Właśnie to mnie zastanawia w tym wątku. Mówimy dużo o tym jak rytuał się psuje jak traci ramę, jak pustoszeje. Ale prawie nikt tu nie powiedział wprost czy w ogóle warto utrzymywać codzienny rytuał, czy może właśnie ta codzienność jest błędem od początku. Bo może rytuał z definicji powinien być rzadki, żeby miał ciężar?
Mam wrażenie że rozmawiamy o dwóch różnych rzeczach i trochę je mieszamy. Jedno to rytuał który był sensowny i z czasem pustoszeje, drugie to codzienna rutyna która nigdy nie była rytuałem tylko się za niego podawała. I może u niektórych osób problem polega właśnie na tym drugim, że coś co zaczęło się jako rutyna higieniczna zostało nazwane rytuałem i teraz jest zdziwienie że nie ma w tym głębi.
To rozróżnienie Sydonia robi ma swoje korzenie w dość konkretnym miejscu, bo w religioznawstwie od dawna dyskutuje się o tym co odróżnia rytuał od zwykłego nawykowego zachowania. Catherine Bell w "Ritual Theory, Ritual Practice" pisała o "ritualization", czyli procesie w którym pewne działania zyskują szczególną jakość przez to jak są wykonywane, nie przez to czym są. Czyli można rutynę zrytualizować, ale można też rytuał zdegraduować do rutyny robiąc go bez tej szczególnej jakości.
To co Ircia opisuje to trochę paradoks statku Tezeusza w wersji rytualnej. Czy praktyka, w której zmieniłaś intencję, formę i kontekst, to ta sama praktyka? Chyba że identyczność rytuału polega na czymś innym niż na jego treści. Na ciągłości relacji z nim? Nie wiem, naprawdę pytam.
Mam pytanie może głupie, ale jak się w ogóle poznaje, że rytuał jest "żywy" versus że tylko mechanicznie go wykonujesz? Bo z zewnątrz to chyba wygląda tak samo. I sama nie umiałabym ocenić swojej praktyki, bo nie wiem co miałabym porównywać.
Okej, ten "brak po" to jest chyba najkonkretniejsza rzecz, jaka padła w tym wątku. Bo to można sprawdzić u siebie bez zadnej teorii. oj, Ja mam jedno działanie które robię regularnie i właśnie sobie uświadomiłem że faktycznie po prostu od razu myślę co dalej. Nigdy się nad tym nie zatrzymałem.
Turner pisał głównie o rytuałach przejścia, więc te podtrzymujące to trochę inny obszar. Bliżej im do tego co w antropologii kognitywnej opisuje Pascal Boyer, gdzie rytuał działa przez to że angażuje specyficzne systemy intuicji o czystości, zagrożeniu, porządku. Tam "domknięcie" nie jest przejściem, tylko potwierdzeniem że porządek jest nienaruszony. I może właśnie dlatego te rytuały podtrzymujące tak łatwo stają się mechaniczne, bo nie ma dramaturgii, tylko powtórzenie.
Czytam to wszystko i mam takie wrażenie, że sporo z nas nieświadomie stosowało te granice intuicyjnie, bez wiedzy że coś aktywuje. Ja zawsze wietrzyłam pokój przed jakimkolwiek działaniem i myślałam że to po prostu nawyk czystości. Dopiero teraz myślę że może właśnie to trzymało ramę.
Rajmunda, a czy zauważyłaś różnicę kiedy tego nie robiłaś? Pytam bo to by potwierdzało że ta granica naprawdę coś robiła, a nie że po prostu masz teorię wsteczną.
mi się zdaje że to i tak jak Rajmunda mówi. Pośpiech sam w sobie niszczy ramę bo już wchodzisz bez gotowości. wietrzenie mogło być akurat sygnałem dla siebie że teraz jest czas, a bez tego sygnału rytuał zaczął się jakby w połowie drogi. nie wiem czy to samo wietrzenie miało ses czy raczej czynność przygotowania jako taka.
Ale to znaczy że można sobie dosłownie wymyślić jakikolwiek rytuał wejścia i będzie działać? Bo to brzmi zbyt prosto. Skąd wiadomo że nie jest to tylko autosugestia?
okej ale chyba jest różnica między wymyślonym pstryknięciem w nos a czymś co ma tradycję i historię za sobą? wiesz co, Bo jakby to nie miało znaczenia, to po co sięgamy po rzeczy z tradycji, skoro można by sobie wymyślić cokolwiek
ale tu chyba właśnie jest pułapka, o której Faustynka pisała na początku. Ta odporność na roztargnienie może z czasem stać się odpornością na jakiekolwiek zaangażowanie. Bo skoro rytuał "działa" nawet mechanicznie, to po co się angażować?
