Siedzę w tym samym mieście od urodzenia i mam wrażenie, że każdy rytuał który robię, działa coraz słabiej. Jakby przestrzeń mi spowszedniała. Zaczęłam się zastanawiać czy to nie jest tak, że miejsce ma większy wpływ na to co robimy niż nam się wydaje. Czy ktoś próbował robić rytuały w zupełnie nowym miejscu, gdzieś w podróży albo chociaż w innym mieście?
To nie jest bez sensu. Miejsce naprawdę robi różnicę, tylko nie zawsze w sposób któy można łatwo opisać. Ja przez jakiś czas pracowałem wyłącznie w jednym kącie mieszkania i po kilku miesiącach czułem, że coś się po prostu wyczerpało. Nie samą przestrzeń, bardziej siebie w tej przestrzeni. Wyjazd potrafi to rozruszać.
Ale czy chodzi o samą zmianę miejsca, czy raczej o to, że kiedy jesteś gdzieś nowym, jesteś bardziej skupiona? Bo ja np. w domu mam tysiac rozpraszaczy i myślę, że mój problem leży właśnie tutaj, nie w samej przestrzeni.
To jest stary temat. w nordyckiej tradycji były tzw. hargar, kamienne ołtarze stawianee w konkretnych miejscach, często przy wodzie, skałach, na wzgórzach. Nie przypadkowych. Ludzie szli do miejsca, nie budowali ołtarza tam gdzie akurat mieszkali. Ta logika mówi sama za siebie.
Ale to były czasy kiedy ludzie żyli inaczej, bardziej związani z konkretnym terenem. Teraz wsiadasz w samochód i jedziesz godzinę, czy naprawdę to miejsce coś "pamięta" po tysiącu lat? Serio pytam, nie złośliwie.
Nad rzeką to rozumiem, ale co zrobić jak się nie ma ani rzeki ani wzgórza w pobliżu? Mieszkam w blokowisku, żadnych szczególnych miejsc w okolicy. Czy park miejski w ogóle coś daje, czy to za mało?
Park zależy jaki. Stary park, posadzoony sto lat temu, z dużymi drzewami to zupełnie co innego niż nowe skwery z trawnikiem i ławką. Drzewa, szczególnie stare, mają w sobie coś co trudno zignorować. Nie chodzi o mistykę na siłę, po prostu biologia i czas robią swoje.
A co z cmentarzami? Wiem, że to brzmi makabrycznie, ale stare cmentarze to jedne z niewielu miejsc w mieście, które mają naprawdę dłgą historię obecności ludzi, emocji, intencji. Spotkałem się z praktykami które właśnie tam szukały odpowiedniej przestrzeni.
Porę brałam pod uwagę, ale kierunek i ułożenie to ciekawe. Zazwyczaj siedzę twarzą na wschód bo gdzieś tak wyczytałam i nigdy tego nie zmieniłam. To chyba kolejny automatyzm.
To jest chyba sedno. Pytam siebie czy nowe miejsce działa dlatego, że naprawdę coś tam jest, czy dlatego, że wyrwanie z rutyny samo w sobie otwiera głowę. I nie wiem jak to rozdzielić. Może nie da się?
Jest taki koncept w antropologii, lokus sacrum, że świętość nie jest właściwością samego miejsca, tylko relacji między miejscem a tym kto w nim staje z intencją. Mircea Eliade dużo o tym pisał. To trochę rozwiązuje spór czy miejsce działa samo, czy przez nas - działa przez relację.
Okej, ale to brzmi trochę jak: efekt jest, ale nie wiesz kiedy. Jak mam ocenić czy miejsce coś robi, jeśli muszę czekać aż zbuduję z nim relację przez lata?
No i tu mnie masz. Nie umiem odpowiedzieć.
Nie przygotowuję się jakooś specjalnie. Jadę, patrzę co jest dookoła, siadam w miejscu które mi coś mówi i dopiero wtedy decyduję co robię. Nie planuję z góry że tu zrobię to a tu tamto. Może to jest klucz - żeby nie zabrać ze sobą gotowego scenariusza.
Zdecydowanie plan. Cykliczne rytuały na nów i pełnię to właśnie dlatego że lubię wiedzieć co robię i kiedy. Ale może to jest też część problemu - może za bardzo trzymam się schematu.
A co jeśli zabrać tylko część planu? Np wiesz że zrobisz rytuał na nów, ale nie wiesz jeszcze gdzie usiądziesz ani w którą stronę będziesz patrzeć. Sam cel zostaje a reszta jest otwarta. Próbowałaś tak?
oj tam, bardziej odsłonięcia. Jakby za dużo przestrzeni naraz. Przyzwyczajam się do tego że wiem co robię i ta kontrola daje poczucie bezpieczeństwa. Bez niej byłam bardziej obecna, ale też bardziej nerwowa.
Moim zdaniem to sprawa praktyki, nie talentu. Ale nie ma skrótu. Dlatego właśnie zmiana miejsca może pomóc - nowe otoczenie wymusza tę otwartość trochę na siłę, bo nie masz jeszccze wyrobionego schematu.
To jest chyba najkonkretniejsza rzecz powiedziana w tym wątku. Nowe miejsce odbiera schemat zanim zdążysz go uruchomić. Nie musisz nad tym pracować, po prostu jeszcze go nie masz.
Tylko że po kilku wizytach w tym samym nowym miejscu znowu masz schemat. To sprawa czasu. Więc albo ciągle szukasz nowych miejsc, albo uczysz się wchodzić w tę otwartość świadomie, bez zmiany lokalizacji.
Chyba właśnie tak to sobie wyobrażam. Nie szukam jednego idealnego miejsca na zawsze. Raczej chcę żeby te rytuały nie były takie same za każdym razem. I może to nie miejsce jest odpowiedzią, ale jakaś... wewnętrzna zmienność? Tylko nie wiem jak to osiągnąć bez zewnętrznych zmian.
To jest dobre pytanie i szczerze - nie wiem jak to oceniam. Czuję po prostu że siadam do tego co robiłam już setki razy i jest jakoś... płasko. Nie wiem czy to moja wina, rytuału, czy tego że za oknem to samo miasto od lat.
A to "płasko" pojawiło się nagle czy narastało? bo to dość istotne. Jeśli nagle, to może coś w tobie się zmieniło i rytuał za tym nie nadążył. Jeśli stopniowo, to może rzeczywiście potrzebujesz nowego bodźca z zewnątrz - i wtedy zmiana miejsca ma więcej sensu.
no ale, Ja miałam dokładnie to samo uczucie, to "płasko", i u mnie to było właśnie stopniowe. Przez długi czas ignorowałam, myślałam że to lenistwo albo zły dzień. Ale w pewnym momencie zrozumiałam że po prostu przerosłam pewien etap i robiłam rzeczy z przyzwyczajenia, nie z potrzeby. Zmiana miejsca mi wtedy pomogła, ale nie dlatego że miejsce cokolwiek zrobiło - tylko że wyrwanie z rutyny zmósiło mnie do zastanowienia się co właściwie chcę zrobić.
To co mówi Martusia58 zgadza się z czymś co czytałem o tradycji walkabout u rdzennych Australijczyków - nie w sensie turystycznym oczywiście, ale sam mechanizm: wychodzisz bez gotowego celu, teren cię prowadzi, i w tej niepewności coś się otwiera. Nie chodzi o samo miejsce, tylko o stan w jakim do niego docierasz. Karinka54, czy jak wyobrażasz sobie rytuał w nowym miejscu, to masz już gotowy plan co tam zrobisz czy raczej chcesz zobaczyć co przyjdzie?
