z tych elementów osobno nie tworzy. Jak nuty, instrument i czas wykonania. Osobno to nic, razem to utwór.
A mnie zastanawia inna rzecz. Mówimy dużo o tym, czy sezonowość zmienia efekt rytuału, ale nie mówimy o tym, czy zmienia samą intencję. Tzn. czy w grudniu chcę innych rzeczy niż w czerwcu? Bo jak tak, to może kalendarz nie działa na rytuał, tylko na mnie. I to byłoby dość fundamentalne.
Ale jest ryzyko w tym podejściu. Jeśli za bardzo skupiasz się na "co ja wnoszę", możesz stracić coś, co tradycja robi automatycznie, czyli wychodzenie poza własne ego. Rytuał zbiorowy, kalendaryczny, osadzony w zewnętrznym cyklu, wyrywa cię z Twoich aktualnych stanów. I to jest jego funkcja, której czysto subiektywne podejście nie zastąpi.
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale chciałem zapytać o jedno. Mówicie o rytuałach zbiorowych i indywidualnych jakby to były dwie kategorie. A co z rytuałem, który jest indywidualny, ale oparty na zbiorowym kalendarzu? Tzn. robię coś sam, w przesileniu, ale według tradycji, nie według własnego rytmu?
Mam wrażenie, że ta rozmowa krąży wokół pytania, którego nikt nie zadał wprost: czy sezon jest warunkiem koniecznym? Nie wystarczającym, nie pomocniczym, ale koniecznym do czegoś konkretnego. Bo jeśli tak, to mamy twardą tezę. Jeśli nie, to rozmawiamy o stopniowaniu, o tym, że z sezonem lepiej, bez niego gorzej lub inaczej.
To może to jest clou całej rozmowy. Że pytanie "czy sezonowość ma znaczenie" jest za ogólne, bo zależy od tego, jaki rytuał i jaka tradycja. I może zamiast szukać ogólnej odpowiedzi, lepiej zapytać każdą tradycję osobno?
Dobra, ale tu mam konkretne pytanie. Jeśli sezonowość ma ten biologiczny substrat, to czemu nie wszyscy ludzie czują te przełączniki tak samo? Znam osoby, które w grudniu mają szczyt energii, w lipcu są bez ducha. To nie jest odwrócenie biegunów przez przypadek. Chronotypy są różne, wrażliwość na światło jest różna. Jak to pasuje do rytuałów opartych na jednym kalendarzu dla wszystkich?
Bo może te przełączniki nie są identyczne u wszystkich, tylko mają różną amplitudę. Ktoś, kto czuje grudzień jako szczyt energii, może mieć inaczej skalibrowany rytm dobowy albo inną reakcję na skrócenie dnia. Badania nad chronotypami pokazują, że nawet podstawowy podział na sowy i skowronki ma podłoże genetyczne, konkretnie warianty genów PER3 i CLOCK. I jeśli to tyczy się doby, czemu nie miałoby tyczyć się roku? Sezonowość może być modulowana indywidualnie, tak samo jak sen.
Ja próbowałam przez jakiś czas. Zamiast trzymać się dat, obserwowałam kiedy naturalnie chce mi się zaczynać nowe rzeczy, zamykać stare, zatrzymywać się. Wyszło mi coś innego niż standardowy kalendarz. Mój "koniec cyklu" wypadał zwykle gdzieś w lutym, a nie w grudniu. Działało inaczej niż przy trzymaniu się zewnętrznych dat, trudno powiedzieć lepiej czy gorzej, ale bardziej moje.
A czy to nie jest po prostu efekt warstw? Że kalendarze rytualne są wielowarstwowe, jeden pochodzi z astronomii, drugi z agrarnego cyklu, trzeci z teologii, i wszystkie działają równolegle? Jak słuchasz muzyki, nie myślisz oddzielnie o melodii i harmonii, ale są tam razem.