Ircia, to jest dokładnie to. Przez jakiś czas traktowałam tę mechaniczność jako coś bezpiecznego, bo miałam wrażenie że robię co do mnie należy nawet jak mi nie idzie. I dopiero po dłuższym czasie zorientowałam się, że to bezpieczeństwo było złudzeniem, bo rytuał owszem trwał, ale ja już w nim nie byłam.
To jest ciekawe napięcie 😀 W numerologii mam podobną sytuację z analizami, które robię regularnie. Technicznie potrafię to zrobić automatycznie, obliczenia wychodzą poprawnie, a mimo to czasem siedzę z gotowym wynikiem i nie czuję żadnego kontaktu z tym co widzę. I nie wiem czy to zmęczenie, czy za dużo powtórzeń, czy może coś innego.
ta pustka którą opisuje Eufemka brzmi inaczej niż zwykłe zmęczenie. Mnie się kojarzy z tym co w buddyzmie zen określa się jako "suche siedzenie", kiedy forma jest, regularność jest, ale całe działanie przestało być żywe. I tam tradycyjną odpowiedzią nie jest zmiana formy, tylko właśnie nic nie zmieniać i przeczekać, bo ta pustka jest częścią cyklu.
no właśnie, i to jest chyba jeden z problemów z praktyką solową, nie ma nikogo kto powie ci czy to co czujesz jest normalnym etapem czy sygnałem że coś idzie nie tak. oj tam, jak ludzie na tym forum z tym sobie radzą?
ja staram sie pisac o tym co sie dzieje, żeby to bylo gdzies utrwalone. nie komuś, po prostu do notatnika. i potem wracam po jakims czasie i czytam. czasem widze ze bylm w tym samym miejscu rok wczesniej i wyszedłem z tego sam, to mi pomaga ze wiem ze to przejdzie. ale nie zawsze to wystarcza
wracając do Faustynki i jej pierwotnego pytania, bo trochę odpłynęliśmy. Ona pisała o tym, że całe życie stało się jednym wielkim rytuałem. I teraz czytam tę rozmowę o pustce i mechaniczności i zastanawiam się czy to nie jest dwa różne problemy. Jedno to za dużo rytuałów, drugie to utrata kontaktu z jednym konkretnym rytuałem. Czy te rzeczy w ogóle mają jedno rozwiązanie?
Helenka, chyba dobze to rozróżniłaś i ja sama przez jakiś czas myślałam, że mam problem z konkretną praktyką. Dopiero teraz widzę że to jest szersze. nie chodzi o to że jeden rytuał stał się pusty. Chodzi o to że rytuały wypełniły wszystkie szczeliny i nie ma już przestrzeni poza nimi.
i to jest chyba diagnoza samego problemu, bo rytuał potrzebuje niesakralnego tła żeby w ogóle mieć znaczenie. Mircea Eliade opisywał to jako opozycję sacrum i profanum, gdzie sacrum istnieje tylko w kontraście do zwykłości. Jeśli całe życie jest sakralne to o dziwo nic nie jest.
to znaczy że rozwiązaniem jest celowe robienie czegoś banalnego i niesakralnego? Że trzeba sobie zostawić przestrzeń na głupie oglądanie telewizji albo leżenie bez celu, żeby rytuały miały od czego się odróżniać?
no właśnie, i to jest chyba najbardziej praktyczny wniosek z tej rozmowy. Że może zamiast szukać jak "naprawić" rytuały, warto zostawić sobie po prostu strefy wolne od jakiegokolwiek znaczenia. Nie all-inclusive ezoteryka przez cały dzień.
Ircia, tak, dokładnie. Nikt mi nie powiedział "a teraz zrób ze swojego życia jeden wielki rytuał". To narastało. I teraz próba odwrócenia tego też nie może być kolejnym zaplanowanym działaniem, bo to by było śmieszne, wiem. Bardziej chodzi o to, żeby po prostu pozwolić sobie na nierobienie czegokolwiek bez uzasadnienia. Ale to jest zaskakująco trudne, kiedy przyzwyczaisz mózg do szukania znaczeń wszędzie.
to co opisujesz to trochę klasyczny problem nadinterpretacji, który pojawia się w różnych kontekstach, nie tylko ezoterycznych. W pewnym sensie umysł przyzwyczajony do szukania wzorców zaczyna je widzieć nawet tam gdzie ich nie ma, i odwyknienie od tego jest procesem, nie decyzją. Pytanie jest inne: czy chcesz wróć do stanu sprzed rytuałów, czy znaleźć jakiś środek między chaosem a nadmiarem struktury? bo to są dwa różne kierunki.
